W oczekiwaniu na polskie sukcesy

Rozmowa z Pawłem Bernasem, kolarzem grupy Voster, ekspertem TVP podczas Tour de Pologne

Filip Gruszczyński, najlepszy Polak 83. edycji naszego największego wyścigu. Fot. PAP / Grzegorz Momot

Marco Brenner ze szwajcarskiej grupy Tudor, która nie należy do WorldTeams i dlatego jej kolarze wzięli udział w Tour de Pologne dzięki „dzikiej karcie”, wygrał tę imprezę. To niespodzianka?

– I tak, i nie. Triumfował, i to w wielkim stylu, młody zawodnik, nadzieja niemieckiego kolarstwa, który dotąd nie odniósł takiego sukcesu. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że jeździ on w zarządzanej przez znakomitego przed laty kolarza Fabiana Cancellarę ekipie, z zapleczem finansowym na poziomie najlepszych drużyn świata, a na razie nie ma jej w tym gronie tylko z powodów proceduralnych, bo za krótko istnieje.

Kończąca wyścig krótka i płaska jazda indywidualna na czas wywróciła czołówkę klasyfikacji generalnej. Trzech bohaterów górskich etapów, którzy dotąd zajmowali całe podium, wypadło z niego, dwa z tych trzech miejsc zajęli świetni „czasowcy”, a wygrał ten, który dotąd nie spisywał się w tej konkurencji wybitnie. Spodziewał się pan  takiego obrotu sprawy?

– Przede wszystkim nie spodziewałem się tego, że Brenner pojedzie tak fenomenalną „czasówkę”, zapewne najlepszą w życiu. Był jednak w doskonałej dyspozycji, co pokazał wcześniej w górach, i do tego odpowiednio się zmotywował. Wszyscy zainteresowani wiedzieli, jak będzie wyglądał ten wyścig i że ważna będzie każda sekunda, więc ci słabsi na czas starali się jak najwięcej zyskać w górach, a „czasowcy” jak najmniej na tych etapach stracić.

Najlepszym Polakiem okazał się 21-letni dotąd niezbyt znany Filip Gruszczyński, który zajął 25. miejsce. Jak oceni pan jazdę tego zawodnika, który podobnie jak pan reprezentował kiedyś GK Gliwice?

– Bardzo dobrze, szczególnie na najtrudniejszym etapie w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie niemal do końca utrzymywał się w czołowej grupie. To duży sukces, który pomoże mu w nabraniu pewności siebie. Jeździ w ekipie drugiej dywizji, ale już od jakiegoś czasu jest na radarze tych najlepszych. Żeby trafić do jednej z nich, musi się dalej rozwijać, zbierać doświadczenie i potwierdzać tak dobre wynik, jak ten.

Marceli Bogusławski w tym roku odniósł osiem zwycięstw w wyścigach niższej rangi. Jak Tour de Pologne zweryfikowało jego sprinterskie umiejętności?

– Jak najbardziej pozytywnie. Do Polski przyjechali najlepsi sprinterzy na świecie, z Jonathanem Milanem na czele. Poziom więc był kosmiczny, a Marceli na dwóch z trzech płaskich etapów finiszował w czołówce, raz zajmując nawet dziewiąte miejsce.

Polscy kibice kolarstwa liczyli na lepszy występ pana rówieśnika, 36-letniego Michała Kwiatkowskiego, on zresztą też. Były mistrz świata już zapowiedział, że pojawi się w następnej edycji. Będzie w stanie nawiązać do sukcesów sprzed lat?

– Michał jest wciąż głodny zwycięstw, bo gdyby tak nie było, to by się już nie ścigał. Nie było wiadomo, jak jego organizm zareaguje po trzytygodniowym Tour de France. Chciał się pokazać w Polsce z jak najlepszej strony, a kiedy okazało się, że nie znajdzie się na podium, nie zabijał się o miejsce w dziesiątce, tylko skupił na pomocy kolegom z drużyny. Nie należy go rozliczać z każdego startu, a tym bardziej nie wolno go przekreślać!

W ostatnich latach właśnie „Kwiato” i Rafał Majka, który już zakończył karierę, zajmowali wysokie miejsca, a często walczyli o zwycięstwa w Tour de Pologne. Jak długo polscy fani będą musieli czekać na podobne wyniki i kto je może osiągnąć?

– Faktycznie, mamy teraz taką lukę, ale za dwa, może trzy lata Polacy znowu powinni się liczyć w peletonie. Największe nadzieje wiążę z 18-letnim Janem Jackowiakiem, który w poprzednich sezonach należał do najlepszych juniorów na świecie. Już teraz z dobrej strony także w imprezach elity pokazuje się 20-letni Patryk Goszczurny. Ci dwaj mogą powalczyć w Tour de Pologne. A jest jeszcze 20-letni Dawid Lewandowski, który woli bardziej płaskie wyścigi, oraz perspektywiczni juniorzy – Mikołaj Legieć i Maksymilian Matyasik. Wszyscy oni już wkrótce mogą dać nam wiele radości.

