Wpuszczamy więcej polskiego powietrza
Rozmowa z Maciejem Wiąckiem, p.o. prezesa Wisły Płock
Adam Radwański (z lewej) w Katowicach musiał przełknąć z kolegami gorycz klęski. Ale Płocczanie głów nie spuścili. Fot. Sebastian Sienkiewicz / Press Focus
Fatalnie wygląda wasz ostatni wynik. Co się – mówiąc po śląsku – „rypło” w Katowicach?
- Trudno mówić o pozytywach po porażce 0:5. Ale chciałbym ich poszukać, więc powiem, że Wisła na aż taki wynik nie zasłużyła. Boli oczywiście porażka, ale my nie leżeliśmy na boisku, nie byliśmy chłopcem do bicia! Gdybyśmy w pierwszym kwadransie, kiedy przeważaliśmy zdecydowanie, strzelili gola... Sport jednak nie zna pojęcia „gdyby”, więc trzeba to przełknąć. Cieszy mnie to, że zespół zareagował natychmiastową chęcią rewanżu. Nie było w szatni spuszczonych głów, była sportowa wściekłość. I zapowiedź, że drużyna zrobi 100 procent tego, co można, by z Koroną wygrać. Przykro mi natomiast, że wielu ludzi atakuje debiutującego Marcina Więckowskiego, który miał udział w utracie piątego gola. To chłopak, który w ekstraklasie po raz pierwszy wyszedł na boisko, na dodatek w bardzo trudnym dla środkowego obrońcy momencie (w 82 minucie, przy stanie 4:0 – dop. aut.). Nie rozumiem takiej postawy, czyli głośnej krytyki zamiast wsparcia. Na pewno dostał je w szatni, a ja publicznie staję w obronie wychowanka Wisły, na którego niektórzy od razu wylali wiadro pomyj.
Dobra, to teraz personalia. Przed rokiem zgarnęliście Marcina Kamińskiego – nie pierwszej młodości przecież, i wyszliście na tym świetnie. Teraz przywracacie do ekstraklasowego życia Marcina Flisa. Bardziej wizjoner z pana czy pozytywny szaleniec z wiarą w ludzi?
- Co do Kamińskiego, po awansie potrzebowaliśmy doświadczonego obrońcy, i się sprawdził. W przypadku Flisa nazwisko padło ze strony Adama Majewskiego, gdy tylko objął stanowisko pierwszego trenera w klubie. A ja nie zastanawiałem się nawet pół sekundy, bo bardzo tego piłkarza cenię, pamiętając jego grę przede wszystkim z Mielca. Uznałem, że przyda się nam taki inteligentny, doświadczony obrońca, który na dodatek potrafi być skuteczny. Po 20 minutach od rzucenia nazwiska byliśmy już po rozmowie z nim, a od pomysłu do ostatecznej akceptacji z obu stron minęło tych minut 25.
Ostatnio w Katowicach nie zagrał. Bo?
- Borykał się z drobnym urazem pleców. Ale niewykluczone, że przeciwko Koronie zagra.
Adam Radwański pochodzi z Płocka, ale 10 lat go tu nie było. Kolejny nieoczywisty ruch...
- Co do Adama też nie było żadnych wątpliwości, natomiast na początku z jego agentem różniliśmy się w decydującej kwestii. Było wiadomo, że obie strony bardzo tego transferu chcą, musieliśmy tylko zbliżyć stanowiska. Cieszę się, że ostatecznie Adam zdecydował się obniżyć swoje oczekiwania, bo wcześniejsze były ponad możliwości Wisły. Na razie jego postawa jest pierwszorzędna.
Idźmy dalej z waszymi decyzjami „pod prąd”. Said Hamulić to może i dobry napastnik, ale tzw. prasę miał kiepską ze względów charakterologicznych.
- Dołączył do nas w styczniu i – jak cały zespół – miał słabą rundę, na dodatek doznał kontuzji i wypadł na końcówkę sezonu. Ale wątpliwości co do jego umiejętności piłkarskich nie mieliśmy. A charakter? Tylko tacy ludzie prędzej czy później wygrywają ważne mecze.
Kolejne „odgrzane” nazwisko: Olaf Kobacki.
- Jestem przekonany do niego. Natomiast na pewno stać go na więcej, niż daje nam do tej pory. Przebłyski ma, ale trzeba mu bramek, asyst itd.
A kim jest Afonso Silva?
- W Katowicach był jednym z najlepszych w naszej drużynie, mimo że zaliczał debiut. Fizycznie trochę odstawał, bo miał dużo krótszy okres przygotowawczy. Ale widać, że to piłkarz na poziomie gry w ekstraklasie, a zaległości będzie odrabiać z tygodnia na tydzień. Poszukiwaliśmy intensywnie kogoś, kto zastąpiłby Marina Karamarko (już rozwiązał kontrakt z Wisłą – dop. aut.), niespełniającego oczekiwań sportowych, a kosztownego.
Jurica Prsir po raz pierwszy w życiu gra poza Chorwacją. Dużo czasu zajmie mu aklimatyzacja u was?
- Myślę, że nie. Szybko złapał „szatniowe flow”. Uśmiecha się, umie zażartować. A piłkarsko od razu w pierwszym meczu „załatwił” nam karnego.
Jejku, pięknie jest u pana w klubie! Teraz to już na pewno będą puchary?
- Dobra, dobra, bez takich proszę (śmiech). Zawsze coś może pójść nie tak. Jak w Katowicach. Natomiast wracając do sedna: dla drużyny, która latem przeszła tak poważne zmiany w każdej właściwie dziedzinie, priorytetem będzie pozostanie w lidze. Ale marzenia mieć wolno, a ja bardzo chciałbym kiedyś stanąć z chłopakami na podium. Czy to będzie teraz, czy za cztery lata – nie ma znaczenia, choć im szybciej, tym lepiej.
Zmieniacie w tym celu filozofię budowy drużyny? Bo jakby Polaków u was więcej.
- To naturalna kolej rzeczy, bo dotąd proporcje między cudzoziemcami a Polakami były trochę zachwiane. Podobnie jak średnia wieku, którą obniżamy – może nie drastycznie, ale na pewno zauważalnie. Nie ma tu jakiegoś stricte celowego działania – że od teraz wyrzucamy obcokrajowców. Ale po prostu wpuszczamy do szatni więcej polskiego powietrza.
Wisła Mariusza Misiury różni się od Wisły Adama Majewskiego?
- Biegunowo! Adam chce grać w piłkę, a nie tylko stać w „szesnastce”.
Ale to przynosiło efekty!
- Do czasu. Później już nie. Mało kto o tym mówi. Wiosną przegraliśmy nie tylko te mecze, gdzie chcieliśmy coś zagrać - jak w Katowicach czy Warszawie, ale też te, w których byliśmy bojaźliwi, schowani za podwójną gardą, jak chociażby w Gliwicach. Gdy w pierwszej połowie przez moment zaatakowaliśmy, Piast się wystraszył. Wystarczyłoby może 10 minut po przerwie zagrać tak samo odważnie, i może zamiast finalnego 1:0 byłoby 0:1? A to była 2. kolejka wiosenna! Gdybyśmy wygrali, pozostalibyśmy liderem i byłoby może łatwiej mentalnie. A wpadliśmy w serię pięciu przegranych i się posypało...
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Maciej Wiącek z Wisłą związany jest od wielu lat. Fot. Wisła Płock
