Wszystko już było
Podobno najbardziej lubimy, to co już znamy. W kontekście mundialu nie ma w tym jednak niczego zdrożnego, wręcz przeciwnie.
Mecze 1/8 finału zapowiadają się fascynująco. Co starcie - to wspomnienia, mniej lub bardziej niezwykłe. Kibice niektórych reprezentacji wracają do tego z uśmiechem, innych z kolei - z grymasem złości i żądzą rewanżu. Oznacza, to że na poziom TOP-16 byle kto wstępu już nie ma. Jedno jest pewne: wybuchy nieokiełznanej namiętności oplotą wkrótce kulę ziemską w gwałtownym uścisku. Przyjrzałem się dlaczego.
KANADA - MAROKO
Ten mecz też zapowiada się wspaniale. Ciekawe czy jakikolwiek wpływ może mieć delikatny handicap dla gospodarzy. Grali poprzedni mecz dzień wcześniej, więc mają trochę więcej czasu na regenerację...
PARAGWAJ - FRANCJA
Nad Loarą ten przeciwnik kojarzy się szczególnie, bo stresu za poprzednim razem było przecież co niemiara. Francuzi podczas triumfalnego marszu po tytuł w 1998 roku właśnie w meczu 1/8 finału, czyli na szczeblu identycznym jak dziś, musieli się na chwilę zatrzymać. Był to jeden z najbardziej dramatycznych meczów w drodze "Tricolores" po pierwszy tytuł. Na stadionie w Lens wszystko rozstrzygnęło się dopiero w dogrywce - pierwszej w historii mundiali rozstrzygniętej "Złotym Golem" (jakie to szczęście, że ten absurdalny przepis wycofano). Francuzi musieli radzić sobie bez pauzującego za kartki głównodowodzącego Zinedine'a Zidane'a i widać było ile on znaczył dla tamtej drużyny. Paragwaj, dyrygowany przez charyzmatycznego bramkarza Jose Luisa Chilaverta, dawał radę aż do 114 minuty gdy gola wbił stoper Laurent Blanc. A teraz? Teraz też Paragwaj - jak wtedy - buduje się przede wszystkim szczelną defensywą, nieustępliwości. Guarani są jak znane z niezwykłej wytrzymałości... guanako. Nie mam wątpliwości: gdyby teraz Paragwajczycy machnęli Francję, byłoby to jedną z największych sensacji mundialowych ever.
BRAZYLIA - NORWEGIA
Więcej o tym starciu na poprzedniej stronie. W 1998 ówczesne zwycięstwo Norwegii było jedną z największych sensacji tamtego mundialu, ale pamiętać trzeba, że Brazylijczycy mieli już pewny awans z grupy i porażka nic ich nie kosztowała. I tak doszli aż do finału. Teraz jest inaczej, jesteśmy już w fazie mundialowej gilotyny.... Niemniej tamten mecz miał niecodzienny przebieg. Pierwszy gol padł dopiero w 78 minucie po strzale niezapomnianego Bebeto i wydawało się, że jest już posprzątane. Do akcji wkroczył jednak "Flonaldo" jak go nazwano, czyli Tore Andre Flo. Po spektakularnej indywidualnej akcji wyrównał. Tuż przed końcem Norwegowie wbili drugiego gola, z karnego. To dało im awans, a szczęśliwym strzelcem był Kjetil Rekdal. Potem Norwegowie już do końca bronili się wręcz desperacko, ale dało im to awans, wprawiając w rozpacz... Marokańczyków.
MEKSYK - ANGLIA
Meksyk grzeje motory. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że w tym meczu wystąpi z renomowanym rywalem jako gospodarz, a za poprzednim razem gospodarzem byli Anglicy, którzy potem zdobyli mistrzostwo świata. Ktoś przesądny w Meksyku mógłby wyciągać pochopne wnioski... Żarty żartami, ale faktem jest, że ten mecz zapowiada się fantastycznie, bo obie drużyny są w gazie. W 1966 roku przed większą presją stali Anglicy, który po przeciętnym starcie na mundialu organizowanym u siebie - czyli bezbramkowym remisie z Urugwajem - zebrali solidną porcję krytyki. Jednak właśnie grupowe spotkanie z Meksykanami dodało im pewności siebie. Impas przełamał fantastyczny gol Bobby'ego Charltona, który przywalił z około 23 metrów w samo okienko. Do dziś ta bramka jest uznawana za jedną z najpiękniejszych - z tych zdobytych przez Anglików na mundialach. Ba, to wręcz ikoniczny symbol! To była typowa akcja w stylu Charltona, który słynął z gwałtownych przyśpieszeń i atomowych strzałów. Nazajutrz angielscy dziennikarze (jaka fajna lekcja dla "Sportu") nazywali to uderzenie "pociskiem", "gromem z jasnego nieba", oraz "najwspanialszym golem, jaki kiedykolwiek widziało Wembley". Drugiego gola dorzucił Robert Hunt. To zwycięstwo uspokoiło podopiecznych Alfa Ramseya, na tyle że w ostatnim meczu grupowym przejechali się po Francji. Dziś Meksyk ma to jednak całkowicie w nosie i trudno mu się dziwić. Gospodarze mogą być dumni z tego jak dotąd prezentują się na tym turnieju. Anglicy muszą brać pod uwagę dwa niecodzienne atuty, żelazną defensywę (Meksykanie nie dali sobie przecież jeszcze wbić gola w trakcie tego turnieju) i rozfanatyzowaną publikę na stadionie, który wyjątkowo nieprzyjemnie im się kojarzy (to właśnie na Azteca odpadli w ćwierćfinale w 1986 roku, po ręce i genialnym rajdzie Maradony).