Siedem razy brał pan udział w Tour de Pologne, pierwszy raz w 2011 roku, teraz wnikliwie się mu pan przyglądał jako telewizyjny ekspert. Jak zmieniał się ten wyścig pod względem organizacyjnym i sportowym?

– Odkąd pamiętam, organizacja zawsze była na najwyższym poziomie. Jeśli chodzi o zmiany na plus, to w ciągu tych ponad dziesięciu lat znacząco poprawiła się w Polsce infrastruktura drogowa. Kolarze nie jeżdżą już po dziurawych szosach, co wcześniej się zdarzało, a do tego transfery, czyli przejazdy z mety jednego etapu na start kolejnego, dzięki rozwiniętej sieci dróg nie zajmują już tak dużo czasu i nie są tak uciążliwe. Do tego zabezpieczenie trasy, za które w tym roku odpowiadali byli świetni kolarze, Przemysław Niemiec i Michał Paluta, jest na najwyższym poziomie. Zagraniczni zawodnicy to wszystko doceniają, biorą pod uwagę oczywiście także niezmiennie od lat najwyższą kategorię sportową i dlatego chętnie przyjeżdżają do Polski.

Jeśli jesteśmy przy bezpieczeństwie, to kontrowersje wzbudziło to, co stało się w końcówce etapu do Karpacza, gdzie po dużej kraksie nastąpiła neutralizacja, a potem jeszcze znacznie go skrócono.

– Neutralizacja, czyli zatrzymanie wyścigu, było dla mnie jak najbardziej zrozumiałe, bo sanitariusze muszą mieć odpowiednio dużo czasu, żeby zbadać wszystkich zawodników, którzy ucierpieli, a nie puszczać ich na trasę ze wstrząśnieniem mózgu czy groźną kontuzją. Jeśli zaś chodzi o skrócenie odcinka, na wniosek zawodników, ze względu na mokry, śliski zjazd to nie rozumiem tej decyzji. Kolarstwo nigdy nie będzie bezpiecznym sportem, a kolarze powinni się ścigać w deszczu.

Czym Tour de Pologne, wyścig World Tour, czyli najwyższej kategorii, różni się od imprez niższej rangi, czyli wszystkich innych, jakie odbywają się w Polsce?

– Jeździłem w największym polskich wyścigu, a jako kolarz zespołu Voster wciąż biorę udział w tych pozostałych, które są rozgrywane w naszym kraju. Odpowiadając krótko i obrazowo – różni się wszystkim, jak stadion piłkarskiej Ligi Mistrzów od obiektu, na którym zamontowano 200 krzesełek, nie ma zadaszonej trybuny i gra na nim  zespół niskiej klasy.

Z czym będzie się panu kojarzyła właśnie zakończona 83. edycja?

– Z hasłem tegorocznej imprezy „Północ – Południe”. Wyścig Dookoła Polski trwa tylko siedem dni, więc trasa nie może prowadzić przez wszystkie jego zakątki. Dobrze się jednak stało, że po latach wrócił na północ i zachód, bo na tych terenach ludzie znowu mogli dopingować kolarzy. W miejscach, gdzie znajdowały się starty i mety, ale także przy szosach były tłumy. Widać ta formuła się sprawdziła, skoro dyrektor Czesław Lang zapowiedział, że za rok chciałby przeprowadzić wyścig na podobnej trasie.

W tegorocznej imprezie wzięło udział w sumie 10 Polaków. Zabrakło wśród nich nie tylko aktualnego mistrza kraju, Kacpra Maciejuka, ale także pozostałych medalistów. Tak to powinno wyglądać?

– Uważam, że wyniki mistrzostw Polski powinny mieć zasadnicze znaczenie przy ustalaniu składu reprezentacji na Tour de Pologne. Z drugiej strony selekcjoner, w tym przypadku Andrzej Sypytkowski, ma jakąś koncepcję budowania drużyny i – jak w tym przypadku – nie brał tych wyników pod uwagę. To temat, o którym można dyskutować godzinami, jak o całym polskim kolarstwie.

Rozmawiał Grzegorz Kaczmarzyk


Paweł Bernas na Tour de Pologne wystąpił w nowej roli – nie rowerze, ale z mikrofonem. Fot. Facebook Pawła Bernasa

Dobrze się stało, że Tour de Pologne wrócił po latach  na północ i zachód, bo na tych terenach ludzie znowu mogli dopingować kolarzy. W miejscach, gdzie znajdowały się starty i mety, ale także przy szosach były tłumy.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się