To był finał marzeń
Rozmowa z Łukaszem Koszarkiem, prezesem Polskiej Ligi Koszykówki
Łukasz Koszarek po zmianie koszykarskiej koszulki na garnitur sprawdza się w roli działacza. Fot. Norbert Barczyk/PressFocus
- Chcemy, by dwie-trzy odbyły się w Sosnowcu. Na pewno będą to Puchar Polski i Superpuchar. W pierwszym przypadku planujemy trochę zmienić jego formułę. Do tej pory było tak: czwartek i piątek – ćwierćfinały, sobota – półfinały i konkursy za trzy punkty oraz wsadów oraz niedziela z finałem. Z tych czterech dni chcemy wykroić jeden i podczas niego przeprowadzić wszystkie konkursy oraz bardziej zaangażować kibiców. Termin i liczba uczestników pozostają natomiast bez zmian, czyli zawody odbędą się w lutym przyszłego roku z udziałem ośmiu zespołów.
Będą spotkania z fanami?
- Również. Plany nie są jeszcze w pełni dopracowane, ale chcemy większej aktywacji kibicowskich i to, by każdy - nawet ten, kto przyjedzie z daleka - był zadowolony i chętnie wracał na koszykarskie imprezy.
System eliminacyjny się zmieni?
- Zostaje po staremu. Liczymy, że wreszcie do turnieju finałowego awansują drużyny z regionu, co pomogłoby nam przyprowadzić jeszcze większą rzeszę kibiców do hali.
Od kilku lat finał PP rozgrywany jest w Sosnowcu. To dobre rozwiązanie? W ostatnim finale zagrały zespoły z Sopotu i Zielonej Góry, które musiały pokonać po kilkaset kilometrów...
- Ale z drugiej strony Sosnowiec jest miejscem neutralnym, w którym wszyscy mają równe szanse. To bardzo ważne, bo nikt nie jest uprzywilejowany. Poza tym w zasadzie słyszę tylko głosy pochlebne, jeśli chodzi o infrastrukturę. Arena Sosnowiec jest naprawdę świetna. To jest idealny obiekt, skrojony pod ten turniej.
Dzięki PLK koszykówka w Sosnowcu zupełnie nie zniknęła. Teraz jest plan odbudowy miejscowego Zagłębia. Czuje pan satysfakcję, że m.in. dzięki turniejom organizowanym przez PLK, jest szansa na odrodzenie dwukrotnego mistrza Polski?
- To nie moja zasługa, po prostu jako liga inwestujemy w rozwój koszykówki. W Sosnowcu było już parę turniejów pod naszą egidą, były mecze reprezentacji Polski i widać było, że zainteresowanie koszykówką nie wygasło. To bardzo pozytywne, że w Sosnowcu następuje nowe otwarcie. Ma powstać wielosekcyjny klub, co też jest dobre, bo takie organizacje są przyszłością polskiego sportu klubowego. Liczymy też, że ruszy szkolenie młodzieży. Już niedługo bowiem wprowadzimy ligę rezerw. Widzimy, że żadna liga nie może się rozwijać bez rodzimych zawodników. A ci nasi, co naturalne, gdy się wybiją, chcą spróbować sił za granicą. Napływ nowych, młodych graczy musi być więc jeszcze większy. Dzięki lidze rezerw będziemy mieli pewność, że każdy z zespołów będzie musiał posiadać akademię i mam nadzieję, że ta praca z młodzieżą w kilku najbliższych latach przyniesie świetne efekty.
Za nami kolejny sezon Orlen Basket Ligi. Jak pan go podsumuje? Był udany?
- Przede wszystkim był bardzo emocjonujący. Powiem tak: play off do pewnego momentu mnie rozczarował, spodziewałem się czegoś więcej. Za to finał Legii Warszawa z Zastalem Stelmetem Zielona Góra wszystko nadrobił. To było wspaniałe widowisko, w którym nie brakowało niczego: siedem, czyli maksymalna liczba spotkań, rzuty w ostatnich sekundach, nagłe zmiany sytuacji, zainteresowanie fanów… To było to, za co kochamy koszykówkę.
