Spleśniały pudding
Dlaczego Anglia przegrała półfinał mistrzostw świata z Argentyną?
Czy Thomas Tuchel kieruje się właśnie w stronę wyjścia? Nie można wykluczyć, bo Anglicy chcą jego głowy. Fot. Fotoarena/SIPA USA / Press Focus
1. Oddanie inicjatywy
Przez dobrą godzinę w tym meczu piłkarskiego „mięsa” było niewiele więcej niż w wegańskiej kiełbasie. Anglicy prezentowali jednak minimalnie wyższą kulturę gry i tak akurat wyszło, że to oni objęli prowadzenie. Oczywiście Brytyjczycy nie pokazywali za dużo konkretów, tak samo zresztą jak ich rywale, więc gol na 1:0 spadł im jak manna z nieba. Trzeba było wtedy utrzymać boiskowy status quo, odpychać Albicelestes tak, jak do tej pory. Całkiem nieźle – choć nie idealnie – szło Anglikom hamowanie Lionela Messiego. Środkowy pomocnik Elliot Anderson jest bezapelacyjnym królem MŚ 2026, jeśli chodzi o wygrane pojedynki; ma ich 55, ponad dwa razy więcej niż kolejny zawodnik. Ale... co z tego, skoro od momentu bramki Anthony'ego Gordona w 55 minucie, wyspiarze wykonali tylko 72 podania (wcześniej ponad 250)! Celność? Fatalna, 66 procent, a co trzecie z tych podań było długie (tzw. laga na Harry'ego). Jak podała firma Opta, przez czas, gdy na tablicy wyników było 1:0, Anglia miała posiadanie piłki na poziomie... 12 procent!!! No ale trener Thomas Tuchel powiedział, że „rozegraliśmy jeden z najlepszych meczów”, więc...
2. Fatalne zmiany
Tak skrajne oddanie inicjatywy to woda na młyn dla goniącego rezultat przeciwnika, ale od czego jest trener? Widząc taki, a nie inny obraz meczu, mając takich, a nie innych (tj. znakomitych) piłkarzy, Thomas Tuchel powinien zrobić wszystko, aby włożyć Argentyńczykom kij w szprychy – a potem kolejny i kolejny. Tymczasem... on nie dość, że wsadził ich na rower, to jeszcze popchnął z górki. Niemiecki pragmatyzm – jakże typowo tuchelowski w meczach play off – którym Brytyjczycy przepchnęli się do półfinału, został skarcony na własne życzenie. Tuchel dokonywał zmian wręcz absurdalnych. Najpierw obrońcą zastąpił skrzydłowego. Potem wprowadził dwóch kolejnych obrońców za obrońcę (kontuzja Reece'a Jamesa) i pomocnika. Anglia, prowadząc 1:0, zmieniła liczbę defensorów z czterech na sześciu! Dopiero w doliczonym czasie, gdy Argentyna wyszła na prowadzenie, Tuchel wrzucił na kilkadziesiąt sekund dwóch napastników. W 82 minucie wprowadził dwumetrowego stopera Duna Burna, który zanotował... trzy kontakty z piłką – wszystkie na połowie rywala. A Argentyna na 2:1 strzeliła główką. Gdy trener wprowadza na boisko tylu obrońców, ludzi mających pracować we własnej „szesnastce” – nie może dziwić, że zespół podświadomie do tej „szesnastki” się cofa. Traci kontrolę nad piłką, nad środkiem pola; traci narzędzia do rozprowadzenia kontry i złapania oddechu na połowie rywala. Sygnał podświadomości był jasny: „Boże, chroń króla i Jordana Pickforda”. Nie uchronił.
3. Bezproduktywny Kane
Przykład podobny, ale różny zarazem od Kyliana Mbappe. Zarówno napastnik francuski, jak i angielski nie zdziałali niemal nic w meczach półfinałowych, choć inaczej wyglądała nieco kwestia ich aktywności i charakterystyki. Kapitan Synów Albionu szuka bowiem piłki na całym boisku, nieraz schodzi... pomiędzy swoich obrońców, ale przeciwko Argentynie nic to nie dało – kontaktów z piłką miał ledwie 26 (Mbappe 37, jeśli kogoś to zainteresuje), choć przebiegł ponad 10 kilometrów (1,5 więcej niż Francuz). Oddał tylko jeden zablokowany strzał i wykonał tylko 14 podań, z których ledwie dziewięć (!) było dokładnych. To był zamknięty mecz, jasne, ale ruchliwość Harry'ego Kane'a w takich sytuacjach zawsze dawała mu dodatkowe atuty, opcje, pomysły, rozwiązania. Z Argentyną... napastnik nie zdziałał nic, choć na pewno nie pomogły mu w tym kwestie wymienione w dwóch wcześniejszych punktach. Ale i tak – od gracza takiej klasy, który nie jest tylko kwadratową głową do nabijania przez skrzydłowych, należy oczekiwać błysku. Tu była bladość – i to bynajmniej nie dlatego, że brytyjska cera do najciemniejszych nie należy.
Piotr Tubacki
