To złoto, nasz „Neymar light”
Rozmowa z Tomaszem Sokołowskim, byłym reprezentantem Norwegii, dziś II trenerem Omonii Nikozja, u boku Henninga Berga
Antonio Nusa piłkarsko już dziś wyrasta ponad reprezentacyjnych kolegów. Ale wciąż skromny z niego chłopak! Fot. Cheng Min/Xinhua/PressFocus
Norwegowie na tym mundialu niejednego obserwatora i niejednego kibica już zaszokowali. Pana też?
- Nie wiem, czy słówko „szok” jest tu odpowiednie. Na pewno natomiast jestem pozytywnie zaskoczony ich postawą. Dumny jestem, że reprezentacja kraju, w którym mieszkam od 35 lat, w którym grałem w piłkę i w którym zaczynałem przygodę trenerską, tak świetnie sobie w mundialu radzi.
Jakie oceniał pan szansę Norwegii, gdy ruszała za ocean?
- Patrząc na eliminacje MŚ w wykonaniu Norwegów – komplet ośmiu wygranych, w tym dwa zwycięstwa z Włochami – czekałem niecierpliwie na losowanie grup. Kiedy zobaczyłem tę „norweską”, pomyślałem: „Dobra, wygrają z Irakiem, może zremisują z Senegalem, z Francją przegrają”. Do wyjścia z grupy powinno wystarczyć. A oni pokonali Senegalczyków i mogli sobie pozwolić na rotację niemal całej jedenastki, żeby mieć paliwo i gaz na spotkanie 1/16 finału, z Wybrzeżem Kości Słoniowej – jak się okazało. Imponuje mi to, że dają sobie radę z drużynami z Afryki, choć na co dzień z nimi nie grają, które mogły być zagadką.
Nie tylko z Afryki, ale i z Ameryki Południowej!
- Tak, wygrana z Brazylią oczywiście wywołała euforię.
Ktoś przed turniejem sobie w Norwegii mógł wyobrażać taki sukces?
- Statystyki pokazywały, że Norwegia jeszcze nigdy z Brazylią nie przegrała. Już z tego tytułu można było mówić o minimalnej mentalnej, psychologicznej przewadze. Do tego dochodziło poczucie, że forma Norwegów na tym turnieju po prostu jest dobra, wysoka, stabilna. No i jeszcze znakomita wokół kadry, sygnały wsparcia płynące z kraju. To wszystko spowodowało, że na boisku Norwegia wyglądała jak Brazylia, a Brazylia jak Norwegia.
Stale Solbakken nie jest wyłącznie zwycięskim trenerem. Trochę już z kadrą poprzegrywał: eliminacje do mundialu w Katarze i do EURO 2024, a nawet rywalizację w Dywizji B Ligi Narodów. Skąd więc nagła eksplozja formy jego drużyny?
- Odpowiem tak: pracuję teraz na Cyprze. W tamtejszej ekstraklasie dwanaście z czternastu drużyn co najmniej raz w ubiegłym sezonie wymieniło trenera. Stale pracuje już prawie sześć lat z naszą reprezentacją: być może tu tkwi odpowiedź na pańskie pytanie. Federacja norweska po prostu uwierzyła w projekt selekcjonera i była cierpliwa. A jemu trafiła się wyjątkowa generacja piłkarzy – chłopaków z nim razem dojrzewających w reprezentacji. I trzeci element: związek wsadził w ostatnich latach mnóstwo środków w wyremontowanie istniejących i budowę nowych boisk treningowych. Oczywiście – ze względu na klimat – głównie ze sztuczną trawą. Zbierając te wszystkie elementy do kupy, mamy wynik: ćwierćfinał mistrzostw świata!
Generacja – generacją; może być najlepsza, można mieć Lewandowskiego przez 15 lat, ale jeszcze trzeba zrobić coś, by umieć potencjał drużyny i każdego z zawodnika wykorzystać. Na czym polega pieczątka Solbakkena?
- Nie wiem, czy dam radę odpowiedzieć na to pytanie, bo przecież tych najważniejszych detali jego pracy z kadrą nie znamy. Nie wiemy, jak analizują przeciwników, jak się szykują do konkretnego meczu, a nawet – jak trenują: treningi są zamknięte. Nie widzimy więc żadnych „tajemnych spraw”. Natomiast selekcjoner jest bardzo zdecydowany, rygorystyczny. Wie, czego chce i potrafi to osiągnąć. Jeśli coś budzi jego niezadowolenie, potrafi dobitnie dać do zrozumienia chłopakom, co mają skorygować w swej postawie. A poza tym – nie jest robotem; to żywy człowiek często demonstrujący emocje: cieszy się z drużyną, z radości potrafi się popłakać.
Mentalnie kupił chłopaków swą osobowością?
- Myślę, że tak.
Łącznie z gwiazdami? Bo w polskiej kadrze selekcjonerom się to niekoniecznie udawało...
- Łącznie z gwiazdami, owszem. Solbakken od początku swej pracy z kadrą wierzył w Martina Odegaarda. Młodego, wówczas 23-letniego, zawodnika zrobił od razu kapitanem reprezentacji. Wiele osób krytykowało ten pomysł. Martin był bowiem raczej cichym, wycofanym człowiekiem. Ale dzięki temu bardzo się rozwinął osobowościowo i nawet w Arsenalu powierzono mu kapitańską opaskę! Piłkarsko też wyszedł na lidera; ciągnie drużynę narodową, a poza tym jest na boisku przedłużoną ręką Solbakkena.
