Ukochany chłopak Zagłębia Sosnowiec
Czasem pamięć zbiorowa to przekleństwo: nigdy nie wiadomo w jaki sposób można do niej trafić.
Okładka książki o Andrzej Jarosiku. Fot. Paweł Czado
CO SIĘ WYDAJE
Przykładem mogą być losy Andrzeja Jarosika, cudownego dziecka sosnowieckiej piłki, chłopaka o olśniewającym talencie, który - mimo że wiele osiągnął - miał też w życiu pecha...
Po pierwsze dlatego, że przeciętny kibic piłki nożnej gdy słyszy nazwisko „Jarosik" zastanawia się: „czyż to nie ten, który Kazimierzowi Górskiemu odmówił gry w meczu ze Związkiem Radzieckim. Nie ten, który przy niekorzystnym rezultacie powiedział: teraz to ja nie gram?". Po drugie dlatego, że gdyby piłkarz urodził się w innym czasie, to miałby pewne miejsce na środku ataku reprezentacyjnej piłki co najmniej przez kilka lat, jeśli nie przed dekadę. Grał jednak w czasach, gdy w Polsce obrodziło wybitnymi środkowymi napastnikami - z Włodzimierzem Lubańskim na czele - inie było na to szans.
Mimo to „Jary", czy też „Jaros", zdołał oczywiście wiele w piłce nożnej osiągnąć i to w czasach, gdy ta konkurencja była bodaj największa w dziejach. W Zagłębiu w latach 1963-74 rozegrał 265 meczów i strzelił aż 113 goli! Wielokrotnie doprowadzał Stadion Ludowy do ekstazy. Dwa razy był królem strzelców (1969/70 i 1970/71), raz wygrał również „Złote Buty" naszej redakcji na najlepszego zawodnika ekstraklasy (w 1971 roku). Nie ma wątpliwości, był fantastycznym graczem z ogromną boiskową fantazją i wyobraźnią, wychowankiem Zagłębia, który już w debiucie w ekstraklasie przeciw Lechowi zdobył, jako nastolatek - pierwszego gola.
A przecież ten piłkarz miał prawo czuć się jednak niespełniony. Po pierwsze dlatego, że z ukochanym Zagłębiem ten chłopak z sosnowieckiej dzielnicy Pogoń - nigdy nie został mistrzem Polski: trzy tytuły wicemistrzowskie są godne podziwu, ale wiadomo, że w Sosnowcu chcieli więcej.
Tak samo w reprezentacji... Choć Jarosik zagrał w niej 25 razy i strzelił 11 goli - nigdy nie wystąpił na mistrzostwach świata. W 1974 roku triumfy święcił już na tej pozycji Andrzej Szarmach... Miał jednak satysfakcję, że jako jeden z niewielu polskich piłkarzy wbił bramkę reprezentacji Holandii. I to w jakich okolicznościach: w eliminacjach mistrzostw świata na Stadionie Śląskim w 1969 roku odwrócił losy meczu, wchodząc na boisko w drugiej połowie i zdobywając wyrównującą bramkę. Ostatecznie Polska wygrała wtedy 2:1, rywalom nie pomógł nawet Johann Cruyff... Najlepsze spotkanie rozegrał jednak w tym samym roku z Bułgarią, również w eliminacjach do meksykańskiego mundialu. Zdobył wówczas dwa gole, po meczu do szatni z gratulacjami wkroczył ówczesny premier Józef Cyrankiewicz...
A potem... słuch o nim zaginął. W 1974 roku wyjechał do Francji i - jak ujęto to w książce - „ stał się jak yeti: wszyscy o nim słyszeli, nikt go nie widział"... Kontaktów z ojczyzną już nie utrzymywał. Pograł tam jeszcze trochę w piłkę, ale kontuzja sprawiła, że niezbyt długo. Bardzo to przeżył, bo futbol był dla niego wszystkim.... We Francji skończył kurs i zaczął pracować przy montażu sieci elektrycznych. W Polsce się nie pokazywał. Uśmiercono go u nas za życia. Wiadomo tyle, że zmarł w 2024 roku. Gdy czyta się tę książkę na końcu ogarnia człowieka smutek...
Autorzy książki o tym świetnych piłkarzu - Jacek Skucha i Jerzy Mucha - wykonali benedyktyńską pracę, tropiąc ślady piłkarza na wiele sposobów. Przy okazji opowiedzieli historię Zagłębia z najlepszych czasów Jarosika, a to przecież historia ku pokrzepieniu serc sosnowieckich fanów, którzy dziś przeżywają trudne chwile. Atutem książki jest również bogata warstwa zdjęciowa. Każdy fan polskiej piłki powinien ją przeczytać.
Paweł Czado
Jacek Skuta, Jerzy MuchaAndrzej Jarosik. Prawdziwa historia idola Zagłębia Sosnowiec
wyd. Zagłębie SA., 2026, ss. 264
