Z Broadwayu na nowojorskie ulice
Rozmowa z Bartkiem Kacperski, muzykiem grającym na Broadwayu, licencjonowanym przewodnikiem po Nowym Jorku
Times Square żyje mistrzostwami. For. Michał Zichlarz
Jak trafił pan do Nowego Jorku?
- Jestem z wykształcenia muzykiem, studiowałem na Uniwersytecie Fryderyka Chopina w Warszawie, gram na trąbce. Grałem w Orkiestrze Polskiego Radia, w Filharmonii Narodowej, Sinfonii Varsovia jako muzyk klasyczny. Do tego rozrywkowe rzeczy, jak „Taniec z gwiazdami”, gra z zespołami popowymi. Do Nowego Jorku przyjechałem za sercem. Wtedy jeszcze narzeczoną, teraz żoną - Polką. Przyjechałem w 2023 roku, mieszkam tu na stałe, a od dwóch lat gram w musicalu „Aladyn” na Broadwayu, który wystawiany jest od 2014 roku – osiem razy w tygodniu. Gram cztery, pięć razy w tygodniu. To dla mnie spełnienie marzeń. Zawsze jest ten sam musical, gramy to samo, było już prawie 4,5 tysiąca przedstawień, ja zagrałem w prawie czterystu. Przez te dwanaście lat zazwyczaj jest pełna sala, a w teatrze są 1723 miejsca. To jest niesamowite, że można grać dla takiej publiczności, że ludzie zawsze są, że sala jest zawsze pełna. Dzisiaj (rozmawiamy w niedzielę – przyp. aut.) jedno przedstawienie było o godzinie 13.00, a drugiej jest o szóstej po południu i też będzie na pewno komplet.
Łączy pan pracę zawodowego muzyka na Broadwayu z pracą licencjonowanego przewodnika po Nowym Jorku. Da się połączyć te dwa zajęcia?
- To idealne połączenie, bo spektakle zazwyczaj są wieczorem, w tygodniu, a rano coś trzeba robić (uśmiech). To wyszło tak trochę z przypadku. Moja żona założyła kanał na YouTube o Nowym Jorku – „Nowy Jork po polsku”. Tak się to zaczęło...
Przez pana stronę na Facebooku znalazłem lokum na Queens, na Maspeth u polskiej rodziny. Znakomite miejsce, bo czuję się jak w domu.
- Cieszę się, że strona pomogła. Mamy strony z miejscami dla Polaków, którzy chcą odwiedzić Nowy Jork. Zacząłem dostawać zapytania, czy nie byłbym w stanie zrobić wycieczek. Zdałem egzamin, który organizuje miasto, bo jest wymagany do oprowadzania wycieczek. No i łączę jedno z drugim. Firma rozrosła się, bo już mamy trzech przewodników i nie tylko w Nowym Jorku, ale też w Filadelfii, Waszyngtonie, Bostonie, oprowadzamy też po wodospadzie Niagara. Jednak oczywiście główna moja praca i priorytet to granie na trąbce w musicalu „Aladyn”.
Skąd pan pochodzi?
- Z miasteczka Widawa w województwie łódzkim. To półtoratysięczna miejscowość.
Przejdźmy do mundialu w Stanach. Co odpowiedziałby pan na zdanie, że ludzie tutaj w ogóle nie czują mistrzostw? Że nie ma nawet chodników, żeby na stadiony dojść, że rządzi Trump, że za duży, zbytnio rozbudowany turniej, bo gra w nich 48 reprezentacji?
