Zaryzykował i się udało
Rozmowa z Mateuszem Rosołem, 18-letnim pomocnikiem Ruchu Chorzów, który w meczu z Polonią Warszawa zaliczył debiut w wyjściowym składzie.
To był 16. występ Rosoła z „Erką” na piersi – ale dopiero pierwszy od początku. Fot. Weronika Morciszek/PressFocus
Kiedy się pan dowiedział, że zagra w tym meczu od początku?
– Oficjalnie dowiedziałem się kilka godzin przed meczem, ale już w tygodniu ćwiczyliśmy różne aspekty taktyczne. Po tym, jak byłem ustawiany, mogłem się trochę przygotować mentalnie.
A jak wygląda takie poinformowanie o grze od początku?
– Rozmowy stricte jeden na jeden nie było. Po prostu na odprawie przedmeczowej się o tym dowiedziałem, no i na treningu trenowaliśmy w takim układzie.
Jako że pozycja młodzieżowca jest w Ruchu zabezpieczona, z zewnątrz wydawało się, że przy tylu kontuzjach w środku zagra bardziej doświadczony Jakub Kristan. Czy przeczuwał pan, że wybór padnie jednak na pana? Jak nie teraz, to w najbliższym czasie?
– Nie myślałem o tym. Gdy dowiedziałem się, że Michał Chrapek ma kontuzję, to po prostu chciałem wykorzystać szansę z ławki. Tak się do tego nastawiałem, a że wyszedłem w podstawowym składzie, to było bardzo miłe zaskoczenie.
Jak ocenia pan swój występ z Polonią?
– Myślę, że był dobry i że odpowiednio podszedłem do niego mentalnie. Wiadomo że były rzeczy do poprawy, ale jak na pierwszy mecz w pierwszym składzie jestem zadowolony.
Jak się pan odnajdywał w pierwszoligowym środku pola? To bardzo fizyczna przestrzeń, intensywna, trzeba szybko myśleć, a Polonia ma tam dobrych piłkarzy.
– Rywal był na pewno bardzo wymagający i ja oceniam go jako najtrudniejszego z tych, z którymi do tej pory graliśmy. Myślę, że dobrze utrzymywaliśmy się przy piłce. Od pierwszego zagrania czułem pewność siebie. Chciałem być przy piłce i to mi dawało swobodę w graniu.
Były jakieś wskazówki od trenera i kolegów?
– Żebym grał tak, jak zawsze. Żebym pokazał się tak, jak na treningu i żebym tak samo podszedł do meczu. Żebym wykonywał każde zadanie po kolei i za bardzo o tym nie myślał.
Polonia Warszawa to dla pana szczególny przeciwnik, bo 25 maja 2025 r., w ostatniej kolejce, zadebiutował pan w Ruchu przeciwko Czarnym Koszulom. Czym się różni Mateusz Rosół z wtedy od tego z dzisiaj?
– Uważam, że zmieniłem się bardzo dużo – i fizycznie, i mentalnie i przede wszystkim piłkarsko. Ten rok trenowania i wchodzenia na końcówki dużo mi dał, jeśli chodzi o doświadczenie i spokój w grze.
Nie mierziło pana, że to tylko końcówki? Przed 75 minutą na boisku się pan nigdy nie zameldował.
– Nie wszedłem, ale podchodziłem do tego spokojnie. Miałem wtedy 17 lat, a niedawno, w czerwcu, skończyłem dopiero 18 lat. Wiadomo też, jak ważna i odpowiedzialna jest pozycja w środku pola. Wiedziałem również, z kim rywalizowałem, więc cieszyłem się z tego, co dostawałem i starałem się to jak najlepiej wykorzystywać.
Jakim trenerem dla młodych piłkarzy jest Waldemar Fornalik?
– Kiedy dowiedziałem się, że przychodzi do zespołu, ucieszyłem się, bo wiadomo, co trener Waldemar Fornalik osiągnął z Ruchem – i nie tylko z Ruchem. To na pewno buduje wielki szacunek wobec tego, co mówi. Wiadomo też, że ma bardzo dużą wiedzę, więc z każdego treningu starałem się czerpać jak najwięcej.
To bardziej surowy nauczyciel czy ojciec?
– Trudno stwierdzić (śmiech). Zależy od sytuacji.
Pochodzi pan z „niebieskiej” Rudy Śląskiej. Jakie były pana początki z piłką?
– Mam starszego brata, który też grał w piłkę – zaczynał w Gwieździe Ruda Śląska, a potem był w Rozwoju Katowice. Ja też grałem w Gwieździe, a w czwartej klasie podstawówki przyszedłem do klasy sportowej Ruchu, co zawsze było moim marzeniem. I zostałem do teraz.
A kiedy zaczęło się u pana kibicowanie Ruchowi?
– To były czasy ekstraklasy na Cichej, 2014 albo 2015 rok... Pamiętam taki mecz z Legią, kiedy Mariusz Stępiński strzelał przewrotką (najpewniej chodzi o remis 0:0 w kwietniu 2016 – przyp. red.).
Którzy piłkarze robili wtedy na panu największe wrażenie?
– Patryk Lipski i właśnie Mariusz Stępiński.
Jak mijały panu lata w chorzowskiej akademii? Wielu chłopaków chciałoby przejść podobną drogę – od podstawówki do pierwszego składu.
– Myślę, że do sezonu w kategorii U-17, kiedy byłem kapitanem, to jakoś szczególnie się nie wyróżniałem. Uważam, że tamten sezon spowodował, że dostałem się do pierwszej drużyny. Można powiedzieć, że wtedy też najbardziej się poświęciłem i skupiłem na piłce.
Co pan rozumie przez poświęcenie? Szkoła poszła na dalszy tor?
– Tak. Dogadałem się z rodzicami, bo to był ostatni rok przed maturą. Zaryzykowałem i cieszę się, że to się udało.
Ruch to nie jest byle jaki klub. Czy czuje pan presję związaną z grą dla Niebieskich?
– Trochę czuć presję, ale wolę grać i zaczynać w klubie z takimi kibicami, gdzie w każdym meczu możemy na nich liczyć. Przekuwam to w ekscytację, motywację i uśmiech na twarzy.
Chodził pan też do akademii Technical Football Training. Co to jest?
– Zacząłem tam chodzić chyba w piątej klasie podstawówki. Miałem tam dodatkowe treningi, które były stricte techniczne – zwody, gra jeden na jeden. Byłem tam też na obozach i myślę, że dało mi to dużo pod względem pewności siebie w pojedynkach i znajomości techniki. Takie zajęcia dodatkowe.
A kto jest pana piłkarskim idolem?
– Zawsze byłem „team Messi”, podziwiałem go, a jeśli chodzi o moją pozycję, to lubiłem Kevina De Bruyne.
Czuje pan, że ma potencjał na ekstraklasę?
– To już nie mnie oceniać (uśmiech). Wierzę, że wszystko jest możliwe, mierzę wysoko i zobaczymy, jak to się potoczy.
Rozmawiał Piotr Tubacki
