Wszystko zaczyna się od podłogi
Rozmowa z Grzegorzem Tkaczykiem, byłym kapitanem reprezentacji Polski i wicemistrzem świata, a dziś ekspertem Polsatu Sport
Grzegorz Tkaczyk rzeczowo ocenia stan piłki ręcznej w naszym kraju. Fot. Norbert Barczyk / Press Focus
Jak oceni pan występ 18-latków w niedawno zakończonych mistrzostwach Europy?
- Jeśli pyta pan o mojego syna Mateusza, to z perspektywy ojca uważam, że zagrał dobre mistrzostwa. Jestem z niego bardzo zadowolony.
Dużo w rozwoju talentu syna było pańskiego wkładu?
- Na pewno zaraziłem go tym sportem, zabierając od małego na treningi. Na początku grał w piłkę nożną, potem poszedł na zajęcia z piłki ręcznej i bardzo szybko - chyba w szóstej klasie - stwierdził, że chce grać w ręczną. Z dnia na dzień zmieniliśmy mu szkołę w Kielcach na sportową, z profilem piłki ręcznej. Po ósmej klasie już sam podjął decyzję, że chce zdawać do SMS-u. Oczywiście jakieś wskazówki mu dawałem, ale nigdy nie starłem się być jego trenerem. Zawsze miał i będzie miał moje wsparcie, ale nie bawię w trenowanie syna. On ma trenerów, którzy mają większe pojęcie o trenowaniu niż ja, bo nigdy nie pracowałem w tym zawodzie, nie szkoliłem się w tym kierunku. Wypadłem z obiegu, a jedyne co mogę mu przekazać, to jakieś drobne wskazówki.
Mateusz na EURO spisywał się bardzo dobrze - rzucał bramki, był wybierany na MVP. Za to 15. miejsce drużyny...
- Jeżeli spojrzymy na 15. miejsce drużyny, to oczywiście dla kibica nie jest ono dobre. Ważne jednak jest to, że chłopcom udało się uzyskać bezpośredni awans na przyszłoroczne mistrzostwa świata. Jeśli natomiast spojrzymy na przebieg turnieju, to zabrakło nam punktu, by znaleźć się w ósemce.
Myśli pan o feralnym meczu z Wyspami Owczymi w rundzie zasadniczej, gdzie prowadząc na 6 sekund przed końcem, straciliśmy piłkę i zwycięstwo?
- Przydarzył się chłopakom niefortunny błąd, który kosztował zremisowanym spotkaniem, a w ostatecznym rozrachunku brakiem awansu do ósemki. Gdyby mieli punkt więcej, awansowaliby do ćwierćfinału, a nie Niemcy, którzy wyszli z grupy z punktem, a na koniec zostali mistrzami Europy. No cóż, taki jest sport na juniorskim poziomie. Nieprzewidywalny i tak dalej. Chłopak źle podał, w ferworze walki, emocji nie przemyślał ostatniej akcji, zamiast przetrzymać piłkę przez 2 sekundy, wyrzucić ją przez całe boisko w aut, by „Owcze” nie miały czasu na wyrównanie. To są te bezcenne doświadczenia, które zdobywa się na parkiecie.
Rozumiem, tylko jak napisać, że 15. miejsce wcale nie jest takie złe? Przecież tylko dzięki zbiegowi okoliczności – czytaj złotym Niemcom – awansowaliśmy na mundial...
- Gdybyśmy byli w ćwierćfinale, wtedy oczywiście inaczej mówiłoby się o starcie juniorów w mistrzostwach Europy. Jestem daleki od stwierdzenia, że 15. miejsce jest sukcesem, bo wszyscy, włącznie z zawodnikami, oczekiwali czegoś więcej. A tę grupę naprawdę było na to stać. Dobrze, że na koniec chłopcy się podnieśli się i na koniec z Farerami pokazali charakter, bo był to mecz o być albo nie być na mistrzostwach świata. Jest to grupa, która może nam dać, chociażby za rok na mundialu, dużo radości. Zebrała cenne doświadczenie na swoim pierwszym, poważnym turnieju. Zobaczyła tak naprawdę, z czym to się je.
