Tour de France na miarę polskich możliwości
KOMENTARZ „SPORTU” – Grzegorz Kaczmarzyk
„Kwiato” podczas rekordowo szybkiego (średnia powyżej 50 km/h!) etapu Wielkiej Pętli. Fot. Facebook Michała Kwiatkowskiego
We właśnie zakończonym największym kolarskim wyścigu na świecie jechało dwóch Polaków, Michał Kwiatkowski i Kamil Gradek. Podczas trzech tygodni rywalizacji wspomnieliśmy o nich tylko dwa razy. Pierwszy raz na początku, kiedy zajęli odległe miejsca, tłumacząc, że nie mają one dla nich żadnego znaczenia, gdyż rozlicza się ich z zupełnie czegoś innego – realizacji ustalonych przed etapem zadań, które mają wykonać na rzecz drużyny. Drugi i ostatni raz zdarzyło się to wtedy, kiedy podczas 17. odcinka, a więc pod koniec imprezy, pierwszy z nich zabrał się do ucieczki dnia i w pewnym momencie miał nawet szanse na walkę o wygraną. Ostatecznie „Kwiato” dotarł wówczas do mety kilka minut po zwycięzcy.
Nasi weterani, bo obaj urodzili się w 1990 roku, wystąpili na Tour de France w różnych rolach. Kwiatkowski, mistrz świata z 2014 roku, zwycięzca wielu prestiżowych wyścigów (Mediolan - San Remo, Amstel Gold Race czy Strade Bianche), jeden z najinteligentniejszych kolarzy w peletonie, był kapitanem grupy Netcompany INEOS – dawnego Team Sky, które na lata zdominowało Wielką Pętlę. Jej triumfatorzy Chris Froome i Geraint Thomas zakończyli już kariery, a Egan Bernal, zwycięzca z 2019 roku, najlepszy okres ma już za sobą, co zresztą teraz potwierdził. Do tego ze składu wypadł im z powodu kontuzji szykowany na klasyfikację generalną Oscar Onley, nie mieli sprintera na końcówki, więc przyszło im walczyć o wygrane z ucieczek. To też było celem Kwiatkowskiego, który przed startem zaznaczył sobie trzy etapy, licząc, że odniesie trzecie etapowe zwycięstwo na TdF. W dwóch przypadkach trafił, bo faktycznie wygrali je uciekinierzy, tyle że akurat jego nie było w tych odjazdach. Powód? Przede wszystkim niebotyczny poziom – kolarze nawet na pagórkowatych odcinkach osiągali średnie blisko 50 km/h, a zabranie się w ucieczkę wymagało nie tylko ogromnej siły, ale także wiele szczęścia. Do tego aktualny mistrz Polski w jeździe indywidualnej na czas dopiero niedawno wrócił na szosy po marcowym groźnym wypadku i – jak sam ocenił – nie błyszczał formą. Ta idzie w górę, o czym – mamy nadzieję – przekonamy się wzbliżającym się Tour de Pologne.
W przeciwieństwie do swojego rówieśnika Kamil Gradek nigdy nie był w centrum uwagi, co zresztą mu pasuje – nawet wtedy, kiedy w 2020 roku zdecydowanie pokonał znanego i cenionego na świecie Macieja Bodnara i został mistrzem Polski w jeździe indywidualnej na czas. To zresztą ostatnie zwycięstwo, jakie odniósł – potem zdobywał tylko kolejne medale w tej konkurencji na krajowym czempionacie, ale przede wszystkim w pełni poświęcił się kolegom z grupy Bahrain-Victorious, którą reprezentuje od 2022 roku. W tym okresie trzy razy został wystawiony w Tour de France i dwa razy we Vuelta a Espana. I sam fakt, że teraz jedna z najmocniejszych grup na świecie drugi raz z rzędu wstawiła go doskładu na najważniejszy wyścig świata świadczy o klasie i pozycji tego kolarza. Co należy do jego obowiązków? To przede wszystkim szeroka rozumiana ochrona lidera – osłanianie przed wiatrem czy pomoc przy powrocie do peletonu. Do tego nadawanie tempa dużej grupie, kasowanie odjazdów, także wożenie bidonów. Podsumowując – zrezygnowanie z osobistych celów na rzecz zespołu, co innym nie zawsze się udaje. To – wbrew pozorom – bardzo ciężka praca, tacy kolarze jak on docierają do mety zwykle na końcu stawki. Gradek przez kilka etapów zamykał nawet klasyfikację i w Paryżu, mówiąc w żartach, żałował, że nie został „czerwoną latarnią”, choć za ostatnie miejsce nie dostaje się już nagrody. Tę jednak otrzymał, a były to podziękowania za dobrze wykonaną robotę od lidera zespołu, Lenny'ego Martineza, który zajął świetne piąte miejsce.
Dopiero mając taki obraz, a nie sugerując się miejscami, co wciąż za często się robi, możemy ocenić występ Kwiatkowskiego i Gradka. Odzwierciedla on stan polskiego kolarstwa. I tak było lepiej niż na Giro d'Italia, pierwszym w sezonie trzytygodniowym wyścigu, bo tam zabrakło Biało-czerwonych. Teraz mógł wystartować jeszcze Stanisław Aniołowski z drużyny Cofidis – 29-letni sprinter z sukcesami, tyle że akurat dochodzi do siebie po poważnej kraksie. I to tyle, bo żaden z pięciu innych Polaków z drużyn pierwszej i drugiej dywizji albo nie miał na tyle mocnej pozycji w grupie, żeby pojechać w TdF, albo jego grupa była za słaba na ten wyścig. Pozostaje trzecia dywizja, najniższa zawodowa, gdzie mamy wielu zawodników i gdzie wybija się Marceli Bogusławski, który w tym sezonie odniósł już osiem zwycięstw.
Tyle że to zupełnie inne ściganie...
