Takiego wała, panowie!
Druga część rozmowy z Ryszardem Szusterem, dziennikarzem „Sportu” w latach 1983-94, prezesem Górnika Zabrze w latach 2007-08
Stara, nieistniejąca już trybuna na Górniku, świadek utrzymania w sezonie 2006/07. Fot. Paweł Czado
Spotkanie z Wisłą Płock w przedostatniej kolejce sezonu 2006/07 było o wszystko. Tak naprawdę od niego zależały losy Górnika. Właśnie Wisła z pańskim zespołem walczyła o utrzymanie, a to spotkanie decydowało o wszystkim. Tymczasem wiedział pan o tym, iż część piłkarzy wychodzących na boisko wcale nie chciała go wygrać?!
- Byliśmy już wtedy bez trenera. Wcześniej prowadził drużynę Marek Motyka. W 28. kolejce Górnik grał na wyjeździe z Arką. Wysupłałem z klubowej kasy ostatnie pieniądze, żeby zespół mógł przygotować się do tego spotkania w godziwych warunkach: to znaczy, żeby pojechał nad morze w przeddzień, spędził noc w hotelu i wypoczęty, a nie wysiadając prosto z autokaru - mógł przystąpić do gry. Mieliśmy grać o remis, tymczasem ten mecz potoczył się fatalnie. Bez dyskusji przegraliśmy 0:3, nie mieliśmy czego w Gdyni szukać. Po pół godzinie było już 0:2. Pan Motyka po powrocie powiedział mi, że wprawdzie Górnik przegrał, ale on ma świetny plan... jak awansować z powrotem do ekstraklasy! Nie mogłem tego słuchać. Oświadczyłem mu, że go zwalniam. Nie było czasu na szukanie nowego trenera. Krzysiek Hetmański (ówczesny dyrektor sportowy - przyp. red.) odnowił wtedy na potrzeby chwili licencję trenerską i usiadł na ławce. Licencję miał też Marek Piotrowicz, dawny obrońca Górnika i też pomógł - jak ułożyć szatnię i jak ułożyć zespół...
Wracając do pytania: rzeczywiście - kilku piłkarzy nie chciało utrzymania, mniejsza o nazwiska. Na szczęście kluczową postacią zespołu był Krzysiu Bukalski. Przeporządny chłopak! Defensywny pomocnik, reprezentant kraju, duże doświadczenie. Mówię mu: "Krzysiek, kończysz u nas granie, kieruj tymi ludźmi wokół. Jeśli chcesz - przedłużę ci umowę na następny sezon". Przedłużyć już nie chciał, ale zagrał z Płockiem rewelacyjny mecz. Dziwiłem się, że nikt tak naprawdę tego nie zauważył, a to on uratował to spotkanie. W dwójnasób! Jako piłkarz czyścił, wrzucał piłki, jako profesor - dyrygował jak należy drużyną. Do dziś jestem mu za to ogromnie wdzięczny. Tak myślę, że graliśmy w dwunastu, bo Bukalskich było... dwóch (uśmiech). Czasem i teraz telefonujemy do siebie... Cóż, wygraliśmy z Płockiem 2:0; druga bramkę w końcówce strzelił młody Bartek Socha w ekwilibrystyczny sposób, a pierwszą - Andrzej Bednarz.
Ciśnienie zeszło?
- Pamiętam tamten moment ulgi po drugim golu w końcówce. Loża VIP-ów na starej trybunie była nieduża. Wiedziałem mniej więcej gdzie siedzi "opozycja", więc odwróciłem się w jej stronę i pokazałem im wała. "Tu się zgina dziób pingwina". W tej sytuacji ostatnia kolejka nie miała już znaczenia. Zremisowaliśmy z Koroną, a Wisła wygrała z Arką, ale nawet jakbyśmy przegrali, to już by nas nie dogoniła. Wszystko zostało rozstrzygnięte w poprzedniej kolejce.
