To jest to!

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Lubię Puchar Polski. Zawsze lubiłem. Już za bajtla te rozgrywki działały mi na wyobraźnię, zawsze uwielbiałem, gdy mały potrafił przeskoczyć dużego. Dzięki małym drużynom w wielkim towarzystwie uczyłem się geografii, sprawdzałem w szkolnym atlasie, skąd właściwie wywodzą się te rewelacje-meteory. Meteory, bo z reguły nie udawało im się już potem powtórzyć baśniowej przygody... Także tu liczyli się i liczą przede wszystkim wielcy. A w przyszłości będzie małym jeszcze trudniej, bo krajowe rozgrywki pucharowe stały się najkrótszą – przynajmniej dla tych możnych – drogą, żeby zarobić poważny grosz. Można dziś zarobić. Jeśli dobrze pójdzie – dobre pieniądze, jeśli pójdzie świetnie – świetne. A gdyby poszło fenomenalnie – wręcz ogromne. Naszym drużynom na międzynarodowej arenie „fenomenalnie” jeszcze nie poszło, ale w tym wypadku wolę romantycznie skupiać się bardziej na słowie „jeszcze” niż na zwrocie „nie poszło”...

To jedna strona medalu, ale ta druga, którą lubię, to te tworzone wśród małych społeczności wręcz baśnie, bo już nawet nie legendy o dzielnych bohaterach... Ba, przeżyłem coś takiego na własnej skórze! W 1968 roku do półfinału Pucharu Polski dotarła dzielna drużyna Baildonu Katowice. Dziś ten klub nie istnieje, bo huta nie istnieje, moi rodzice w niej pracowali. Niemniej bramkarz tamtej dzielnej zakładowej drużyny, która po drodze potrafiła wyeliminować wielką Wisłę Kraków, przychodził do nas zawsze, kiedy psuł się nam telewizor, „Ametyst” na czterech nóżkach, bo potrafił go naprawić. Kiedy to sobie przypominam, włącza mi się irytacja, że nie przepytałem go wtedy o tamte baśniowe, pucharowe przygody. Do głowy mi to nie przyszło, byłem za mały. Pamiętam tylko, że był zawsze uśmiechnięty. Tak to właśnie z tym Pucharem Polski jest... Żyło się tym / żyje / będzie żyć latami. Czy ktoś pamięta choćby szaleństwo związane z Jadowniczanką Jadowniki, do której w 1984 roku przyjeżdżał wielki Widzew? Jeszcze jedno: uważam, że regulaminy przeróżnych rozgrywek ulegają na przestrzeni lat wypaczeniu, ale PP trzyma się dzielnie. Ba, pod tym względem jest coraz lepszy! Podoba mi się, że nie ma już meczów i rewanżów. Podoba mi się, że gospodarzem spotkania jest drużyna występująca na niższym poziomie rozgrywkowym w dniu losowania. Do poprawy jest drobny element: jeśli mierzą się zespoły z tej samej klasy, gospodarzem jest drużyna wylosowana jako pierwsza. Gospodarzem powinna być ta, która poprzedni sezon ligowy skończyła niżej. Bo takie mecze zawsze są świętem dla tych, którzy są niżej. 

Kiedy spoglądam na wyniki I rundy obecnej edycji, uśmiecham się. Ciągle mniejsi mogą stłamsić większych. Ekstraklasowicze już z mniejszymi odpadają! Bohaterem dnia jest Siarka Tarnobrzeg, która zbiła u siebie 3:2 Zagłębie Lubin. Ten mecz był szalony, czyż nie o to chodzi? Siarkowcy (uwielbiam te oldskulowe określenia) wbili pierwszego gola na samym początku. Zagłębie miało ponad 70 procent posiadania piłki! Przepaść, tylko co z tego? Końcówka wyglądała już jak pod klasztorem jasnogórskim w 1655 roku. W roli Szwedów – drużyna z najwyższej ligi, w roli przeora Augustyna Kordeckiego i jego kumpli – zespół z czwartego poziomu. W doliczonym czasie kolubryna przywaliła na 3:2, ale czasu już nie starczyło. Do Lubina z Częstochowy (sorry, z Tarnobrzega) trzeba wracać w niesławie. Puchar Polski rządzi!

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się