W co chce grać Dariusz Mioduski?
SPORT I PARAGRAFY - felieton Roberta Kiłdanowicza
W przyszłym roku właściciel stołecznej Legii zostanie prezydentem FIFA - to zdanie brzmi tak abstrakcyjnie, że pierwszą reakcją po jego przeczytaniu jest niedorzeczny uśmiech politowania. Mieliśmy już, nawet w najświeższej historii, kilka razy objąć funkcje czy stanowiska o światowym wymiarze. Na przykład Aleksander Kwaśniewski miał zostać Sekretarzem Generalnym ONZ, zaś Andrzej Duda członkiem rzeczywistym (w terminologii ruchu olimpijskiego - niezależnym) MKOl. Nasze ambicje są tak ogromne, że każdą, nawet najmniej prawdopodobną pogłoskę, rozpatrujemy w kategoriach realnej szansy na zwycięstwo. To coś w rodzaju chęci odciśnięcia charakteru narodowego w wymiarze światowym, który wskazywałby na miejsce naszego kraju w hierarchii międzynarodowej, adekwatnej dla naszej dumy narodowej.
Rosnąca rola Polski w świecie - choćby w sensie ekonomicznym czy gospodarczym - nie przekłada się bezpośrednio na wzrost liczby jej przedstawicieli w organizacjach międzynarodowych. Wydaje się, że jest to efekt wielu dekad zapóźnień i przynależności naszego kraju do bloku sowieckiego. Dzisiejszy stan rzeczy jest taki, że jedynym reprezentantem Polski posiadającym rozpoznawalną pozycję międzynarodową jest szef Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) - Witold Bańka.Zanim przejdziemy do oceny szans naszego kandydata na fotel najważniejszego człowieka piłki nożnej na świecie, warto zatrzymać się na chwilę nad osobą Szymona Marciniaka, sędziego podążającego śladem Michała Listkiewicza. Nie tyle jest to kwestia spekulacji, bo jego przyszła rola w Komisji Sędziowskiej FIFA nabiera coraz bardziej realnych kształtów; myślę, że prezes Listkiewicz w tej kwestii mógłby powiedzieć coś więcej... Prawdziwym problemem polskiej piłki nożnej jest jednak okoliczność, że Marciniak i jego zespół - bo nie tylko on kreuje swoją jakość, lecz również jego asystenci - to jedyny polski kontakt z futbolem na światowym poziomie, co boleśnie unaocznia nam wciąż trwający mundial. Niestety, z perspektywy polskiego kibica, żałującego, że brakuje na nim naszej drużyny, stwierdzę przewrotnie, że to dobrze, że nie ma na nim naszych reprezentantów. Poziom światowy odjechał nam bowiem tak bardzo, że występ Polaków byłby kompromitacją w sensie sportowym. A to, że w innych dziedzinach jest równie niezadowalająco, nie stanowi żadnej pociechy. I właśnie kwestia smutnej rzeczywistości powinna być przedmiotem głębokiej analizy działaczy polskiej federacji i/lub polskiej ekstraklasy, co niestety nie ma miejsca. Ten niebezpieczny grzech zaniechania może skutkować dłuższym rozstaniem Polaków ze światowym futbolem, chyba że formuła mundialu zostanie rozszerzona do na przykład 64 uczestników, albo prezydent FIFA Dariusz Mioduski przyzna im „dziką kartę”.
Powracając natomiast do bohatera mojego dzisiejszego tekstu, to po głębszym przemyśleniu jego kandydatury, nie jest ona pozbawiona szans minimalnego kryterium racjonalności. Oczywiście, pan Mioduski nie pozostanie pierwszym wyborem, lecz w rozszerzonej inżynierii wyborczej liczy się to, o co w istocie gra prezes Legii Warszawa. Zarządzanie percepcją futbolowej opinii publicznej nie opiera się jedynie na faktach, tylko często na wykreowanych mitach i legendach. Już sama walka o najwyższe stanowisko może spowodować, że Dariusz Mioduski docelowo znajdzie miejsce w prezydium Rady FIFA. Uważam jednak, że obecny wiceprezes Europejskiego Stowarzyszenia Klubów, wiceprezes PZPN ds. zagranicznych - poprzez gotowość startu w wyścigu o fotel prezydenta FIFA - daje sygnał opinii publicznej, że będzie się ubiegać o stanowisko szefa PZPN. I chyba to jest prawdziwą stawką w tej grze. Gianni Infantino, obecny boss FIFA, ma bowiem niepodważalną pozycję w międzynarodowym świecie futbolu. Europejczyk jest raczej niewybieralny, bo nikt w świecie go nie poprze, dlatego prezydent Aleksander Ceferin woli pozostać pierwszym w UEFA niż n-tym w FIFA; lepiej wróbel w garści niż gołąb na dachu.
Dużo tych prawdopodobieństw, a mało pewności, lecz na takich zasadach opierają się wszystkie wybory. Zwłaszcza politycy coś o tym wiedzą. Dariusz Mioduski zbudował sobie pozycję do jakiegoś skoku jakościowego do przodu. Swoją pozycję wypracowywał przez długi, bo ponad 10-letni okres. Jedyną negatywną okolicznością, którą złośliwi mogą wypomnieć prezesowi i właścicielowi Legii, to sposób zarządzania klubem; poczynając od wskaźników ekonomicznych, kończąc na efektach sportowych. Dobry znajomy powiedział mi, że 20 milionów euro przy Łazienkowskiej potrafi się rozejść w dwa tygodnie i to na dziwne cele. To może być główny zarzut adwersarzy pana Mioduskiego w wyścigu o eksponowane funkcje.
Rzeczywiście jest to problem wyborczy, że genialny marketing nie jest w stanie wypełnić słabej merytorycznie zawartości. Oczywiście, wszystko na samym końcu jest weryfikowane w rywalizacji sportowej, jednak wskaźnik koszt-efekt też ma swoją wymowę. Legia jest najbogatszym klubem w Polsce, przewyższającym wszystkie inne w wyraźny i znaczny sposób, a efekty tego są - delikatnie rzecz ujmując - słabe. Znalezienie wytłumaczenia takiego stanu rzeczy przez sztabowców przyszłego pretendenta oraz zminimalizowanie argumentacji dotyczących klapy Legii będzie przyszłym prognostykiem wyborczego wyniku do Rady FIFA (plan minimum), prezesa PZPN albo innej roli w międzynarodowym futbolu. I byłaby to pozytywna wizja, bo Polaków na eksponowanych stanowiskach musimy mieć więcej.
_______________________________________* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław.
Co rodzi się w głowie Dariusza Mioduskiego, wie pewnie tylko on sam... Fot. Wojciech Dobrzyński/PressFocus