Następny sezon był już inny.
- Kredyt, którego zaraz potem udzielił nam Allianz, uzyskaliśmy na znakomitych warunkach - WIBOR, czyli koszty kredytu, plus jeden procent. Nigdzie na rynku nie było takich kredytów! Niemalże za darmo. To pozwoliło nam spłacić mnóstwo należności wobec ZUS-u i Urzędu Skarbowego. W efekcie, gdy odchodziłem z Górnika, zostawiałem klub wypłacalnym, nie miał żadnych zaległości względem instytucji i piłkarzy. W następnym sezonie zajęliśmy ósme miejsce i wypełniliśmy założenia, bo taki był plan. W pierwszym sezonie przy Allianzie mieliśmy zrobić minimum właśnie ósmą lokatę. Sezon skończył się w sobotę, a we wtorek miałem na kontach premię w łącznej wysokości 2 mln zł do podziału. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć: ucywilizowałem ten klub. Płaciliśmy pełny ZUS, to było kilkaset tysięcy zł miesięcznie od wysokich kontraktów. Potem niektórzy prezesi robili podatkową ekwilibrystykę, zakładając spółki na Cyprze czy podpisując podwójne umowy. Dlaczego potem wszystko poszło w złym kierunku - nie mnie oceniać.
Dlaczego odszedł pan z Górnika?
- Jedno muszę podkreślić: nikt mnie z Górnika nie zwalniał, sam odszedłem. Z Allianzem rozmawialiśmy o projekcie trzyletnim. W piłce nie można iść na skróty, nie da się. W życiu czasami tak się robi, choć często człowiekowi nie wychodzi to na dobre, ale w piłce - nie. Chciałem, żebyśmy powoli stawali się coraz silniejsi, a w trzecim sezonie powalczyli o coś więcej. W zarządzie Allianzu pojawiła się jednak koncepcja, żeby przyśpieszyć i że za transfery będzie odpowiadał nowy trener. Powiedziałem, że nie zgodzę się na coś takiego. Wiedziałem, że mnie żaden agent nie wciśnie kitu o jakimkolwiek zawodniku, znałem się na tym. Na tyle, że do Allianzu zaczęły przychodzić skargi i donosy agentów na mnie (uśmiech): "Tak wielki klub, jak Górnik, musi mieć innego prezesa, bo z tym się nie można dogadać" (uśmiech). Niektórzy agenci przyjeżdżali z własnymi prawnikami. Jeden miał czelność sugerować, że jeśli się nie dogadamy, to sprawa odbędzie się inaczej, bo mieszkają na tym samym osiedlu, co jeden z szefów Allianzu... Pusty śmiech mnie ogarniał, nic sobie nie robiłem z tego rodzaju "gróźb". Nawet kawy u mnie nie skończyli.
Byłem w Warszawie i usłyszałem, że mam sto procent poparcia dla planu trzyletniego. Potem do akcji włączył się jednak bardzo znany i wyjątkowo wpływowy polityk, który miał dobre relacje z szefami Allianzu. Chciał, żeby przyśpieszyć mocarstwowe plany, Mieliśmy dostać więcej pieniędzy i robić transfery. Nie mieliśmy oczywiście sprzedawać nikogo, a akurat dostaliśmy dobrą ofertę od Cracovii za Jarkę, na milion euro. Jednak go nie puściliśmy, Allianz nie chciał.
Zastanowiłem się... Uznałem, że jeśli mam być malowanym prezesem, czyli takim, który nie ma wpływu choćby na transfery - to nie chcę. Za transfery miałem nie odpowiadać, a za wyniki, które są pochodną tych transferów, już tak? Nie ma mowy! Nie chciałem firmować tego rodzaju mechanizmu. Zrezygnowałem. Allianz próbował mnie odwieźć od tej decyzji, ale zdania już nie zmieniłem. Do dziś mamy kontakt i dobre relacje, ale do dziś uznaję tamtą decyzję za słuszną. Mój pomysł na klub się wyczerpał.