- Zawsze ktoś będzie miał jakieś zastrzeżenia, pretensje - tym bardziej że naszej reprezentacji tutaj niestety nie ma. Szkoda, bo Polacy przyjechaliby pewnie w licznej grupie i zobaczyli, jak to faktycznie na miejscu wygląda. Media mają własny przekaz, ale w rzeczywistości jest inaczej, a widzę to po rekcjach na wycieczkach. Panuje takie przekonanie, że bezdomni leżą na ulicach, w metrze dźgają nożem, a tak naprawdę to oczywiście tutaj tak nie jest. Moi goście przekonują się, że miasto jest bezpieczne i ja sam tak się tutaj czuję. Te przejazdy metrem są tutaj traktowane, jako kontrowersyjna sprawa, a media to jeszcze podkręcają. W jakiś sposób te cztery, a nawet pięć milionów ludzi codziennie nowojorskim metrem (w Ameryce metro to subway – przyp. aut.) jednak jeździ bez przeszkód. A że nie ma chodników? (śmiech) Cóż, tak ten kraj jest zbudowany i tak funkcjonuje. Ja się śmieję, że jak o Amerykanach mówi się, że są chorobliwie grubym narodem - bo są! - to w Nowym Jorku ciężko znaleźć grubasów. Tutaj w Nowym Jorku jest gdzie chodzić, biegać, jeździć na rowerze. Ameryka jest tak ogromna, że ludzie potrzebują samochodów, a niekoniecznie chodników; czasem przejazd do sklepu czy przychodni to pół godziny jazdy. Nikt nie będzie chodził do takiego miejsca, bo za daleko. To odległości tutaj determinują więc sytuację.
Kolejny zarzut - futbol to soccer, Amerykanie tej dyscypliny nie czują, a gdyby nie latynoskie społeczności, to byłoby bezbarwnie. Tak jest?
- To fakt, że społeczność latynoska - a nie mówię tylko o Meksykanach - jest w Stanach ogromna i to oni głównie żyją tym co dzieje się na piłkarskich boiskach. Każde państwo z Ameryki Południowej ma własną społeczność i ci ludzie żyją mistrzostwami świata. Na mecze New York FC czy New York Red Bulls chodzą głównie Latynosi. Tak tutaj jest, chociaż to się zmienia.
Drużyna USA bardzo dobrze radzi sobie podczas turnieju u siebie, zagra o ćwierćfinał z Belgią.
- Gdy Amerykanie widzą, że sukces jest w zasięgu, że drużyna jest na fali, to nagle zaczynają tym żyć i tak jest teraz. To w dużej mierze zasługa mediów, które podkręcają atmosferę. Amerykanie robią wszystko tak, jakby zaraz mieli mistrzostwo wygrać, a wiadomo, że do tego daleka i trudna droga. Oni w każdej dziedzinie chcą być najlepsi. Tak jest od dziecka, to kwestia wychowania. Cokolwiek robisz, to chcesz być najlepszy i nie ma znaczenia to, czy jest to soccer czy granie na trąbce, bycie dziennikarzem czy biznesmenem. Masz jeden cel, dla wszystkich tutaj liczy się jedno – pieniądze. A jak ktoś jest w czymś dobry, to te pieniądze się znajdą.
Odnośnie mundialu: w spektaklu gram z kolegą, Amerykaninem, który na bieżąco śledzi losy mistrzostw świata. Nawet obstawia wyniki, ma drużyny, którym kibicuje. Inny znajomy ma syna, czterolatka, który uwielbia soccer. Zmienia się nastawienie wobec piłki, te mistrzostwa to pokazują... Na pewno to nie jest jeszcze jednak poziom koszykówki czy ligi futbolu amerykańskiego. Wykupiłem sobie streaming w telewizji NBC, który nazywa się „Peacock”. Są tam mecze, ale jedyny dostępny tam język to hiszpański. Paru słówek już się przy tym nauczyłem (śmiech).
Było głośno o transferze Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire?
- Amerykanów to nie ruszyło. Liga MLS nie jest tutaj za bardzo popularna. Mam wrażenie, że bardziej popularna jest w Europie, niż w Stanach. Jeszcze przyjście Messiego trochę nakręciło zainteresowanie, ale... niekoniecznie tutaj za Oceanem. Tutaj szaleje się, ale za ligą futbolu amerykańskiego NFL. Tym Amerykanie żyją, maja bzika na punkcie tej dyscypliny, jest ogromne przywiązanie do drużyn, którym się kibicuje. Mój kolega jest z Filadelfii, jest fanem Philadelphia Eagles. Sezon się jeszcze nie zaczął, ale już myśli co będzie. W listopadzie mają grać w Londynie, więc dla całej rodziny kupił bilety na wylot i na mecz właśnie tam, żeby wspierać swój zespół! Oni są zresztą triumfatorem Super Bowl z poprzedniego roku. Kiedy grali w finale, to brał wolne, żeby pojechać ich dopingować.
Inny przykład to koszykówka?
