Sukces introwertyczki zrodzony w bólach
Maria Żodzik, choć poobijana, potwierdziła przynależność do globalnej czołówki w żeńskim skoku wzwyż – w odstępie 11 miesięcy zdobyła medale mistrzostw świata i Europy. A jeszcze rok temu nie chcieli jej na Diamentowej Lidze w Chorzowie...
Wyjeżdżam z Birmingham z medalem, ale przede wszystkim z satysfakcją z tego, co robię – podkreślała Maria Żodzik. Fot. Michał Laudy/PressFocus
Niespełna rok temu, podczas globalnego czempionatu we wrześniu w Tokio, obroniła honor polskiej królowej, zdobywając jedyny medal dla Biało-czerwonych i tytuł wicemistrzyni świata. Maria Żodzik w deszczowym konkursie uległa tylko Australijce Nicoli Olyslagers, ale z takim samym wynikiem. Na dodatek na Stadionie Olimpijskim w stolicy Japonii wskoczyła zarazem do „klubu dwumetrówek”, co samo w sobie jest nobilitacją.
Tym samym zagrała na nosie organizatorom polskiego etapu Diamentowej Ligi, którzy uznali, że nie zasługuje na miejsce w rozgrywanym wówczas dzień przed głównym mityngiem konkursie na katowickim Rynku, choć zapraszali ją gospodarze cyklu w innych miejscach na świecie.
Szczęście i duma
Jedenaście miesięcy później podopieczna trenera Pawła Wyszyńskiego potwierdziła klasę na najważniejszej imprezie sezonu – choć na halowych mistrzostwach świata w Toruniu była dopiero piąta, to z mistrzostw Europy w Birmingham znów wróciła ze srebrem. Tym razem w rozgrywanym w zimnie konkursie do medalu wystarczył wynik 1,95 m, a lepsza od 29-letniej reprezentantki Polski była tylko rekordzistka świata Ukrainka Jarosława Mahuczich, która trzeci raz z rzędu została mistrzynią Europy.
- Czułam na podium szczęście i dumę z tego, gdzie jestem. Wyjeżdżam z Birmingham z medalem, ale przede wszystkim z satysfakcją z tego, co robię. Lubię wyzwania, konkurencję, trudne warunki. Póki co nie mam szafeczki na medale, ale kto wie, może będzie. Medal jest duży, fajny, bardzo ładny – uśmiechała się nieśmiało urodzona w Baranowiczach Żodzik.
Kiedyś reprezentowała Białoruś, w Polsce mieszka od kilku lat i w naszych barwach zadebiutowała na igrzyskach w Paryżu, ale wtedy się „spaliła” i nie awansowała do finału.
Upadek, kryzys, nerwy...
Po dwóch latach ma już na koncie dwa medale, a ten z Birmingham jest wyjątkowy, bo rodził się w bólach – dosłownie. Na trzy tygodnie przed ME Żodzik zaliczyła fatalny upadek na zeskoku podczas mityngu DL w Londynie. Miała potrzaskany łokieć, bolała ją szyja. A już w Birmingham dzień przed eliminacjami dopadł ją totalny kryzys i powiedziała trenerowi Pawłowi Wyszyńskiemu, że skakać nie będzie... - Płakałam chyba całą godzinę na treningu, że nie chcę startować, że wszystko mnie boli. Ale Paweł umie tym zarządzać. Dobry z niego psycholog - zwierzała się wicemistrzyni Europy.
Szkoleniowiec zdradził, że po upadku na treningach pracowali nad wszystkim - poza skakaniem. - Pierwsze skoki po dłuższej przerwie Maria oddała dopiero w Birmingham. Troszkę nerwów mnie ten finał kosztował... – wyznał Wyszyński.
Następnego dnia podopieczna zmieniła zdanie. - Dużo pracowaliśmy i musiałam to zrobić, bo jak to tak, odpuścić najważniejszy start? Trzeba było walczyć – mówiła po udanych eliminacjach. - Te skoki dały mi sporo pewności po urazie - dodała.
Ważny, bo dla Polski
Wyszyński przyznał, że nie wartościuje srebra z Birmingham i srebra z MŚ w Tokio. - Z mojej perspektywy każdy medal smakuje tak samo, bo jest dla Polski. Na takich zawodach nie liczą się wyniki, ale medale właśnie - stwierdził Wyszyński. - Bo dla każdego sportowca jest on zwieńczeniem miesięcy ciężkiej pracy i bodźcem do kolejnych, motorem napędowym.
Po sukcesie w Tokio rozpoznawalność Żodzik znacząco nie wzrosła, bo nie jest postacią pławiącą się w blasku fleszy, ale cieszą ją zaproszenia na największe mityngi.
- Jestem introwertyczką, więc na rozpoznawalności mi nie zależy, ale lubię rywalizować z najlepszymi. Dużo rzeczy w swoich skokach mam do poprawy. Zwłaszcza technicznych, ale i siłowych, biegowych. W szybkości też są rezerwy. W siłowni jestem słabiutka, ale mam nadzieję, że jeszcze dołożę tam kilogramów – przyznała.
- Rezerwy Maria na pewno ma w technice, ona jest nadal do ustawienia. Sporo jest do zrobienia także motorycznie. Zastanawiające jest też, czemu Maria zaczęła finał od dwóch zrzutek na 1,83. To jest do analizy. Trzeba było szybko ostudzić emocje i znaleźć błędy, przyczynę - wspominał szkoleniowiec początek finału.
Świętowania koniec
Dziś trudno już sobie wyobrazić największe wydarzenie lekkoatletycznego sezonu w naszym kraju bez pochodzącej z Białorusi lekkoatletki, która będzie jedną z gwiazd niedzielnego Memoriału Kamili Skolimowskiej na Stadionie Śląskim.
- Zawsze marzyłam o takich sukcesach jak te w tym i poprzednim sezonie. Nie wiedziałam, czy tak będzie, ale marzyłam o tym. Czuję się bardzo zmęczona, ale jest kilka dni na odpoczynek, więc mam nadzieję jeszcze na jakiś dobry wynik w tym sezonie – wyznała Maria Żodzik.
- Czas na świętowanie już minął, przed nami kolejne starty na mityngach Diamentowej Ligi - realistycznie zapowiedział Wyszyński.
(ToM, PAP)