Większość kibiców piłki ręcznej zapyta jednak - kto to są ci Farerzy?
- A to są chłopcy, którzy wpadają w duński system szkolenia. Kończąc szkołę podstawową, wyjeżdżają do liceum w Danii, więc może to nie jest duńska kadra B, ale C na pewno. Nie zapominajmy, że na turnieju wygraliśmy z dobrą Norwegią na rozpoczęcie mistrzostw, pokonaliśmy Słowację, która należy do trudnych przeciwników, byliśmy na dobrej drodze, by wyszarpać remis w fajnym meczu z Hiszpanią, więc są to pozytywne sygnały. Owszem, do pełni szczęścia zabrakło ósemki, ale cel był blisko. Najważniejsze, by regularnie grać z najlepszymi, nie opuszczać turniejów rangi mistrzowskiej, bo tam się zbiera cenne doświadczenie.
Przypominają się pana młodzieńcze lata?
- Miałem to szczęście, że mając 17-18-19 lat bywaliśmy na najważniejszych imprezach. Może nie zajmowaliśmy spektakularnych miejsc, ale zawsze w nich graliśmy. I to było fajne. Poza tym należy pamiętać, że dla tych młodziutkich chłopaków takie mistrzostwa są przepustką, żeby się pokazać szerszemu gronu w Europie, a nie tylko polskim trenerom, menedżerom. Ja na mistrzostwach Europy do lat 18 zostałem zauważony przez Alfreda Gislasona (były reprezentant Islandii, obecnie trener reprezentacji Niemiec – przyp. red.) i potem trafiłem do Magdeburga, więc oni są tego świadomi.
Nie oczekujemy, by juniorskie talenty zawieszały medale na szyjach, jak Niemcy, choć byłoby miło, żeby dwóch-trzech z każdego rocznika w przyszłości trafiało do seniorskiej reprezentacji.
- Obserwuję ich na co dzień, bo większość chłopków jest z kieleckiego SMS-u, drużyny, w której gra mój młody, więc wiem, że jest to grupa, w którą warto inwestować. Przed nimi teraz w 4. klasie granie w Lidze Centralnej, a więc kolejny poziom wyżej i zbieranie kolejnych doświadczeń. A czy dojdą do momentu, że zagrają w pierwszej reprezentacji? Dziś nie wiem, choć mam nadzieję, bo kilku ma dobre papiery. Oczywiście czas to zweryfikuje, na razie możemy wróżyć z fusów, ale to pracowici chłopcy, mocno ukierunkowani, by w przyszłości zagrać w reprezentacji.
Pytanie zawsze budzące kontrowersje – powinni wyjeżdżać za granicę? Teraz czy jeszcze trochę poczekać?
- Jeżeli mają taką możliwość, to powinni, bo w Polsce mamy tylko dwa kluby na europejskim poziomie. Jeżeli 20-paroletni zawodnik chce się rozwijać, to musi w lidze przynajmniej raz w tygodniu grać na wysokim poziomie, inaczej następuje u niego przyhamowanie talentu.
Tak było w pana przypadku?
- Dla mnie priorytetem był wyjazd. Dla moich kolegów z reprezentacji również. Jasne, były to inne czasy. Piłka ręczna w Polsce była dyscypliną mało znaną, więc perspektywa wyjazdu do Niemiec była czymś wielkim. Było to też dość trudne, bo nie byliśmy wolni, a na zachodzie obowiązywał przepis o możliwości gry tylko dwóch zawodników spoza Unii Europejskiej. Trzeba było się naprawdę wyróżniać, żeby cię zauważył niemiecki klub. Woleli sięgać po Rosjan, którzy byli wtedy na topie, niż po Polaka. Dlatego twierdzę, że warto wyjeżdżać, by się rozwijać, podnosić umiejętności, a to sprawi, że i reprezentacja będzie mocniejsza.