- Nowojorscy Knicks wygrali NBA po 53 latach, a na fetę przyszło w Nowym Jorku prawie 2,5 miliona ludzi, to wszystko podczas toczących się mistrzostw świata. To był jeden z dni w historii, podczas którego stwierdzono największe w historii branie urlopów na żądanie! Wszyscy w tym święcie chcieli brać udział, chcieli uczestniczyć w paradzie. To było szaleństwo!
Na jednym z pana filmików na YouTube widziałem ciekawą historię związana z zatłoczonym teraz o każdej porze roku i o każdej godzinie Times Square, a wcześniej niewiele się tam działo. Proszę coś o tym powiedzieć.
- Tak, był tam plac, ale nie było to zurbanizowane miejsce. Miasto rozrastało się w tym kierunku, w którym mogło, czyli na północ. Pierwsza osada w Nowym Jorku to Nowy Amsterdam. Mieściła się tam, gdzie jest teraz centrum finansjery czyli Wall Street. Zresztą nazwa powstała od tego, że był tam mur – jak nazwa wskazuje – który holenderskich osadników miał chronić przed atakami Anglików. Nazwa Wall Street już została. Times Square zmienił się w latach 90. Firma Disney produkująca filmy wydzierżawiła od miasta teatry okalające to miejsce. Powstały też świetlne reklamy/bilboardy, zaczęto remontować teatry, a część budynków, które okalają Times Square to są rusztowania, bo lepiej wynająć bilboard niż cały budynek. Prawnie każdy budynek, którego ściana jest od strony Times Square musi mieć zawieszony bilbord. Musi! Te bilbordy wykraczają już poza Times Square czyli poza 42 i 47 ulicę, jesteśmy teraz przy ulicy 40, 39, a już te reklamy się pojawiają.
A pana ulubione miejsce jako przewodnika?
- Uwielbiam to miejsce, gdzie teraz siedzimy. Jesteśmy w miejscu, które nazywa się Bryant Park. Jego historia zaczyna się na początku XX wieku. Dwieście lat temu był tutaj cmentarz komunalny, ale jak miasto się rozrastało, to trzeba było się zdecydować czy cmentarz ma zostać, czy trzeba go raczej przenieść. Zdecydowano się na drugie rozwiązanie. W 1853 roku w Nowym Jorku odbywała się „Wystawa światowa”, choć taka nazwa jeszcze wtedy nie obowiązywała. Pierwsza była w Londynie dwa lata wcześniej. No i w tym miejscu prezentowano wynalazki. Wybudowano konstrukcję ze stali i szkła, którą nazywano „Kryształowym pałacem”. To była konstrukcja mieszcząca wynalazki, wystawy i został wtedy przedstawiony jeden z największych wynalazków Nowego Jorku. Niejaki Elisha Otis stworzył pierwszą, bezpieczną pasażerską windę. Wcześniej ich używano, ale do przewozu towarów, bo ludzie bali się, że jak lina się zerwie, to spadną. Otis na takiej platformie kazał się wciągnąć na górę, a potem ceremonialnie kazał odciąć linę. Winda oczywiście nie spadła ku zdziwieniu ludzi, narodziła się winda pasażerska, a jak wchodzimy teraz do jakiejkolwiek windy, to z dużym prawdopodobieństwo znajdziemy tam nazwę firmy Otis” od nazwiska wynalazcy. Firma działa na całym świecie, w Polsce oczywiście też. Co do Bryants Park, to wybudowano tutaj potem Miejską Bibliotekę Publiczną, no i powstał park, który nazwę wziął od dziennikarza, właściciela gazety Williama Bryanta, który był propagatorem wybudowania słynnego Central Parku. Tutaj teraz ludzie w otoczeniu wieżowców odpoczywają, maja chwilę na wytchnienie. Park znajduje się pomiędzy 40, a 42 ulicą oraz 5 i 6 aleją. Miejsce, gdzie warto wziąć kawkę, zabrać jakieś jedzenie i… popatrzeć na ludzi, bo Nowy Jork jest jednym z najbardziej zróżnicowanych miejsc na ziemi.
Tygiel!