PORTUGALIA - HISZPANIA
Sąsiedzkie mundialowe starcia Iberyjczyków to historia najnowsza mundiali, niemniej warto do nich wrócić. W 2010 roku Hiszpania ograła Portugalczyków w grupie, a po koronkowej akcji, klasycznej dla coraz bardziej zachwycającej tiki-taki - gola strzelił David Villa. Zrobił to na raty, ale kibice i tak bardziej zapamiętali poprzedzającą strzał "piętkę" Xaviego. Cristiano Ronaldo nie był w stanie nic wyczarować. Hiszpanie właśnie na tym turnieju zdobyli potem jedyne - jak dotąd - mistrzostwo świata. Do rewanżu doszło osiem lat później - znów w fazie grupowej - w Rosji i był to... zachwycający mecz. Dla wielu jeden z najwspanialszych w fazie grupowej XXI wieku. Tym razem CR7 dał niezwykły popis, ustrzelił hat-tricka, mówił o nim cały świat. Portugalczyk otworzył wynik strzałem z karnego w 4 minucie, a zamknął - znakomitym uderzeniem z wolnego dwie minuty przed końcem. Zwycięstwa jednak nie było, bo w międzyczasie Hiszpanie też trafili trzykrotnie, ozdobą był zwłaszcza kapitalny wolej Nacho. Teraz przed nami spotkanie o największym ciężarze gatunkowym, przegrywający odpada. Kto będzie lepszy: CR7 czy mogący być jego synem Lamine Yamal?
Portugalia znów zagra z Hiszpanią. W zeszłym roku mierzyły się w finale Ligi Narodów. Na zdjęciu Yamal (z lewej) przygląda się CR7. Fot. ANP/SIPA USA/PressFocus
USA - BELGIA
To zestawienie ma z kolei początek w dziejach zamierzchłych, wręcz antycznych... Dla obu mecz z przeciwnikiem był debiutem na mundialach: spotkały się w 1930 roku w Montevideo, mało kto pamięta, że było to jedno z dwóch inauguracyjnych spotkań w historii mistrzostw świata! (początek 13 lipca 1930 roku o godz. 15). Amerykanie rozbili wtedy przeciwników, Belgowie skarżyli się, że drugi gol padł ze spalonego, w dodatku murawa miała być w katastrofalnym stanie, przypominać orne pole i grający technicznie Europejczycy nie potrafili rozegrać porządnie piłki. Belgijska prasa nazywała wtedy Amerykanów "rzeźnikami", nawiązując do bezpardonowego stylu gry. Tamten turniej skończył się dla USA najlepiej w dziejach, zajęły trzecie miejsce. Belgowie wracali do domu nie zdobywszy nie tylko choćby punktu (przegrali jeszcze z Peru), ale nawet bez jednej bramki. Wzięli jednak pełny rewanż... 84 lata później. Podczas mundialu w Brazylii grali jakby pamiętali o tamtym upokorzeniu. Rzucili się na Amerykanów jak wilk na owcę, rewelacyjnie bronił wtedy jednak Tim Howard i dzięki niemu USA dotrwały do dogrywki. Tam już gole wbijali dla Belgii piłkarze, którzy mogą uczynić to i teraz - Kevin De Bruyne i Romelu Lukaku. Skończyło się 2:1, jak skończy się teraz?
***
Niby więc wszystko już było, ale oczywiste jest, że w tych meczach również wszystko... jeszcze będzie: emocje, zwroty akcji, dramatyczne wydarzenia, ryk, rechot i szloch! Czego chcieć więcej?
Paweł Czado
