Wstydzę się...
Z DRUGIEJ STRONY - Mariusz Rajek
Do tak przykrych refleksji skłoniła mnie ostatnia niedziela wakacji. Bardziej podłego, koszmarnego i upiornego pożegnania z latem dla kibica sportu niż tego pod Jasną Górą wprost nie można sobie wyobrazić. Gdyby klęski Rakowa z Jagiellonią (2:5) oraz Włókniarza z GKM-em (37:53) były tylko jednostkowymi wypadkami przy pracy – pal licho. Większe nieszczęścia się zdarzają – i często też chodzą parami. Zdecydowanie gorzej, gdy te porażki są permanentne, stają się nieodłącznym i trwałym elementem krajobrazu. Raków i Włókniarz – dwa najważniejsze i najbardziej popularne filary (jak te kominy Poświatowskiej) częstochowskiego sportu - przegrywają absolutnie wszystko i wszędzie.
W przypadku żużlowców należało się z tym liczyć, bo Włókniarz w konsekwencji błędów poprzedniego prezesa zbudował skład, który nie miał prawa realnie marzyć o utrzymaniu. Jednak już styl ponoszonych porażek i tak jest wyjątkowo przygnębiający. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że Włókniarz byłby w stanie wygrać pojedynczy(e) mecz(e), może nawet powalczyć o utrzymanie w sprzyjającej mu fazie play-down, gdyby w klubie było więcej stanowczości, determinacji i łyżki tak potrzebnego w sporcie cwaniactwa (nie mylić z oszustwem). Zaznajomieni z tematem doskonale wiedzą, o co chodzi – o możliwość stosowania dalszego Zastępstwa Zawodnika za kontuzjowanego Madsa Hansena. Kwintesencją niedzielnej klęski była czerwona kartka dla zagranicznego lidera Biało-zielonych, Rohana Tungeta. O ile w piłce nożnej to norma każdej ligowej kolejki, w żużlu zdarza się to mniej więcej… raz na rok.
Raków to zupełnie inna historia, ale... Oba - razem z Włókniarzem - kluby mają już jednak… 19 porażek z rzędu w ligowych meczach o stawkę! To dawka, która już na poważnie może wpędzić sportowego fana w depresję. Jeśli w Częstochowie w ostatnim czasie odnotowywany jest (przez lekarzy) wzrost popadania w to paskudztwo, nie na żarty szukałbym w tym źródła. Ludzie z tego miasta od lat uciekają. Kto tylko chce osiągnąć sukces, opuszcza mury Częstochowy, nierzadko na zawsze. Jedynym, co w ostatnich latach jeszcze tu ludzi trzymało, był sport na w miarę dobrym poziomie. Obecnie nie ma już nawet tego.
Mądrze powiedział mi kiedyś Marek Magiera, brat śp. Jacka, że kto osiągnie sukces w Częstochowie, ten poradzi sobie absolutnie wszędzie! Coś w tym jest, ponieważ warunki pod Jasną Górą do zbudowania „czegoś” są tak ekstremalnie trudne, że hartują charaktery.
Kilka lat temu upadł legendarny AZS, a Norwid spadł w tym sezonie z siatkarskiej ekstraklasy, do której przywróciła go tylko decyzja administracyjna. Grająca przed chwilą w I lidze piłkarskaSkra właśnie za długi wylądowała na siódmym poziomie rozgrywek. Victoria gra juniorami i zmierza do spadku z IV ligi. I tak dalej, i tak dalej… Ciężko jest w Częstochowie być kibicem, nie narażając się na ciągły wstyd. Ja się wstydzę.
