Wstydziłbyś się, Zizou!
Rozmowa z Krzysztofem Walczakiem, byłym napastnikiem GKS-u, autorem najważniejszej pucharowej bramki Katowiczan w historii
Zinedine Zidane (w głębi z lewej) raczej nie był dżentelmenem podczas meczów z GKS-em... Fot. archiwum „Sportu”
GieKSa wraca na europejskie szlaki po 23 latach przerwy, ale pański gol w Bordeaux, na wagę wyeliminowania Francuzów w Pucharze UEFA, pozostaje legendą. Opowiedzmy więc raz jeszcze o tych starciach z jesieni 1994. Był strach po losowaniu?
- Eee tam... Wcześniej wyeliminowaliśmy Aris Saloniki. Kiedy usłyszałem, że w następnej rundzie trafiliśmy na Bordeaux, pomyślałem: „Dobra, dawać ich, powalczymy. Może się coś tam uda ugrać”. To była znana mi nazwa, ale nie z tego ścisłego europejskiego topu. Z jakimiś Finami czy Norwegami grali wcześniej (Lillestroem – dop. aut.), łatwo sobie z nimi poradzili (3:1 i 2:0 – dop. aut.), ale fragmenty tych meczów, jakie nam puszczono, jakoś mnie nie rzuciły na kolana. „Zidane” - niektórzy koledzy wymieniali to nazwisko, ale ja go specjalnie nie znałem. Tak jak wtedy jeszcze nie słyszałem o Dugarrym czy Lizarazu.
I pewnie dobrze, bo się człowiek nie stresował, co nie?
- Oczywiście. W pierwszym meczu to oni mieli więcej sytuacji niż my, ale to myśmy strzelili bramkę, a wygrywa ten, kto je zdobywa. „A 1:0 jest lepsze niż 2:1” - powiedziałem sobie wtedy. Rewanż zacząłem na ławce. Do przerwy było 1:0 dla nich, ale nie wyglądaliśmy źle. Od trenera usłyszałem w przerwie: „Wchodzisz”. „Musisz zrobić wszystko, co się da” - przeleciało mi przez głowę. No i nadarzył się ten karny (po faulu na Zdzisławie Strojku – dop. aut.). Do strzelania był wyznaczony świętej pamięci Adam Ledwoń. On był wojownikiem, ale miał trochę udziału w tym, że straciliśmy gola. I chyba nie czuł się zbyt pewnie. „Dobra, strzelaj” - zostawił mi piłkę. No to strzeliłem.
A potem była radość po końcowym gwizdku. I tu zaczyna się opowieść o zapomnianym snajperze...
- No tak. Bo wielu się pod naszą szatnią ludzi zebrało. Miałem okazję nawet od Andrzeja Szarmacha przyjmować gratulacje. A potem były pytania dziennikarzy, rozmowy... Kiedy wróciłem do szatni po tych gadkach, już nikogo w niej nie było. Wybiegłem przed klub, ale... autobusu już też nie było. Dobrze, że był za to Robert Walczak (dziennikarz TVP Katowice i „Tempa” - dop. aut.). On kumał angielski, ja nie bardzo... Dogadał się z policjantem, że zawodnik został na stadionie, i że trzeba go odwieźć do hotelu.
I odwieziono?
- No pewnie. Takim tajniackim autem, bez oznaczeń, z paroma policjantami w środku. Zajechaliśmy w sam raz na początek imprezy z okazji awansu.
Byliście wtedy we Francji z żonami. Pańska nie podniosła alarmu, że małżonek zgubiony?
- Panie mieszkały w innym hotelu. Jak dojechały do nas, to może myślała, że jestem w pokoju? Nie wiem. W każdym razie skończyło się dobrze.
Kiedy cztery lata później Zidane, Dugarry czy Lizarazu sięgali po mistrzostwo świata, pękał pan z dumy?
- No jasne. Do dziś noszę czoło wysoko w górze, jak sobie przypomnę, z kim wtedy daliśmy sobie radę w tym dwumeczu!
Mocno się pan z nimi naszarpał na murawie?
- Może niekonieczne naszarpał. Ale pamiętam, że gdy Zidane'a sfaulowałem i chciałem przeprosić, on mnie... opluł. Wściekły był, bo to już było przy 1:1. Trochę się zagotowałem, ale myślę: „A pluj sobie, bylebyśmy wynik dowieźli”.
Ma pan jeszcze jakąś pamiątkę po tamtym golu?
- A przywiozłem sobie koszulkę kapitana Bordeaux, Didiera Senaca. Dumny, zabierałem ją na różne mecze ligowe, żeby się pochwalić. I po jednym z nich... wyparowała mi z torby. Ktoś podprowadził...
Bordeaux to wisienka na torcie w pańskich bojach pucharowych. Zaczęły się one od przegranego dwumeczu z Glasgow Rangers sześć lat wcześniej. Mocno pana Terry Butcher potarmosił, pomęczył?
- W sumie nie. Wręcz przeciwnie: pamiętam, jak Jurek Wijas w jakimś zamieszaniu podbramkowym zwalił się na niego, gdy on leżał na ziemi. Niby przypadek, ale widziałem, że nóżka Jurka popracowała w parterze (śmiech). Myślałem, że Butcher ze skóry wyskoczy – taki był wściekły! Trawę z twarzy zbierał i rzucał nią w naszym kierunku.
Puchary to piękne wspomnienia. A teraz pańscy następcy napiszą w nich swoją historię. Zaskoczyło pana to piąte miejsce GieKSy i awans do Europy?
- Zaskoczenie jest duże. Ale obserwowałem progres drużyny i uważam, że nie ma przypadku w tej lokacie. Zasłużyła na nią – dużo bardziej niż Legia. Przykro byłoby mi, gdyby w tej ostatniej kolejce zabrał GieKSie puchary zespół stołeczny – bo zupełnie mu się one nie należały.
Wróćmy do GKS-u. Co – pańskim zdaniem – było kluczowe dla sukcesu Katowiczan?
- Cierpliwość. Fakt, że zarząd – kolejni prezesi – dał szansę pracy Rafałowi Górakowi. Że wytrzymano ciśnienie. A Rafał to doświadczony trener. Pięknie pozbierał zawodników i poskładał zespół. To jest sedno sukcesu.
A sportowo?
- Jedenastu bardzo równych zawodników. Solidnych, twardych, walczących. Może do defensywny bym miał małe uwagi, bo nawet jak drużyna wygrywała, to rzadko do zera; zawsze coś straciła.
Nie ma pan wrażenia, że w ataku brakuje jakiegoś Walczaka czy Janoszki?
- A wie pan, ile w dzisiejszych czasach kosztuje napastnik, który regularnie strzela bramki? A ja już nie dam rady (śmiech).
Bartek Nowak zasłużenie został piłkarzem sezonu?
- Tak. Mnóstwo asyst, sporo decydujących bramek. Lider pełną gębą.
Jest w stanie powtórzyć taki sezon życia?
- Będzie mieć ciężko. Ale życzę mu powtórki, z jeszcze lepszym skutkiem.
Jakie rokowania przed dwumeczem z Żiliną?
- To nie jest wielki zespół. Więc powiem: 50 na 50, ale z sercem po stronie GieKSy. Może właśnie ono przeważy szalę?
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Krzysztof Walczak (w lewej) Francuzom gola strzelił z karnego. Ale potrafił „główkować” bardzo dobrze. Fot. archiwum „Sportu”
