Sam Hiddink mnie tu chciał!
Czesława Jakołcewicza opowieść o „Fenerze” sprzed 35 lat.
Guus Hiddink zawsze mocno przeżywa mecze swych drużyn. W Fenerbahce było podobnie. Andrew Cowie / Colorsport / PRESSFOCUS
Jeszcze całkiem niedawno zerkaliśmy z uwagą na Fenerbahce – pod okiem Jose Mourinho biegał tam przecież po murawie Sebastian Szymański. Ale ponad trzy dekady temu pierwszym Polakiem w tej ekipie był Czesław Jakołcewicz. I barwnie nam o tym etapie swej kariery opowiadał.
Tym bardziej, że debiutować w barwach drużyny przyszło mu w wielkich derbach z Galatasarayem! Mało tego; to właśnie on – kompletnie niezaznajomiony z szatnią – wziął na siebie w owym debiucie odpowiedzialność egzekwowania rzutu karnego! - Nikt z moich nowych kolegów nie chciał podejść co piłki! Widać mieli w głowach niedawny „wjazd” kibiców na trening – wspominał Jakołcewicz. - Miałem świadomość – bo pokazywano mi miejscowe gazety ze zdjęciami i opisem wydarzeń - że krótko przed moim przyjazdem fani „Feneru” wpadli na zajęcia drużyny w ośrodku treningowym na „rozmowy motywacyjne”. Fenerbahce nie było wtedy w najlepszej formie, pozycja w tabeli daleka była od oczekiwań fanów. Nawet się zastanawiałem, czy w ogóle wyjeżdżać. No ale skoro sam Guus Hiddink mnie chciał, trudno było odmówić – mówił w rozmowie ze „Sportem”, wspominając własne rozterki z pierwszej połowy lat 90.
Kiedy arbiter podyktował wspomnianą „jedenastkę”, były kapitan Lecha – widząc niepewność wśród partnerów - podjął rękawicę. - Co prawda nie brałem pod uwagę takiego scenariusza, a przed meczem nie było żadnych ustaleń, ale w kończącej się właśnie rundzie jesiennej w polskiej lidze strzelałem wszystkie karne dla Kolejorza. Więc nie była to dla mnie nowość. No, może pomijając wspomniane fatalne warunki atmosferyczne. Bo na tym 11. metrze piłka po prostu stała w wielkiej kałuży. Uderzyłem ją dobrze i mocno, ale tak naprawdę zobaczyłem efekt tego strzału dopiero w momencie, kiedy wpadła do siatki i strąciła z niej całą wodę. Bo wcześniej miałem przed sobą tylko ścianę deszczu! - uśmiecha się Jakołcewicz.
Spotkanie jego zespół ostatecznie przegrał 1:2. W tamtych czasach jednak zagraniczni gracze traktowani byli jeszcze jak gwiazdy; niezależnie od kraju pochodzenia i statusu piłkarskiego. Nie inaczej było z Polakiem. - Dostałem mieszkanie w azjatyckiej części Stambułu, w dzielnicy Kadikoy, gdzie mieszkali wyłącznie fani Fenerbahce. Szybko stałem się rozpoznawalny, więc efekt był taki, że kiedy wychodziłem z córką na spacer, zazwyczaj po 200 metrach… zawracałem do domu, bo trudno się było opędzić od zainteresowania kibiców, próśb o autograf, zagadywań itp. Nigdzie indziej na świecie nie spotkałem się z takim fanatyzmem i takimi kibicami – przyznawał reprezentacyjny stoper w pogaduchach z naszym dziennikiem. - Natomiast dopiero poczułem, że jestem profesjonalnym piłkarzem. Na wyjazdy dostawaliśmy dodatkowe kieszonkowe! Mieszkaliśmy w najlepszych hotelach, garnitury dostarczano nam z najlepszych sklepów, lataliśmy samolotem na mecze ligowe – to wszystko robiło na mnie ogromne wrażenie. U progu lat 90. w Polsce postrzegano turecką piłkę jako ubogiego krewnego, ale o tego typu rzeczach mogliśmy u nas tylko pomarzyć – kończył wtedy Czesław Jakołcewicz.
Dziś mamy do czynienia z zupełnie odmiennymi proporcjami. Ale może Górnik zada tej tezie kłam?
Dariusz Leśnikowski
Czesław Jakołcewicz. Fot. Jakub Kaczmarczyk / Press Focus
