Triumf woli walki
Polacy w finale cierpieli, byli w odwrocie, ale się podnieśli. Nagroda była słodka, drugi z rzędu i trzeci w historii triumf w Lidze Narodów.
Biało-czerwoni w Ningbo znów pokazali, że złamać ich nie sposób. Fot. volleyballworld.com
Rozgrywki, które zastąpiły Ligę Światową i są rozgrywane od 2018 roku, powoli stają się specjalnością Biało-czerwonych. Tylko w pierwszej edycji Polacy nie stanęli na podium, a w kolejnych latach zdominowali rywalizację. Do bieżącej edycji też przystępowali w roli faworytów, bronili głównego trofeum i nie zawiedli.
Bla, bla, bla…
Nasza drużyna do Final Eight, które drugi raz z rzędu rozegrano w chińskim Ningbo, awansowała bez problemów. Rundę grupową zakończyła na drugiej pozycji, za rewelacyjną – nie przegrała żadnego z dwunastu spotkań grupowych! – Japonią. W pierwszym meczu, ćwierćfinałowym z Ukrainą, wprawdzie nie zachwyciła, ale wygrała pewnie, oddając rywalom zaledwie seta.
W półfinale czekała Słowenia. Spodziewano się zaciętego starcia. Oba zespoły rywalizowały ze sobą w fazie grupowej i wówczas górą był zespół z Bałkanów (3:2). Wtedy kapitalne spotkanie zagrał Nik Mujanović, zdobywca aż 37 punktów. Tymczasem w półfinale emocji nie było. Nasi siatkarze potrzebowali niespełna 80 minut, by rozbić przeciwników. Kluczem okazał się zagrywka. Polacy zaserwowali aż dziewięć asów, z czego sam Wilfredo Leon sześć. Po jego zagrywkach piłka regularnie leciała z prędkością ponad 120 km/h. – Nie pamiętam, czy kiedykolwiek rozegraliśmy tak świetny mecz na zagrywce. Dzięki temu dużo łatwiej było zorganizować blok, obronę czy kontratak. Mamy tylko nadzieję, że taki poziom na zagrywce będziemy kontynuować – przyznał po meczu Nikola Grbić, trener naszej drużyny, który od razu przypomniał, że praca nie została jeszcze wykonana. – Bardzo fajny mecz, fantastycznie zagraliśmy, jesteśmy najlepsi, bla, bla, bla... Ale teraz już reset. Odkładamy to, bo znów zaczynamy od 0:0. Musimy zachować jakość naszego grania, ale też postarać się powtórzyć to, co zaprezentowaliśmy w półfinale – dodał.
Zdaniem atakującego Bartłomieja Bołądzia Polacy od początku wywierali presję na rywalach i tym ich złamali. – Idealnie nie było, ale raczej kontrolowaliśmy wydarzenia na parkiecie i przebieg gry. Zdarzyły się nam tylko, na szczęście, krótkie momenty przestojów, ale najważniejsze, że jesteśmy w finale – powiedział.
Mocne otwarcie
W decydującej rozgrywce Biało-czerwoni zmierzyli się z Amerykanami, którzy w półfinale stoczyli trudny, pięciosetowy bój z Japonią. Nie było jednak widać po nich zmęczenia. Od początku stanęli twardo, a że nasi siatkarze też nie zamierzali „badać” rywali, więc od pierwszej piłki rozgorzała walka na całego: akcja za akcję, as za asa, atak za atak… Nikt nie zwalniał ręki. Z naszej strony bombardowali Leon, Bołądź i Tomasz Fornal, z drugiej Matthew Anderson. Słabo zaczął natomiast drugi z asów Amerykanów, Jake Hanes. Wprawdzie w pierwszej akcji zdobył punkt bezpośrednio z zagrywki, ale potem nie potrafił się wstrzelić. W pierwszym secie na siedem piłek skończył tylko dwie.
Biało-czerwoni w drugiej części seta „odskoczyli” i mecz otworzyli pewną wygraną.
