Triumf Szwajcara, błysk amatora i pogoń lokalnego matadora, czyli emocjonujący jubileusz
W dziesiątej edycji Gradi Polish Open by Emeralld zwyciężył Szwajcar Fiorino Clerici. Błyszczał 18-letni Kostek Łuczak, a Mateusz Gradecki z hukiem wskoczył na drugie miejsce.
W piątek na trzynastce Gradi odpalił fajerwerki! Zdjęcia Kasia Nieciak
Po prostu szczęśliwy
Największe powody do świętowania miał oczywiście zwycięzca. Fiorino Clerici wygrał turniej z wynikiem 16 uderzeń poniżej par, po imponujących rundach 68, 62 i 64. Był to jego drugi tytuł wywalczony na Pro Golf Tour. Kristof Ulenaers, Martin Obtmeier, Philipp Macionga, Antoine Bachelier i lokalny matador Mateusz Gradecki podzielili się drugim miejscem ze stratą trzech strzałów do Szwajcara. To było zdecydowane zwycięstwo, które upamiętniło 10. rocznicę Gradi Polish.
Pomimo pięciopunktowej straty przed finałową rundą, Szwajcar ostatecznie w imponującym stylu zapewnił sobie drugi tytuł Pro Golf Tour. Dzięki najlepszej rundzie dnia 64, w trudnych, wietrznych warunkach, 31-latek finiszował z przewagą trzech uderzeń nad pięcioosobową grupą, w której znaleźli się Niemcy Philipp Macionga i Martin Obtmeier, Belg Kristof Ulenaers, Francuz Antoine Bachelier oraz lokalny bohater Mateusz Gradecki.
Szwajcar przed turniejem w Polsce zajmował okrągłe setne miejsce w rankingu Order of Merit. Po raz pierwszy wygrywał na Pro Golf Tour w 2024 roku w Egipcie. Teraz nie krył szczęścia z kolejnego triumfu: „Czuję ulgę, jestem szczęśliwy, po prostu szczęśliwy”.
Kluczowa w jego sukcesie okazała się bezbłędna druga runda 62, w której trafił osiem skwierczących birdie. W rundzie finałowej grał bardzo rozważnie i kiedy jedyny raz spojrzał na wyniki na dziesiątym dołku, wiedział, że jest dobrze i musi grać swoje. „Naprawdę się tego nie spodziewałem” – mówił po zwycięstwie „Lubię grać na Gradi, to pole mi odpowiada. Oczywiście, nigdy nie można oczekiwać takiej rundy. Tym bardziej jest wspaniale, gdy wszystko się układa. Wtedy myślisz sobie: Okej, wciąż daję radę”.
Wreszcie złapał wiatr w żagle
Fiorino nie za dobrze rozpoczynał sezon i bardzo trudno było mu złapać odpowiedni rytm, z powodu - jak sam to podsumowywał - „kombinacji kilku czynników”: „Na początku sezonu miałem problemy z uderzeniami z tee. Potem, będąc w Indiach na HotelPlanner Tour, złapałem infekcję, która wymagała operacji”.
Dopiero kilka tygodni przed przyjazdem do Polski powoli zaczął odzyskiwać formę. Za kluczowy czynnik uznaje to, jak dogadywał się ze swoim putterem. „Kluczem było to, że przez cały tydzień nie spudłowałem ani jednego putta z odległości czterech metrów. Zawsze mogłem polegać na swoim puttingu i to ostatecznie zadecydowało”. O swoim sentymencie do pola w Brzeźnie mówił: „Naprawdę podoba mi się to pole, po części ponieważ różni się od innych pól na trasie. Jest znacznie krótsze, a greeny mniejsze. To sprawia, że uderzenia na green, a zwłaszcza putting – są jeszcze ważniejsze”.
