Życiówki „Kowala”
Na zielonej murawie często przydają się specjalności zaczerpnięte z bieżni lub... rzutni lekkoatletycznych. Pomocnik z Bukowej pokazał to dobitnie w minionej kolejce.
Najważniejsze, by była sucha – Mateusz Kowalczyk i jego popisowa sztuka. Fot. Krzysztof Porębski/Press Focus
GKS KATOWICE
W czwartkowy wieczór piłkarze katowiccy zapewne w komplecie zasiądą przed telewizorami/ekranami komputerów/smartfonami, by śledzić występ Górnika w Monako. To właśnie Zabrzanie będą ich kolejnymi rywalami, a wizyty przy Roosevelta w historii najświeższej GieKSy nie zapisują się najlepiej. Pięć ostatnich – niezależnie od szczebla rozgrywkowego – to pięć „łomotów”. Począwszy od tej z ubiegłego roku, wynikowo wyglądało to tak (oczywiście na korzyść gospodarzy): 3:0, 3:0, 2:0, 1:0, 4:1. Katowickich fanów oczy bolą od samego patrzenia...
Co więcej: od kilku miesięcy trudno nazwać ekipę z (Nowej) Bukowej mistrzem wyjazdów.
Kiedy, jak nie teraz?
- Trzeba się przełamać. Punktami zdobywanymi tylko u siebie niewiele w lidze ugramy – przytomnie zauważał po niedzielnej potyczce z Wisłą Płock wyróżniający się w tym spotkaniu Mateusz Kowalczyk. - Przed nami trzy mecze wyjazdowe (Arena Katowice będzie w pierwszej połowie września obiektem oddanym „we władanie” FIFA, na okres mistrzostw świata kobiet U-20 – dop. aut.), więc... kiedy, jak nie teraz? - pytał pomocnik Katowiczan.
Ktoś włączył stoper?
„Kowal” spotkanie z Nafciarzami – mimo okazałego wyniku (5:0) – zakończył bez „liczb”: próżno szukać jego nazwiska w gronie strzelców goli bądź asystentów. Dla wielu fanów był jednak autorem najważniejszej akcji meczu. Gdy w 53 minucie Sead Hamulić puścił już piłkę w kierunku bramki obok Gabriela Kobylaka, właśnie „Kowal” pogonił za nią długimi susami i zdołał wybić sprzed linii bramkowej! - Musiałem naprawić swój błąd – tłumaczył po końcowym gwizdku przywołując fakt, że goście akcję wyprowadzili po jego wyrzucie piłki z autu. - W tym sprincie dałem z siebie maksa. A że nie jestem sprinterem, dobrze byłoby wiedzieć, ile w tej pogoni za piłką wyszło mi kilometrów na godzinę. Jakoś wewnętrznie pewny jestem, że to „życiówka” była – uśmiechał się katowicki pomocnik.
Możecie mi wytrzeć piłkę?
Poza biegami na krótkich dystansach, piłkarz GieKSy na zielonej murawie praktykuje jeszcze jedną konkurencję, jakby żywcem zaczerpniętą z lekkoatletycznych stadionów. Nieprzypadkowo sam wspomniał o wyrzucie z autu. W jego wykonaniu banalny element piłkarskiego meczu zamienia się w istotną broń ofensywną Katowiczan. Tutaj, zamiast pomiaru prędkości, dokonać można obliczenia dystansu, jaki przelatuje futbolówka. - Ile rzucam z autu? To zależy, czy i jak... wytarta jest piłka – wyjaśnia „Kowal”. - A pamięta pan, że kiedyś udało mi się... zdobyć w ten sposób bramkę? - pytam z przekorą.
No więc pamiętamy, owszem; to był ubiegłosezonowy mecz z Termalicą. Daleki wyrzut Kowalczyka – aż na linię bramkową gości – tak zaskoczył Arkadiusza Kasperkiewicza, że miast piłkę wybić w pole, wpakował ją do siatki!
Jak daleko poleci?
- W szkole zawsze miałem najlepsze wyniki w rzucie piłeczką palantową – mówił mi kiedyś inny mistrz wyrzutów z autu, Patryk Dziczek. „Kowal” w swym wykonaniu tej konkurencji nie pamięta. Skąd więc dzisiejsze osiągi? - Z... przypadku. Jeszcze w ŁKS-ie wziąłem piłkę i na treningu rzuciłem parę razy zza linii bocznej w pole karne. Fajnie wyszło i tak mi zostało – wyjaśnia Katowiczanin.
Czy w Zabrzu ta jego umiejętność na coś się przyda?
Dariusz Leśnikowski
