Wiedziałem, że tak będzie!
Rozmowa z Brazylijczykiem Leandro Messiasem dos Santosem, byłym piłkarzem m.in. Korony, Górnika Łęczna i Stali Mielec (103 mecze w ekstraklasie)
Casemiro (z lewej) i Douglas Santos (z prawej) to nie były – zdaniem naszego rozmówcy – idealne wybory włoskiego selekcjonera Canarinhos. Fot. PAP/EPA
Mleko się wylało! Brazylia znów nie zostanie mistrzem świata...
- Wiedziałem, że tak będzie.
Naprawdę?
- Naprawdę. Brazylia nie ma dziś reprezentacji na miarę sukcesu w mundialu.
Carlo Ancelotti zdawał się gwarantować odpowiednią jakość.
- Ale za mało czasu. Rok to niewiele, by zbudować silną reprezentację. By poznać wszystkich zawodników i dokonać właściwych wyborów. Przykład pierwszy z brzegu: błędem był brak Antony'ego z Realu Betis.
Pomylił się jeszcze w innych przypadkach w dobieraniu graczy na mundial?
- Bardziej... nie miał z kogo wybierać. Najbardziej brakowało mi w naszej drużynie prawego obrońcy na reprezentacyjnym poziomie oraz zawodnika na pozycję numer sześć.
Casemiro to już nie ten wiek?
- Zdecydowanie nie. I Danilo na prawej obronie też nie. Kompletnie nie byli gotowi na trudy tych mistrzostw. Nie dojeżdżali fizycznie. Druga połowa meczu z Norwegią dobitnie do pokazała. Skąd przychodziło największe zagrożenie? Właśnie z lewej flanki rywala szły najgroźniejsze piłki, po których padały bramki. Gdzie była asekuracja ze strony „szóstki”?
Defensywa to podstawa. Ale Brazylia zawsze miała wielką siłę ognia...
- Miała – dobre słowo. Na tym turnieju Brazylijczycy w kreowaniu akcji czekali tylko i wyłącznie na Viniciusa. A jedna osoba meczu nie wygrywa. Brakowało nam też – zwłaszcza w niedzielę - skuteczności.
Zawsze mieliście na „dziewiątce” gigantów: Romario, Ronaldo...
- Takich już nie będzie.
No co pan mówi! Przecież w Brazylii talenty się rodzą na... piasku. Copacabany chociażby.
- Właściwie już nie. Talenty wciąż są, to prawda. Ale futbol brazylijski – na skutek różnych tarć w federacji – już przestał dobrze szkolić, przestał wypuszczać talenty w świat. Cała struktura organizacyjna musi się zmienić. Dopiero wtedy reprezentacja – być może! - wróci do walki o mistrzostwo świata. Ale tylko być może... I zajmie to lata. A pierwsze – fatalne – efekty zepsutego systemu szkolenia już widać.
Mianowicie?
- Mamy deficyty lewego i prawego obrońcy, deficyt na „szóstce”, na „ósemce”, w ataku... Brazylia „produkuje” dziś najwięcej bramkarzy i stoperów! I skrzydłowych oczywiście. Natomiast generalnie mamy dużo dziur w reprezentacji; nie ma jak znaleźć balansu w grze, bo panuje nierównowaga w obsadzie wielu pozycji.
Mówi pan o błędach szkolenia, składając to na karb federacji. Ale szkoleniem zajmować się powinny akademie klubowe...
- Liga brazylijska jest bardzo bogata. Tylko co z tego, skoro w klubie może grać jednocześnie ośmiu obcokrajowców! I kluby z tego korzystają. Jest wiele drużyn, mających w jedenastce maksymalnie trzech-czterech Brazylijczyków. Zresztą wy w Polsce doskonale znacie ten problem.
Kibice wyjdą na ulice, by wywrzeć nacisk na zmiany?
- Nie. Ale rozczarowanie, podejrzewam, było wielkie. Wie pan, że piłka nożna to religia. Ja po porażce przez wiele godzin nie mogłem spać. I były nas miliony...
Carlo Ancelotti przetrwa?
- Będzie wielka presja medialna na związek, krytyka i żądanie zmian. Pytanie, czy federacja się ugnie. Moim zdaniem to nie moment na zmianę. Trzeba dać Acelottiemu czas i zaufanie, by mógł wdrażać swoją filozofię pracy.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Leandro Messias dos Santos. Fot. Przemysław Andrachiewicz / Press Focus