- Dokładnie. Szacuje się, że w Nowym Jorku można usłyszeć aż 800 języków. Są tutaj ludzie o każdym odcieniu skóry, każdego wyznania, każdej orientacji seksualnej, ciekawym ubiorze. To miejsce uważam za koszmar rasisty. Na pewno to takie miejsce w Ameryce, które warto odwiedzić i jako mieszkaniec serdecznie do tego zachęcam. Tutaj przykładowo zimą w Bryant Parku trawa jest zwijana w rolki, a miejsce zamienia się w lodowisko, w ślizgawkę.
Na koniec pytanie o polski Nowy Jork. Dla mnie te mistrzostwa to najbardziej polski piłkarski mundial, mimo że Biało-czerwonych nie ma. Mieszkam na Maspeth na Queens u polskiej rodziny, chodzę do polskiego sklepu pana Kiszki, jest Biedronka, idę do polskiego kościoła na polską mszę, chodzę po ulicach Stanleya E. Wdowiaka i Franka Kowalinskiego...
- Polonia pod względem liczebności w Nowym Jorku jest na ósmym miejscu. Jest liczna, widoczna. W całym regionie Metropolitan Area, z pobliskim New Jersey, jest dużo Polonusów. Z kolei w Pensylwanii obok Filadelfii jest nawet małe sanktuariom Matki Boskiej Częstochowskiej. W Nowym Jorku to Greenpoint był takim polskim miejscem, które jednak teraz się zmniejsza, jeżeli chodzi o liczbę Polaków. W historii Nowego Jorku zawsze tak było, pieniądz determinuje to, że jedna nacja się wyprowadzała, inna wprowadzała, a ludzie zawsze dawali sobie jakoś radę, znajdowali nowe miejsca. Podobnie dzieje się teraz. Są inne polskie miejsca, jak wymienione przez ciebie Maspeth, Ridgewood. Ślady historyczne jeżeli chodzi o Nowy Jork? Pomnik Władysława Jagiełły w Central Parku. Monument przyjechał tutaj na „Wystawę światową” w 1939 roku, która odbywała się na Queens. Był polski pawilon, Polska przyjechała się zaprezentować ze swoim dorobkiem i przywieziono też ze sobą pomnik króla Władysław Jagiełły na koniu. Po wybuchu wojny pomnik już został, a ówczesny burmistrz Nowego Jorku, bardzo tutaj znany i szanowany Fiorello La Guardia…
…od którego imienia nosi nazwę lotnisko na Queens w Nowym Jorku…
- Tak, i to właśnie on w czasach Wielkiego Kryzysu zdecydował, żeby uhonorować Polaków i wstawić pomnik do Central Parku. Teraz Amerykanie mówią na niego „King Jagiello”. (uśmiech) Kolejne znane nazwisko w Nowym Jorku to Ignacy Jan Paderewski. Niedaleko miejsca, gdzie siedzimy, swoją siedzibę ma słynna Carnegie Hall, gdzie polski pianista, wirtuoz grywał koncerty charytatywne, które miały wesprzeć walkę o niepodległość Polski w okresie pierwszej wojny. Niedaleko jest apartamentowiec, gdzie zmarł i gdzie do dzisiaj wisi upamiętniająca Paderewskiego tablica. To przy 6 ulicy i 57 alei. Z kolei w New Jersey jest Pomnik Katyński.
Jest też pomnik księdza Jerzego Popiełuszki na Greenpoint.
- Tak. Można by takich miejsc jeszcze trochę wskazać. O to wszystko dba tutaj Polonia.
Jak się mieszka w Nowym Jorku?
- Ja uwielbiam i kocham to miasto. W Warszawie mieszkałem 10 lat i nie bardzo mogłem się przekonać. Tutaj jest inaczej, ale oczywiście nie każdy tak to może czuć. Jest tłoczno, bardzo drogo, można się tym miastem przebodźcować, ale to świetnie miejsce do mieszkania i do łatwego zwiedzania z czytelnym układem ulic. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.
Rozmawiał w Nowym Jorku Michał Zichlarz
Bartek Kacperski w swoim ulubionym miejscu w Bryant Park na Manhattanie. Fot. Michał Zichlarz
Metropolia Nowego Jork to 20 mln ludzi, to miasto może oszołomić. Fot. Michał Zichlarz
Wieżowce na Manhattanie mają po 300-400 metrów wysokości, a One World Trade Center, aż 541 metrów! Fot. Michał Zichlarz
Skwer błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki na Greenpoincie. Fot. Michał Zichlarz