Poza bohaterami oczywistymi: Haalandem i Odegaardem, kto dla pana jest takim cichym bohaterem – czy może „czarnym koniem” - norweskiej ekipy?
- No to chyba się pochwalę i sam siebie poklepię po plecach (śmiech). Pracowałem przez pięć lat jako trener w akademii Stabaek w Oslo; jednym z moich wychowanków z tego okresu jest Antonio Nusa. Był moim podopiecznym do 15. roku życia. Potem trafił do pierwszej drużyny, błyskawicznie został sprzedany do Club Brugge. Dziś w RB Lipsk, ale już - dzięki występom na mundialu - „kuszony” przez Arsenal i Tottenham. Bardzo dobry piłkarz, do tego fajny chłopak: stąpa twardo po ziemi, ułożony. To prawdziwe złoto, norweski „Neymar light”.
Ta Premier League to dobre miejsce dla niego?
- No właśnie... niekoniecznie. W Anglii jest dużo „mięsa”, fizyczności, biegania w tę i z powrotem. A on jest trochę artystą na boisku.
Bardziej pasowałby do Hiszpanii? Żeby mógł wykorzystać swą technikę i „taniec z piłką”?
- Oj tak, takie obrazki mi się dużo lepiej podobają.
Macie jeszcze kontakt?
- Nie. Ale jakby go pan spytał o Tomasza Sokołowskiego, usłyszałby pan od niego mile słowa.
Nusa to jedno z objawień tego turnieju. Drugie – zwłaszcza w kontekście meczu z Brazylią – to Orjan Nyland. W Sevilli nie był pierwszym bramkarzem, w tej chwili formalnie jest bez klubu, a broni jak natchniony! Nie baliście się o obsadę tej pozycji?
- Zastanawiałem się przed mundialem, w czym mogą tkwić słabości Norwegii. I nigdy mi akurat pozycja bramkarza do głowy nie przyszła, choć być może dla wielu trójka obecna na mistrzostwach to anonimowe postacie. Nyland radzi sobie fantastycznie: ta parada w meczu z Senegalem, gdy w doliczonym czasie Djallo strzelał z wolnego; ta obrona karnego Bruno Guimaraesa w 1/8 finału... W prasie norweskiej – mimo dwóch goli Haalanda – to on zyskał miano MVP meczu. Nie chcę wchodzić z butami w jego prywatność, ale miał niedawno trudny okres, zmarła mu mama. Widocznie jednak ma mocną głowę, nigdy – podkreślam, nigdy! – się nie poddaje. Życzę mu jak najlepiej, a dzięki tym świetnym występom już pojawiły się zespoły zainteresowane jego angażem.
Macie gwiazdę w ataku, w II linii. Nie macie – w defensywie. Były obawy o tę formację?
- Rzeczywiście nie są to wielkie nazwiska w porównaniu z resztą drużyny. Ale chłopaki są bardzo zgrani, i wcale nie grają w słabych zespołach czy ligach. Borussia Dortmund, Brentford, Bologna, Wolverhampton – czego chcieć więcej ? Na dodatek bardzo skrupulatnie, solidnie realizują zalecenia Solbakkena. Więc w pojedynkę gwiazdami nie są, ale tworzą bardzo jakościową formację.
Słowa dwa o ćwierćfinale. Niesamowity będzie bezpośredni pojedynek Haalanda z Harrym Kane'em. Słówko na temat tych dwóch panów?
- Kane jest – rzekłbym - „porządniejszym” napastnikiem; ułożonym, dorosłym w swej grze. Haaland jest nową generacją snajpera, maszyną do strzelania goli. Gwarantuje przynajmniej jedną bramkę w każdym występie, więc jeśli któryś z kolegów dołoży jeszcze jakieś trafienie, już mamy 2:0 (śmiech) i Anglicy muszą nastrzelać parę goli, by się utrzymać w grze.
A tak czysto piłkarsko: Norwegowie mają potencjał, by ograć Anglików?
Po takim meczu, jak ten z Brazylią, człowiek zaczyna myśleć, że wszystko jest możliwe. Ale Brazylijczycy w futbolu wciąż są bardzo romantyczni. Anglicy zaś to fizyczność, walka, bieganie; trzeba się na zupełnie inny mecz przygotować, niż w 1/8 finału.
Ale dla was taka fizyczna walka to nic niezwykłego; pewnie dlatego tak dobrze odnajdujecie się w angielskich ligach.
- Rzeczywiście. Więc sobie myślę, że ta Anglia może nam bardziej leżeć niż ekipy z Afryki, czy Brazylia właśnie. Tym bardziej, że wielu naszych reprezentantów gra na Wyspach, więc ten ćwierćfinał będzie dla nich tym bardziej wyjątkowy.
„Wiosłuje” pan czasem?
- Jeszcze nie miałem okazji. Ale jak schodzę po schodach czy wchodzę na stołówkę na zgrupowaniu Omonii, słyszę od moich zawodników chóralne „RO”!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
NIE PRZEGAP!sobota, 23.00 – TVP 1, TVP Sport
Tomasz Sokołowski Fot. Facebook