Szwajcar awansował z setnego na 24. miejsce w klasyfikacji generalnej dzięki swojemu pierwszemu zwycięstwu w sezonie. Pierwsza piątka klasyfikacji, która po zakończeniu sezonu dostanie awans na HotelPlanner Tour, nie zmieniła się. Pierwszy jest Holender Dario Antonisse, który wsławił się na Gradim złamaniem w szale podczas drugiej rundy puttera. Kolejne miejsca zajmują: Belg Kristof Ulenaers, Niemiec Philipp Macionga, Szwajcar Mauro Gilardi i Francuz Louis Bonte.
Niesamowity amator
Fenomenalnie na Gradim poczynał sobie Kostek Łuczak. Pierwszy dzień miał być katastroficzny pogodowo, a okazało się, że burze i zawieruchy cudem ominęły Brzeźno. W tej nerwowej atmosferze mistrz Polski amatorów sprzed dwóch lat czuł się jak ryba w wodzie. Jak gdyby nigdy nic wykręcił w środę drugi najlepszy rezultat dnia -6, który plasował go tylko dwa uderzenia za holenderskim liderem Bobem Van der Voortem, na trzeciej pozycji dzielonej z siedmioma rywalami. Uderzenie więcej dorzucił tego dnia Mateusz Gradecki.
Jakby tego było mało w czwartek Kostek odpalił jeszcze większe fajerwerki, urywając kolejne dwa strzały i popisując się rundą 62, która - uwaga! - zagwarantowała mu w finale miejsce w ostatniej grupie! Kostek popisał się tego dnia czystą kartą, ozdobioną ośmioma birdie, trafianymi w czterech rzutach po dwie sztuki. Ostatniego dnia presja grupy finałowej chyba lekko go przytłoczyła, zagrał o 11 uderzeń więcej niż w czwartek i spadł z miejsca trzeciego na dziewiąte, gdzie znaleźli się jeszcze: Francuz Louis Bonte, Niemiec Max Schmitt i Belg Yente Van Doren. Mimo wszystko to był niesamowity występ młodego i świetnie zapowiadającego się reprezentanta Open Golf Club.
Tak podsumowywał to Mateusz Gradecki, jego utytułowany kolega z polskiej drużyny, który wygrywał na Pro Golf Tour aż czterokrotnie: „Fajnie, że Kostek dostał się do grupy finałowej. Myślę, że może tak jakby za mało wierzył w siebie, bo kiedy schodził z pola po drugiej rundzie, to nie za bardzo było widać nawet, czy był zadowolony, czy nie. Z finalnej pozycji w turnieju ja osobiście nie byłbym zadowolony, ale Kostek na pewno może być dumny z siebie, ponieważ dostał się w zawodowym turnieju do finałowej grupy. Myślę, że powinien wyciągnąć tylko pozytywy z tego startu”.
Piorunujący finisz
Droga Gradiego w tegorocznym turnieju była zgoła odmienna. Z pozycji tuż za podium po pierwszej rundzie, drugiego dnia plasował się na miejscu piątym, cztery strzały za nowym liderem – Niemcem Morrisem Schiefnerem, który prowadził z wynikiem -15. W finale Gradi zafundował swoim fanom prawdziwą huśtawkę emocjonalną. Przez pierwsze 12 dołków Polak spadał w klasyfikacji, zaliczając tylko jedno birdie i trzy bogeye.
Kiedy zameldowałam się na trzynastym greenie ze swoim aparatem i pozytywnymi falami, oczekując na Mateusza, ten właśnie odpalił to, co ma najlepsze w arsenale. Na moich oczach trafił tam cudowne birdie i się zaczęło. Kolejne dorzucił jeszcze na piętnastce i szesnastce. Na siedemnastce par 5, gdzie birdie jest w zasadzie obowiązkowe, posłał swoje drugie uderzenie mocno w lewo i zakończył dołek zupełnie nieplanowanym parem. Na sygnale przemieściłam się na green widowiskowej osiemnastki, żeby tam oczekiwać go wraz z publicznością i gotowym na wszelkie opcje aparatem.
