Zadebiutuję w V lidze
Rozmowa z Maciejem Sadlokiem, 15-krotnym reprezentantem Polski
Maciej Sadlok prowadzi zajęcia z dziećmi i przygotowuje się do występów na szóstym poziomie rozgrywkowym. Fot. Dorota Dusik
Jak smakował trzeci awans w pana życiu?
- Te dwa poprzednie z Ruchem Chorzów do ekstraklasy miały oczywiście inny wymiar, ale także ten trzeci z moim macierzystym klubem, czyli Pasjonatem Dankowice do V ligi, był dla mnie wyjątkowy. Jak zawsze przy awansie było dużo radości, bo wiadomo, że gdy się zdobywa mistrzostwo – niezależnie od rozgrywkowej – to trzeba wygrywać mecze, a każde zwycięstwo daje satysfakcję. My wiosną w klasie okręgowej mieliśmy passę 14 zwycięstw, więc było sporo okazji do świętowania.
6 sierpnia 2006 roku zadebiutował pan w barwach Pasjonata w IV lidze, w wygranym 3:2 meczu z Gwiazdą Skrzyszów i strzelił gola z rzutu wolnego, a po 15 meczach rundy jesiennej odszedł pan do Ruchu. Jak po prawie 20 latach odnalazł się pan na starych śmieciach?
- Nie musiałem się odnajdywać, bo bez względu na miejsce zamieszkania byłem i jestem Dankowiczaninem oraz Pasjonatem. Co prawda przez te 19 lat grałem na wyższym poziomie, ale to nie znaczy, że teraz mogę stać na boisku. Wręcz przeciwnie. To, że zagrałem 15 razy w reprezentacji Polski i 364 razy w ekstraklasie, jest już za mną, ale też zobowiązuje do tego, żeby nie zawodzić kolegów, z którymi teraz wybiegam na murawę, a także naszych kibiców. Oczywiście na koniec chcę sobie po prostu pograć spokojnie i w fajnych warunkach. Nie jest to co prawda gra o taką stawkę jak w profesjonalnym futbolu, ale jak ktoś ma w sobie sportową ambicję – a ja mam – to potrafi także na tym szczeblu znaleźć dla siebie motywację i wyzwanie. Powiem szczerze, że gdy po 14 zwycięstwach z rzędu nasz ostatni wiosenny mecz zakończył się podziałem punktów, byłem bardzo zły, że „tylko” zremisowaliśmy.
8 sierpnia Pasjonat rozpocznie sezon wyjazdowym meczem ze Stalą-Śrubiarnią Żywiec. Czy będziecie chcieli kontynuować passę?
- Zadebiutuję w V lidze, więc trudno mi przed startem prorokować, jak będziemy wyglądać na tle rywali. Myślę jednak, że na wyższym poziomie zarówno zespoły, jak i poszczególni zawodnicy w drużynach rywali będą bardziej wymagający. Mamy ekipę, która powinna dać sobie radę, ale na seryjne wygrywanie raczej się nie nastawiam. Cały czas - i wiosną, i w sparingach - grałem na środku obrony, jako „półlewy” w czwórkowym ustawieniu, więc to jest moja pozycja. Z drużyny, która wywalczyła awans, nikt nie odszedł, a sporo młodzieży zgłosiło akces do gry u nas i musieliśmy robić selekcję. Zaskoczyło mnie, że jest tylu chętnych do występów w V lidze, ale cieszę się, że chcą się rozwijać.
Jaki cel postawiliście sobie na ten sezon?
Ani prezes, czyli mój tata Andrzej, ani kapitan, czyli mój starszy brat Wojciech, ani trener Andrzej Tomala nie sprecyzowali, w jakie miejsce mierzymy. Po prostu chcemy wygrywać, bo po to się trenuje i wychodzi na boisko. Zwycięstwa dają przyjemność, ale ja patrzę też na grę przez pryzmat zdrowia. Były lata, kiedy piłka, mecze, treningi były ważniejsze od dolegliwości i to się teraz odbija, ale przy obecnych obciążeniach z przyjemnością wychodzę na mecz i robię w obronie to, co do mnie należy. Wprawdzie wiosną strzeliłem gola bezpośrednio z rogu, ale nie mam parcia, żeby wpisywać się na listę strzelców. Od tego są zawodnicy ofensywni, a ja mogę im pomóc rozegraniem akcji i cieszę się z ich osiągnięć, tym bardziej że w drużynie obok trójki starszych zawodników, bo do takich obok siebie i brata mogę też zaliczyć 42-letniego Marcina Wróbla, wieloletnią podporę drużyny, krzywa wieku wyraźnie idzie w dół. Pomagam tym chłopakom i życzę, żeby zrobili karierę.
Co pan robi poza boiskiem, bo amatorskie uprawianie piłki nożnej pozostawia jeszcze sporo czasu do zagospodarowania?
- Tak, ale piłka w moim życiu kręci się na okrągło. Oprócz tego, że trenuję i gram prowadzę drużynę młodzików Pasjonata. Mogę się nawet pochwalić pierwszym sukcesem, bo miesiąc temu zajęliśmy 3. miejsce w ogólnopolskim turnieju finałowym rozgrywek pod nazwą „Wakacje z piłką – Szukany Piłkarskich Janków”. To była dla mnie ciekawa lekcja i tak samo dla chłopaków, z którymi niedługo zaczynamy rozgrywki w V lidze okręgowej D1. Poza tym prowadzę treningi indywidualne, więc o nudzie nie ma mowy. Przy okazji odnawiam trenerską licencję UEFA B, ale nie ciągnie mnie do pracy z seniorami. Te emocje, które przeżywam przy szkoleniu dzieci, wśród których jest też mój syn Milan, w zupełności mi wystarczają.
Czy wyznaczył pan sobie datę zakończenia kariery?
- Tata grał do 44. roku życia, a starszy ode mnie o pięć lat brat, czyli zbliżający się do 42. urodzin Wojtek też pokazuje, że Sadloki nie schodzą z boiska tak szybko. Nie daję więc sobie żadnej granicy, ale nie będę się ścigał w rodzinnej konkurencji boiskowej długowieczności. Jedyną barierą stanowi zdrowie i satysfakcja. Będę grał, jeżeli nie będzie bolało, a mam trochę czasu, żeby wreszcie zadbać o mocno eksploatowany wcześniej organizm oraz dopóki będę potrzebny zespołowi. Jeżeli gra sprawiała mi będzie przyjemność, będę biegał za piłką, bo to lubię, ale już nie muszę.
Rozmawiał Jerzy Dusik