Narzekania na system szkolenia w Polsce są więc nieuzasadnione?
- Narzekania będą do pierwszego, dobrego wyniku. Będziemy się do wszystkiego przyczepiać, taką mamy naturę, mentalność. Sławek Szmal (prezes ZPRP – przyp. red.) ma pomysły, wprowadza zmiany, natomiast na ich efekty trzeba poczekać. Nie przyjdą z dnia na dzień. Wiem, że to są proste słowa i może trochę trywialne, lecz wszystko zaczyna się od fundamentów. Pamiętajmy, ilu chłopaków uprawia piłkę ręczną w Niemczech. To jest główny aspekt, bo Niemcy mają z kogo wybierać. Jeżeli nie zachęcimy młodych ludzi do uprawiania piłki ręcznej, to będziemy mieli gorszą selekcję i mniejsze szanse, że iluś fajnych chłopaków znajdzie drogę do reprezentacji. Wszystko zaczyna się od podłogi, a rolą związku i klubów jest zachęcanie jak największej liczby dzieciaków do uprawiania piłki ręcznej.
Prezes Szmal za najważniejszy cel kadencji postawił sobie właśnie rozwój młodzieży.
- Nastąpiła modyfikacja systemu. Widzę to kieleckim SMS-ie, gdzie w ostatnich dwóch latach zostały zmodyfikowane treningi, na przykład siłowe. Jest tego więcej, żeby chłopcy szybciej stali się „chłopami”. Naturalnie nie znam odpowiedzi, czy już za rok w mistrzostwach świata będziemy bili się chociażby o półfinał.
Nie chodzi o natychmiastowe wyniki, lecz o systematykę szkolenia, o cierpliwość dla trenerów, by mieli czas na spokojną pracę.
- Jeżeli chodzi o trenerów grup młodzieżowych, to sytuacja jest stabilna. Pracę z kadrą mojego syna trzy lata temu zaczynał Rafał Gliński. Teraz ten rocznik przejął Wojciech Jedziniak, a „Glina” wrócił do tego, co zaczynał z moim młodym, więc jest stabilizacja i pomysł, jak mają być prowadzone kadry. Zobaczymy, co na da „wygaszenie” SMS-ów w Kwidzynie oraz w Płocku i skupienie całej uwagi na SMS-ie kieleckim, z którego co sezon najwięcej chłopaków wchodzi na poziom superligowy i centralny. Odpowiedzi na te zmiany poznamy za kilka lat.
To na zakończenie zapytam o pierwszą reprezentację. Jak ją pan widzi obecnie?
- Ciekaw jestem, co zrobi selekcjoner Jota Gonzalez po uzyskaniu awansu na mistrzostwa świata w Niemczech, wiedząc, w jakich bólach i mękach się rodził. Czy pójdzie w odmłodzenie składu, rzucenie na szerszą wodę 3-4 ciekawych nazwisk, jak Piotr Mielczarski, Oliwier Kamiński na prawym rozegraniu, gdzie mamy w dalszym ciągu problem. Jest młody Patryk Wasiak w Hiszpanii, który fajnie tam zaczął grać. Do tego dochodzą ciekawe nazwiska z Wybrzeża Gdańsk, bo uważam, że trener Patryk Rombel robi dobrą robotę na polskim podwórku.
Najprawdopodobniej ze względu na kontuzję kolana na mundialu nie zagra Michał Olejniczak, a mogą nie wykurować się także kluczowi Szymon Sićko, którego czeka reoperacja, i wracający po długim urazie barku Arkadiusz Moryto.
- Trudno wyobrazić sobie, że ich zabraknie... Skoro tak, to zastanawia mnie, czy w tej sytuacji pojedziemy do Niemiec z misją wprowadzania młodych, perspektywicznych zawodników nawet kosztem wyniku, czy jednak selekcjoner będzie grał składem, który miał poprzednio. Uważam, że już powinni być wprowadzani młodzi, więc wiele zależy od filozofii Hiszpana.
Rozmawiał Zbigniew Cieńciała