Mateusz zagrał pierwsze uderzenie jakieś osiem metrów od dołka, nad tym całym wodnym bezkresem i wtedy stało się jasne, że jeśli trafi drugim uderzeniem do dołka, awansuje na drugie miejsce, a jeśli nie trafi, pozostanie na siódmej pozycji. Co robi Gradi? Oczywiście wtacza monumentalny putt, powodując eksplozję radości zgromadzonej tam publiczności, przynajmniej w 101 procentach złożoną z jego fanów!
Poproszony o dynamiczną relację z kluczowych momentów turnieju, oczywiście nie zawiódł: „Grało się spoko. Myślę, że czułem, że z gry jestem w stanie to wygrać, wiedząc, że mam jeszcze też u siebie dobrą formę i tak naprawdę dobrze grając na tydzień przed Polish Open. Czułem się dobrze, dobrze zacząłem, a to też było ważne. Czasami te pierwsze rundy w tym roku były trochę słabsze. Ostatniego dnia, który z powodu dość silnego wiatru był inny od pozostałych, z dobrej gry na początku nie wyciągnąłem za wiele, z kolei jeśli tylko coś było gorszego – od razu robił się z tego bogey. Także nic się tam nie układało dopóki... nie przyszłaś na trzynastce. I od tego momentu zaczęło się trafianie i skończyłem minus cztery od trzynastki te ostatnie dołki. Dzięki temu podskoczyłem jakieś dwadzieścia pozycji i wyszarpałem drugie miejsce. Putt na osiemnastce też był mega dla kibiców, ale w sumie nie wiedziałem, że to będzie o drugą pozycję. Wiedziałem, że mi to dużo da, tak naprawdę rywalizowałem z Gilardim. Wiedząc, że on jest przede mną w rankingu i wiedząc, że jest przede mną, grając ostatni dołek, ja trafiłem birdie, a on zrobił bogeya i w końcu go wyprzedziłem, nawet nie zremisowałem, także fajnie”.
Spoglądając na ranking
Poza Gradim z rezultatem -13 kończyli jeszcze: Kristof Ulenaers, Martin Obtmeier, Philipp Macionga i Antoine Bachelier. Uderzenie więcej zanotowali: wspomniany Mauro Gilardi i Dennis Fuchs, zajmując siódmą pozycję, z której w ostatniej sekundzie uciekł Mateusz. Reszta Polaków, którzy zakwalifikowali się do finałowej rozgrywki, ostatniego dnia zagrała „na plusie”. Michał Bargenda, Alejandro Pedryc i Antoni Hawkins zakończyli rywalizację w czwartej dziesiątce, z rezultatami końcowymi: -4, -3 i -2.
Najbliżej wymarzonego miejsca w najlepszej piątce klasyfikacji generalnej Pro Golf Tour jest aktualnie Alejandro Pedryc. Alex ma w tym sezonie już jedną wygraną, którą zdobył w lutym w Turcji – z Gradim jako caddiem w rundzie finałowej. Przez chwilę zajmował nawet czwartą pozycję w rankingu, a teraz jest jedenasty, spadając o jeden szczebelek po występie w Gradi Golf Club. „Pozostaje duży niedosyt” – srogo podsumowywał swoją grę Pedryc. „Zawsze jak grasz u siebie, masz naturalnie trochę większe oczekiwania wobec siebie. Grałem w tym tygodniu solidnie, ale wynik kompletnie tego nie pokazał. Jestem dumny z walki drugiego dnia, kiedy odpaliłem na sam koniec, trafiając 5 birdie z rzędu na moich ostatnich sześciu dołkach. Dużo to dla mnie znaczyło, że byłem w stanie wyciągnąć z siebie taką grę w takim momencie”. Nie ukrywam, że Alejandro odpalił te swoje czwartkowe fajerwerki dokładnie w momencie, kiedy dotarłam do niego na kibicowanie i fotografowanie, podążając za nim już do końca rundy. Drugim Polakiem realnie walczącym o TOP 5 rankingu jest Mateusz, który po ostatnim występie awansował o 5 pozycji na miejsce czternaste.