Skoczek na środku
W kolejnych partiach to już była inna reprezentacja USA. Amerykanie weszli na wyższy poziom. Kapitalnie serwowali. Przebudził się Hanes, Anderson grał tak, jakby miał 20 lat, a nie blisko 40, do tego Merrick McHenry okazał się skoczkiem niebywałym. Jak na środkowego nie jest za wysoki, bo mierzy 200 cm, a mimo to atakował ponad naszymi środowymi, choć ci do ułomków nie należą. Szymon Jakubiszak ma 210 cm wzrostu, a Lemański jeszcze o siedem więcej. Przy dobrym przyjęciu zagrywki, o co dbał przede wszystkim Erik Shoji, Micah Christenson mógł też w pełni pokazać swoje ponadprzeciętne umiejętności w rozegraniu piłki.
Polacy też nie odpuszczali, choć z każdą kolejną minutą ich problemy się nawarstwiały. Leon nie wytrzymał bombardowania i w końcu opuścił parkiet. Zgasł też Bołądź.
Łokciem w lidera
Amerykanie po twardej walce wygrali dwa kolejne sety. W drugim sukces zapewnił im Hanses, przy stanie 21:21 popisując się dwoma atomowymi serwisami. W trzecim Biało-czerwoni z kolei wygrywali już 21:18, lecz roztrwonili przewagę. Po jednym z udanych bloków McHenry tak się cieszył, że… łokciem zdzielił Andersona, rozbijając mu łuk brwiowy. Na własne życzenie Amerykanie sami wpakowali się więc w ogromne kłopoty. Lider USA opuścił boisko, ale zastępujący go Torey DeFalco stanął na wysokości zadania.
Dodajmy, że uraz nie okazał się zbyt poważny, Anderson z opatrunkiem wrócił na boisko. Patrząc na jego statystyki, utrzymał poziom, ale nie atakował już tak często, ani tak mocno jak wcześniej.
Mentalność zwycięzcy
Gdy nasza drużyna stanęła na krawędzi, wielką siłą mentalną zaimponował Fornal. Wziął ciężar gry na siebie: przyjmował, atakował i bronił. Przede wszystkim jednak mobilizował swoich kolegów do walki. Nie dał im „upaść”. Miał też decydujący udział w doprowadzeniu do tie-breaka. Był remis 20:20, gdy popisał się dwoma asami. Dwa punkty okazały się bezcenne.
Po raz kolejny okazało się też, że jak żaden inny zespół na świecie Polacy mają wręcz niewyczerpalną głębię składu. Nie szło Leonowi, zastąpił go Kamil Semeniuk i poziom naszej ekipy nie tylko nie spadł, ale jeszcze wzrósł. Dodajmy, że Leon w czwartym secie wrócił na boisko, ale na pozycję Bołądzia. Gra na trzech przyjmujących się opłaciła.
Blok jak ściana
Tie break to prawdziwy horror. Do 6:6 zespoły szły punkt za punkt. Wtedy nastąpił zryw Polaków, którzy zamurowali siatkę. Przez ich blok nie przebili się ani Hanes, ani Coper Robinson, ani do tej pory bezkarny McHenry. To był decydujący moment. Polacy wygrywali 13:7. Amerykanie zostali złamani. Ostatni punkt wywalczyli, bo Hanes przestrzelił.
(mic)
WYNIKI
Półfinały
◼ Słowenia – Polska 0:3 (16:25, 19:25, 17:25)
SŁOWENIA: Planinsić, Mozić (7), Kozamernik (1), Mujanović (6), Urnaut (6), Pajenk (11), Okroglić (libero) oraz Marovt (1), Braćko (1), Janż Janez Krżić (1), Najdić. Sen. Trener Fabio SOLI.
POLSKA: Komenda (2), Leon (16), Jakubiszak (9), Bołądź (15), Fornal (6), Lemański (6), Popiwczak (libero) oraz Szalpuk (2), Granieczny, Semeniuk. Trener Nikola GRBIĆ.
Sędziowali: Denny Francisco Cespedes Lassi (Dominikana) i Ksenija Jurković (Chorwacja). Widzów 4835.