Gra Legii w finale i zdobycie przez nią mistrzostwa Polski niespodzianką nie było, ale już udział ekipy Zastalu w decydującej rozgrywce zaskoczył wielu. Stawiał pan na tę drużynę?
- Legia była wymieniana w gronie faworytów i broniąc tytułu potwierdziła klasę. Postawa Zastalu była chyba największą niespodzianką. Zielonogórzanie nie tylko awansowali do finału, ale w nim walczyli do ostatniej chwili. Mocno się postawili faworytowi. To wielka zasługa trenera Arkadiusza Miłoszewskiego. Wykonał kawał dobrej roboty. Można powiedzieć, że koszykówka w Zielonej Górze, po kilku słabszych latach, odrodziła się, bo zainteresowanie fanów spotkaniami było ogromne.
Gdy w meczu numer 6 Conley Garrison, trafiając równo z końcową syreną, zapewnił Zielonogórzanom wygraną, przypomniały się panu dawne lata, gdy sam rozstrzygał o losach rywalizacji?
- W Zielonej Górze przeżyłem wiele pięknych chwil, ale chyba aż takiej nigdy. Parę ważnych rzutów trafiłem, ale takiego, kończącego i decydującego o przedłużeniu serii już nie. To było naprawdę coś. Kibice, nie tylko w Zielonej Górze, będą ten rzut wspominać latami.
Gdy Zastal w niesamowitych okolicznościach doprowadził do siódmego starcia, myślał pan, że złamał Legię?
- Nie. W play offie każdy mecz to inna historia. Warszawianom trochę pomógł fakt, że grali u siebie. Gdy się wraca do swojej hali nawet po dotkliwej porażce, gdy widzi się kosze, na które trenuje się przez 10 miesięcy, to pomaga się podnieść. A jak już zaczął się mecz, wszyscy myśleli tylko o najbliższych 40 minutach i mistrzostwie Polski. Wtedy ten szósty mecz już się nie liczył.
Największe rozczarowanie?
- Chyba postawa Śląska Wrocław. Spodziewałem się po nim więcej. Wrocławianie mieli naprawdę świetną pierwszą część rozgrywek, gdy potrafili połączyć grę w kraju z europejskimi pucharami. Wyglądali wtedy świetnie, najlepiej w lidze. Potem jednak coś musiało się stać w środku w drużynie, bo stracili pewność siebie. To, że zostali wyeliminowani już w pierwszej rundzie play offu, było wielkim rozczarowaniem
Zwolnienie przez Śląska Ainarsa Bagatskisa nie było zbyt pochopnym posunięciem ze strony włodarzy wrocławskiego klubu?
- Władze Śląska musiały mieć większą wiedzę i uznały, że to rozwiąże problem. Nie była to prosta decyzja i jak się okazało na koniec - chybiona.
W zbliżającym się sezonie możemy się spodziewać nowości w Orlen Basket Lidze?
- W przyszłym sezonie raczej nie, ale w kolejnych planujemy wprowadzić większą liczbę drużyn z możliwością awansu z pierwszej ligi.
Co to znaczy? Będzie powiększenie ekstraklasy?
- To nie będzie powiększenie, lecz chcemy zwiększyć liczbę drużyn zaangażowanych w walkę o utrzymanie. Nad tym pracujemy.
Czy w nowych rozgrywkach OBL pojawi się nowa drużyna? Wystąpił ktoś o „dziką kartę”?
- Nie.
Możliwość kupowania miejsca w wyższej klasie rozgrywkowej to w ogóle dobre rozwiązanie?
- Raz na kilka lat przyznawanie „dzikiej karty” to nie jest złe rozwiązanie. W życiu bowiem zdarzają się różne sytuacje, ale oczywiście awans sportowy smakuje lepiej i więcej waży. Jestem zwolennikiem sportowych awansów.
Rozmawiał Michał Micor