Do finałowej rozgrywki nie awansowało... trzynastu Polaków. Najbliżej szczęścia byli Max Biały i Oskar Zaborowski, którzy z -3 otarli się o awans jednym strzałem. Z gry odpadli również: Grzegorz Zieliński, Marcin Bogusz, Bruno Machalica, niezatapialny senior - Bogdan Bigus, Tristan Kolasiński, David Shinto, Filip Wysokiński, Michał Guzowski, Adrian Kaczała, Piotr Kajkowski i Franek Moczarski, który pierwszego dnia musiał przełknąć dyskwalifikację za złamanie reguły „jednej piłki”.
Za rok zapewne odbędzie się jedenasta edycja Gradi Polish Open, a najbliższa walka o punkty i marzenia o HotelPlanner Tour wystartuje ponownie 21 lipca w Niemczech, podczas turnieju The Cuber Open. Trzymamy kciuki!
Kasia Nieciak
Najlepiej w historii
W Drużynowych Mistrzostwach Europy w Irlandii Polki były dziesiąte, a w Estonii Polacy zajęli 16. miejsce.
Irlandczycy wygrali drużynowe mistrzostwa Europy, które odbyły się w Estonii. Zwycięski zespół w składzie John Doyle, Stuart Grehan, Thomas Higgins, Matthew McClean, Caolan Rafferty i Gavin Tiernan w finale pięciodniowej rywalizacji pod Tallinnem pokonał ekipę gospodarzy. Brąz wywalczyli Włosi.
Biało-czerwoni uplasowali się na 16. miejscu. W teamie wystąpili: Kamil Sikora (Kraków Valley G&CC), Konstanty Łuczak (Open GC), Jan Rybczyński (Kalinowe Pola), Konrad Bargenda (Sobienie Królewskie), Tristan Kolasiński (Binowo Park GC) oraz Marcin Bogusz (Armada GC).
DME kobiet przeprowadzono w irlandzkim PGA National Slieve Russell, a finałowe starcie Hiszpanki stoczyły z Francuzkami. W zespole triumfatorek zaprezentowały się: Balma Davalos Guaita, Paula Martin Sampedro, Paula Francisco Liano, Cayetana Fernandez Garcia-Poggio, Andrea Revuelta Goicoechea i Paula Balantazegui Garcia. Trzecie miejsce zajęły Angielki.
Biało-czerwone zajęły 10. miejsce, najwyższe w historii polskiego golfa, a startowały: Natasza Klimko (Black Water Links), Maja Ambroziak (Mazury G&CC), Maria Moczarska (Śląski KG), Kleopatra Kozakiewicz (Kalinowe Pola), Kinga Kuśmierska i Nina Pitsch (obie Armada GC).
W DME juniorów w Hiszpanii wygrali gospodarze, natomiast w DME juniorek w Szwajcarii najlepsze okazały się także reprezentantki Półwyspu Iberyjskiego.
Polacy wystartowali jeszcze w DME juniorów dywizji 2. Na polu Costa Navarino w Grecji z powodzeniem walczyli o awans do grupy mistrzowskiej. Polska drużyna w składzie Antoni Hawkins (Rosa Private GC), Jan Pyla (Kraków Valley G&CC), Bruno Machalica, Maksym Powszuk (obaj Armada GC), Franciszek Moczarski (Śląski KG) oraz Antoni Fijałkowski (Sobienie Królewskie G&CC) sięgnęła po brązowy medal i jednocześnie awansowała do pierwszej dywizji.
(PAP)
Ostatniego dnia Szwajcar zaatakował zza pleców.
Alejandro Pedryc wciąż jest najwyżej sklasyfikowanym Polakiem w rankingu PGT.
Kostek Łuczak był rewelacją tego turnieju.
Mistrz i wicemistrzowie.
Po chwili Gradi rozstrzelał się na dobre.
Grzegorz Zieliński był jednym z trzynastu Polaków bez awansu do finału.
