Westchnienie ulgi
Huk kamieni spadających z poznańskich serc w końcówce meczu z Owczarzami z pewnością obudził... koziołki na ratuszu.
Patrik Walemark i spadający lotem koszącym Mansour Sinyan to raczej mylący obraz... Fot. PAP / Jakub Kaczmarczyk
Nie tak to miało wyglądać. Gdyby to było starcie z Borussią Dortmund albo Romą, pewnie bylibyśmy zachwyceni sposobem gry Lecha, ale Kolejorz mierzył się przecież z reprezentacją miasteczka z wysepki na Atlantyku liczącego ledwie pięć tysięcy ludzi.
Czy jeżdżą Citroenami?
Sposób, w jaki Lech odpadł niedawno w eliminacjach Ligi Mistrzów, stał się powodem szyderstwa w Europie, choć warto pamiętać, że kiedyś dość podobną gorycz przeżyła sama Barcelona. W 1984 roku w 1. rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów Blaugrana wygrała w Metzu 3:1, by w rewanżu na Camp Nou przegrać z ekipą z Lotaryngii 1:4 po hat tricku Toniego Kurbosa. Wynik ten podsumowano hasłem „Citroen 2CV pokonał Ferrari”. Brytyjski Guardian napisał wtedy, że to największa sensacja w historii europejskiej piłki nożnej. Różnica jest taka, że Lech dzięki kuriozalnym reformom europejskich pucharów wprawdzie odpadł, ale... nadal w pucharach występuje. Nie zagra już w Lidze Mistrzów, ale dostał szansę spróbowania się w trzeciej rundzie kwalifikacyjnej Ligi Europy - w starciu z mistrzem Wysp Owczych. Klaksvik to jednocześnie obecny lider farerskiej ekstraklasy grającej systemem wiosna - jesień.
Brak konkretów
Lechitów w tym meczu poprowadził asystent Andreas Hagen, bo Niels Frederiksen z powodu zawieszenia oglądał mecz z loży. W porównaniu z feralnym meczem z Aarhusem gospodarze zdecydowali się na dwie zmiany. Szansę od pierwszej minuty dostał Irańczyk Allahyar Sayyadmanesh (zamiast Luisa Palmy) i Joel Pereira zamiast Roberta Gumnego.
Goście początkowo ustawili się na czterdziestym metrze od własnej bramki i czekali, choć w przedmeczowych zapowiedziach twierdzili, że mogą coś w tym meczu zdziałać. Pierwszą setkę Lech miał po kwadransie, ale duński bramkarz Jensen świetnie, wręcz instynktownie obronił piłkę po strzale Sayyadmanesha. Po minucie Irańczyk trafił w poprzeczkę. Potem szansę miał Antoni Kozubal, który rozgrywał mecz numer 100 w Lechu, ale futbolówkę po jego strzale obronił dobrze spisujący się Jensen. Niby Lech atakował, ale nie było konkretów. Rywale osiągnęli, co chcieli - bez bramek do przerwy oznaczało nerwowość gospodarzy w drugiej połowie.
Bramkarz się poślizgnął
Tak chyba właśnie się stało. W drugiej połowie obraz gry się nie zmieniał. Lech atakował, strzelał, ale tak, że z krzesełek trudno było się poderwać. Po niespełna 70 minutach przyjezdni mieli więcej rzutów rożnych niż Lech, a kiedy po jednym z nich piłka trafiła w poznańską poprzeczkę, widzom zaczęły szybciej bić serca...
O wyniku przesądziła sytuacja wręcz kuriozalna. W 82 minucie po dalekim podaniu rezerwowy Yannick Agnero biegł samotnie z piłką, ścigany przez obrońców. Bramkarz Jensen tak się zestresował, że poślizgnął się i przewrócił w najważniejszym momencie, więc trafienie do bramki było „kaszką z mleczkiem”. Była to z pewnością jedna z najłatwiej strzelonych bramek tego dnia w europejskich pucharach.
Na koniec tej relacji muszę jednak napisać zwrot, którego przed tym starciem nigdy bym się nie spodziewał:
„Sprawa awansu jest przed rewanżem otwarta”.
(pacz)
III runda eliminacji
Lech Poznań – KI Klaksvik 1:0 (0:0)
1:0 – Agnero, 82 min
LECH: Lis - Pereira, Mońka, Yegbe, Gurgul - Walemark, Kozubal, Murawski (46. Palma), Rodriguez, Sayyadmanesh (62. Agnero) - Ishak. Trener Andreas HAGEN.
KLAKSVIK: Jensen - Rolantsson, Pavlović, Tellechea - Fredriksberg, Danielsen, Sinyan (85. Gonzalez), Ali (77. Joensen), Carlos, Brattbakk (77. Johennesen) - Klettskard (85. Hustad). Trener Magnus POWELL.
Sędziował Oren Grinfeld (Izrael). Widzów 17 391. Żółte kartki: Murawski - Sinyan, Rolantsson, Brattbakk, Klettskard.
Rewanż 13 sierpnia (czwartek) o 19.30.