Przebieg meczuI: 6:10, 14:15, 15:20, 16:25.
II: 8:10, 12:15, 17:20, 19:25.
III: 5:10, 9:15, 13:20, 17:25.
Bohater – Wilfredo LEON.
◼ Japonia – USA 2:3 (19:25, 25:23, 25:20, 19:25, 13:15)
JAPONIA: Fukatsu, Ran (13), Yamauchi (7), Nishida (19), Ishikawa (18), Larry (6), Ogawa (libero) oraz Miyaura (1), Otsuka, Tomita (2), Kai, Eiro. Trener Laurent TILLIE.
USA: Christenson (3), Champlin (7), McHenry (7), Hanes (24), Anderson (24), Averill (9), Shoji (libero) oraz Hartke, Ma’a, Robinson (7), Jendryk (2). Trener Karch KIRALY.
Mecz o 3. miejsce
◼ Japonia – Słowenia 1:3 (21:25, 28:26, 22:25, 22:25)
JAPONIA: Fukatsu (1), Ran (20), Nishimoto (2), Nishida (10), Ishikawa (2), Larry (5), Yamamoto (libero) oraz Eiro, Kai (1), Tomita, Yamauchi (4), Otsuka (9), Miyaura (6). Trener Laurent TILLIE.
SŁOWENIA: Planinsić (3), Mozić (23), Stalekar (7), Mujanović (24), Urnaut (9), Kozamernik (10), Okroglić (libero) oraz Janż Janez Krżić (1), Najdić, Sen (1). Trener Fabio SOLI.
Finał
◼ USA – Polska 2:3 (21:25, 25:23, 27:25, 23:25, 10:15)
USA: Christenson (3), Champlin (9), McHenry (14), Hanes (21), Anderson (20), Averill (8), Shoji (libero) oraz Knigge, Hartke (1), Ma’a, DeFalco, Robinson (1). Trener Karch KIRALY.
POLSKA: Komenda, Leon (15), Jakubiszak (11), Bołądź (10), Fornal (15), Lemański (11), Popiwczak (libero) oraz Szalpuk, Semeniuk (17). Trener Nikola GRBIĆ.
Sędziowali: Vladimir Simonovic (Szwajcaria) i Julia Akułowa (Kazachstan). Widzów 5865.
I: 9:10, 13:15, 16:20, 21:25.
II: 10:8, 15:13, 20:17, 25:23.
III: 9:10, 13:15, 17:20, 25:24, 27:25.
IV: 9:10, 14:15, 20:19, 23:25.
V: 5:4, 7:10, 10:15.
Bohater – Tomasz FORNAL.
MVP turnieju finałowego - Tomasz FORNAL.
POWIEDZIELI
◼ Kamil SEMENIUK: - Widzieliśmy, że to będzie inne spotkanie niż poprzednie, w fazie grupowej w Chicago, gdy wygraliśmy 3:0. Amerykanie zagrali bardzo twardo, ale wytrzymaliśmy. Cieszę się, że mogłem dołożyć cegiełkę do tego sukcesu, ale słowa uznania należą się całej drużynie.
Amerykanie zagrali świetnie w ofensywie, ich atakujący był naprawdę dobrze dysponowany. To było zacięte pięć setów. Najważniejsze, że na koniec to my przypieczętowaliśmy sukces.
◼ Bartłomiej BOŁĄDŹ: - Mecz mogliśmy szybciej zakończyć, ale nie wykorzystaliśmy szans. Nie zawsze jest pięknie, nie zawsze jest w wielkim stylu, ale ważna jest wygrana.
◼ Bartłomiej LEMAŃSKI: - Był to najtrudniejszy mecz w tegorocznej Lidze Narodów. Rywale ryzykowali na całego. Posyłali potężne bomby, chcieli nas zmiażdżyć i prawie im się to udało. Przetrwaliśmy jednak słabszy moment, a na tie-breaka wyszliśmy dobrze nastawieni. Mega się na niego nakręciliśmy i potoczył się po naszej myśli.
