Twardo stąpajmy po ziemi

Z DRUGIEJ STRONY - Kacper Janoszka

Do dobrobytu przyzwyczaić się można bardzo szybko. Gdy więc w poprzednim sezonie mieliśmy czterech reprezentantów Polski w europejskich pucharach, nie chcieliśmy mieć ich mniej w kolejnym roku międzynarodowych zmagań. Co ważniejsze – w teorii mogliśmy mieć ich pięciu, bo przecież tyle zespołów z naszego kraju stratowało w eliminacjach. Tymczasem w fazie ligowej Champions League nie zobaczymy ani jednego klubu z Polski. W Lidze Europy dwóch. W Lidze Konferencji – zero. Trudno jest więc się cieszyć z sukcesów Lecha (a w tym przypadku z pamięci nie chce wylecieć wpadka w dwumeczu z Aarhus) czy Jagiellonii. Dlaczego? Bo to żaden wielki sukces dla polskiego futbolu. Wystarczy spojrzeć, jakie kraje będą miały reprezentantów w europejskich pucharach.

Pierwszy z brzegu – Azerbejdżan. Mistrz kraju Sabah we wtorek wywalczył awans do Ligi Mistrzów. Mistrz Armenii Ararat dotarł tam, gdzie mistrz Polski, czyli do Ligi Europy. W czwartek pokonał rumuńską Universitateę Craiova. Mistrz Litwy Żalgiris Kowno dzielnie walczył z Besiktasem, ale przegrał. Mimo tego zagra w Lidze Konferencji. Lewski Sofia zagra w Lidze Europy po tym, jak został pokonany w play offie eliminacji Ligi Mistrzów przez AEK Ateny. A zgodzimy się przecież, że z każdym z tych zespołów, które awansowały do fazy ligowej, polskie drużyny mogłyby co najmniej walczyć o zwycięstwo, a w wielu przypadkach byłyby po prostu faworytami. Dlatego właśnie sam awans do fazy ligowej Ligi Europy czy Ligi Konferencji (jak w zeszłym roku) nie musi być postrzegany jako sukces. Przykłady wielu innych drużyn pokazują, że wcale nie trzeba być futbolową potęgą, żeby się tam dostać. Możemy teraz analizować, jaką ścieżkę eliminacji miały ekipy Żalgirisu, Lewskiego czy Araratu. Może miały szczęście, może trafiły na słabszych rywali, ale teraz nie ma to już znaczenia, bo zagrają w europejskich pucharach, a tam nikt nie będzie pytał ich, jak się dostały w to miejsce.

Przy okazji możemy przekonać się, że ranking UEFA niekoniecznie dobrze odzwierciedla siłę ligi. W teorii wyprzedzamy Austrię. Tymczasem LASK awansował do Ligi Mistrzów, a RB Salzburg do Ligi Europy. Wyprzedziliśmy Grecję, ale to ona będzie miała przedstawiciela w Champions League (AEK), a w Lidze Europy wystąpi OFI Kreta. Wyprzedzamy też Norwegię, ale z nią nawet nie mamy po co się porównywać, bo Bodo/Glimt i Viking zagrają w Lidze Mistrzów, Lillestrom w Lidze Europy, a Brann pokonało PAOK na finiszu eliminacji do Ligi Konferencji! Słowacja jest daleko za nami w rankingu UEFA, ale ma za to Slovana Bratysława w Lidze Mistrzów. To są fakty, które sprowadzają nas na ziemię. Jeżeli ktoś myśli, że ekstraklasa jest dziesiątą najlepszą ligą kontynentu – a przecież tak można sądzić, patrząc na ranking – jest po prostu w błędzie. Od dziesięciu lat nie mieliśmy przedstawiciela w Lidze Mistrzów. Co roku przeskakujemy parę miejsc w rankingu, ale tylko dlatego, że korzystaliśmy na tym, że wygrane w Lidze Konferencji są nieproporcjonalnie wysoko punktowane. To oczywiście jest ważne, to pomaga wprowadzać większe fundusze do polskich klubów, dzięki temu mamy też coraz więcej miejsc w eliminacjach do europejskich pucharów. Cóż jednak z tego, skoro nie potrafimy z tego skorzystać, bo z pięciu startujących w międzynarodowych zmaganiach, do fazy ligowej awansowało jedynie dwóch.


Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się