Zgodziłem się, żeby mój następca w roli prezesa do mnie w razie potrzeby dzwonił i konsultował decyzje. Jednocześnie ostrzegałem wtedy Allianz, że szybkie wydawanie dużych pieniędzy i skupowanie piłkarzy niemalże na bazarze niczym dobrym się nie skończy, że to nie jest dobra droga. Łatwo popełnić błąd, naciągając przy tym właściciela. Nie mam satysfakcji, że miałem rację. Niestety: zdarzały się niedługo potem przypadki kupna piłkarza, za - razem z prowizjami - 2,5 mln zł, który nic nie pokazał, a potem oddania go za darmo. Ja za połowę tej kwoty sprowadziłem Hajtę i Marciniaka z ŁKS-u. Odradzałem więc ten ruch, ale w Górniku mnie nie posłuchali. Szybko okazało się, że to były pieniądze wyrzucone w błoto. Podobnie było z innym zawodnikiem, o którym wiedziałem, że co pół roku jest kontuzjowany. Nie miało sensu go ściągać, ale usłyszałem, że nowy trener bardzo go chce... Zasugerowałem więc podpisanie półrocznego kontraktu z możliwością przedłużenia. Po to, żeby sprawdzić go przez te pół toku, co może klubowi dać. Ale dwa dni później usłyszałem, że kontrakt będzie trzyipółletni, bo gdy zacznie grać, to nam go podbiorą. Ręce mi opadły... Ten piłkarz zarabiał mnóstwo, nie pokazał nic i skończył w rezerwach.
A niedługo później Górnik spadł z ekstraklasy...
- Prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik żałowała, że odszedłem. Była bardzo za mną, bo widziała, że znam się na rzeczy. Kiedy mnie potem spotykała, nie miała wątpliwości. "Niepotrzebnie uniosłeś się ambicją. Miałeś w Górniku zostać. Stadion byłby może gotowy wcześniej, a Górnik grałby w Lidze Mistrzów" - mówiła po latach. Dlaczego o tym mówię? Żeby niektórym uzmysłowić w jak krytycznym stanie był Górnik, kiedy przychodziłem. Czuję smutek, kiedy myślę o tamtych latach... Wszystko mogło potoczyć się inaczej, tymczasem popełniono mnóstwo błędów. W pierwszym sezonie po moim odejściu Górnik zajął w ekstraklasie 15. miejsce i niestety spadł. Szczegółów i okoliczności tego spadku już dokładnie nie znam, bo nie było mnie w klubie.
W każdym razie mam nadzieję, że obecnemu klubowi pod wodzą Lukasa Podolskiego będzie się układać. Widzę, że Lukas jest niezwykle rozsądny jeśli chodzi o wydatki na transfery. Jedno jest pewne: na numery ze sprowadzaniem słabych piłkarzy za wielkie pieniądze nie ma już w Zabrzu szans. I bardzo dobrze! Cieszę się również, że w klubie nadal pracuje Michal Gasparik, że dogadują się z Lukasem. To doskonały fachowiec - taki, który jest w stanie sprawiać, że drużyna jest coraz silniejsza.
Rozmawiał Paweł Czado
Ryszard Szuster
Prezes Górnika Zabrze w latach 2007-08. Politolog, dziennikarz (m.in. „Sportu ” , „Przeglądu Sportowego” i TVP Katowice), wykładowca akademicki, licencjonowany menedżer piłkarski. Sprowadził do Polski Emmanuela Olisadebe. Były rzecznik prasowy Śląskiego Związku Piłki Nożnej, były wiceprezes Polskiego Związku Szermierczego, były przewodniczący Komisji Marketingu PKOl, były doradca zarządu GKS-u Katowice (jego ojciec był tam kierownikiem sekcji) i były wiceprezes GKS-u Tychy.
