Z nosem przy ekranie
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Owóż, wreszcie mam swój intymny czas kontemplacji futbolowej; co prawda oglądam na leżąco i w przypadku meczów nudnych łatwo mi osiąść na łonie morfeusza, ale któżby się nudy spodziewał na tym etapie rozgrywek. Przecież zostały już tylko cztery ekipy najlepsze na świecie, pierwsze cztery drużyny rankingu FIFA, co mi się absolutnie podoba, ale malkontentom i wyznawcom teorii spiskowych jest nie w smak. Jako piłkarskiego konserwatystę bardzo mnie cieszy, że pomimo zaproszenia pierdyliarda egzotycznych drużyn (o zgrozo, łysy z Fifa już planuje dalszy rozrost liczby uczestników) i ustawienia drabinek pod gospodarzy, hierarchia futbolowa pozostaje nienaruszona.
Za to właśnie lubię mundiale, bo w przeciwieństwie do mistrzostw kontynentalnych, nie zdarzają się w nich incydenty w rodzaju dziwacznych tryumfów Czechosłowacji w 1976, Danii w 1992 czy Grecji w 2004. Kto lubi sensacje i piłkarskie rewolucje, niech czeka na Euro, mundial jak świat światem jest od tego, żeby potwierdzać ustalony stan rzeczy, a im bardziej przy jego regulaminie się gmera, tym łacniej przyjmuję zwycięstwa faworytów. Za mojego kibicowskiego życia dwukrotnie się zdarzyło, że puchar świata jakaś reprezentacja wznosiła po raz pierwszy i dwakroć miałem z tej przyczyny odczucia wysoce ambiwalentne. Elitarne grono mistrzów na szczęście w tym roku się nie powiększy.
Piszę te słowa pomiędzy spotkaniami półfinałowymi, więc wciąż jest możliwy taki szpryngiel, że chociaż z mundialu na mundial jego wieloetniczność się wzmaga, a liczba potomków imigrantów w każdej z drużyn stale rośnie, w finale spotka się dwudziestu jeden białasów z jednym Yamalem jako ciemną wisienką na torcie. Jakże niepoprawne politycznie byłoby argentyńsko-hiszpańskie zwieńczenie światowego festiwalu piłki, och, jakiż to byłby psikus – lecz przecież nie z tej przyczyny trzymam kciuki za Messim i jego drużyną.
Dzieciństwo spędziłem bowiem z mundialami Piechniczkowymi, trzymałem kciuki za Biało-Czerwonych, a kiedy nagle i nieodwracanie Polacy odpadli w Meksyku w 1/8, nastoletni kibic musiał znaleźć sobie miłość zastępczą. A że wtedy cuda wyprawiał El Diego, najłatwiej było pokochać Albicelestes - i tak już zostało na kolejne turnieje bez Polaków, i tak już w krew weszło, że Argentyna budzi moje najsilniejsze emocje.
Wszyscy stawiali na Anglików, tak jak wszyscy byli przekonani, że rozpędzona i roztańczona Francja nie znajdzie na tym turnieju pogromcy. Tymczasem wystarczyło się skupić na odbiorach i pressingu, co Hiszpanie potrafią doskonale (jeden gol stracony na mundialu, 37 meczów z rzędu bez porażki) i liczyć, że w obronie Francja się choć raz pomyli. Omyłek było więcej, litości salwadorskiego arbitra Les Bleus zawdzięczają, że nie grali drugiej połowy w dziesiątkę, bo Rabiot na drugie żółtko zasłużył, ale i tak butny Deschamps, nie mogąc doszukać się wytłumaczenia dla niemocy swojej drużyny, podważał kompetencje sędziego.
Wynik półfinału nie był niespodzianką, lecz skalę bezradności najpiękniej grającej ofensywy tego turnieju już należy uznać za sensację. Przez półtorej godziny Francuzi oddali jeden trudno zauważalny celny strzał, dopiero w doliczonym czasie Dembele dwa razy zmusił Simona do użycia rąk. Niebywałe, jak Hiszpanie zdominowali środek boiska i jak bezbłędnie zneutralizowali wszystkie atuty Trójkolorowych.
Wiemy, że tzw. drużyny turniejowe się rozkręcają powoli - Hiszpania zaczęła od remisu z Cabo Verde (jedyna reprezentacja na turnieju, która nie przegrała z podopiecznymi Luisa de la Fuente!), potem wygrywali, ale nie zachwycali, dopiero w starciu z Francją zademonstrowali swoją moc. Yamal, oprócz zarobienia karnego, prezentował się dyskretnie na tle kolegów, druga bramkę strzelił obrońca, a bohaterami byli faceci od czarnej roboty – Rodri i Fabian Ruiz. To był triumf drużynowej dyscypliny nad romantycznym idiomem francuskiej piłki, opartej na motoryce i technice gwiazd ofensywy.
Choćby dla urozmaicenia przydałaby się zatem wygrana Argentyny nad Anglią. Państwo już wiecie, co się wydarzyło, ale ja jeszcze w środowe popołudnie wierzę, że tym razem pragmatyści przegrają, a mędrzec Leo zagra na nosie wyspiarskim szybkobiegaczom. Miłośnicy talentu Messiego są zgodni w zachwycie strategią trenera Scaloniego, który układa drużynę pod jednego geniusza, tak, aby mógł siebie i nas jeszcze karmić swoimi nietuzinkowymi zagraniami. Krytycy uważają, że przez cały turniej Argentyna gra w dziesiątkę, a Messi pomylił pokazowy mecz oldbojów ze zmaganiami o mistrzostwo świata. Że nie biega, a stoi, człapie lub truchta – ale jakże on pięknie człapie, ileż idei przy tych spacerach w jego głowie powstaje, bodaj od czasów perypatetyków nikt tak mądrze nie chodził.
To był triumf drużynowej hiszpańskiej dyscypliny nad romantycznym idiomem francuskiej piłki, opartej na motoryce i technice gwiazd ofensywy. Fot. PAP/EPA
