Salonowcy na glinianych nogach

Prokurator, bankructwo i rewolucja. Jak polski basket ośmiesza się w Europie.

W Polkowicach basket runął niespodziewanie. Fot. Facebook/KGHM BC Polkowice

RZUT ZZA BOISKA

Podziwiam szefów FIBA za cierpliwość. Pewnie nie ona jest tu decydująca – kluczowe są zapewne wieloletnie kontakty naszych działaczy, wypracowany przez dekady wizerunek i dyplomatyczne uściski dłoni w kuluarach międzynarodowej federacji. Ale mimo wszystko: trzeba mieć iście anielską cierpliwość, by co roku z kamienną twarzą patrzeć na to, co kolejni mistrzowie Polski wyprawiają z ekskluzywnymi przepustkami do żeńskiej Euroligi. Bo przypomnijmy tylko trzy ostatnie sezony. Trzy lata i trzy różne historie, które łączy jedno – spektakularny wizerunkowy zjazd na europejskiej arenie.

Zaczęło się przed dwoma sezonami. W styczniu 2025 roku KGHM BC Polkowice oficjalnie wycofał się z rozgrywek Euroligi w trakcie ich trwania. Wtedy opinii publicznej rzucono na żer najprostsze tłumaczenie: kryzys finansowy po wycofaniu się gminy.

Prawda była jednak znacznie bardziej bolesna i skomplikowana. To nie był zwykły brak gotówki – to była katastrofa organizacyjno-prawna i modelowy przykład budowania sportowego giganta na glinianych nogach. Kiedy do klubu weszła prokuratura, badająca nieprawidłowości w zarządzaniu, cała misterna konstrukcja runęła w mgnieniu oka. Zawodniczki i sztab uciekali w popłochu, a polski basket zapisał jedną z najczarniejszych kart w historii swoich pucharowych występów. Europa przecierała oczy ze zdumienia, że w profesjonalnych rozgrywkach można ot tak, w środku zimy, zgasić światło i zamknąć halę.

Rok później na europejskie salony wkroczyło VBW Gdynia. Efekt sportowy? Komplet sześciu porażek w fazie grupowej i błyskawiczne pożegnanie z rozgrywkami. Przypadek Gdyni to klasyczny, bolesny symptom polskiego mecenatu sportowego. Przez lata klub unosił się na barkach jednego, wiernego sponsora, który rok w rok wkładał prywatne pieniądze, ratując honor pomorskiego basketu. W końcu jednak i on nie wytrzymał tego ciężaru w pojedynkę. Bez systemowego wsparcia z innych źródeł, bez partnerskiego podziału kosztów, pasjonat powiedział „pas”. Skutek? Gdynianki nie tylko pożegnały się z Europą, ale po sezonie całkowicie wycofały się z rozgrywek krajowej ekstraklasy. Kolejny wielki ośrodek zniknął z mapy na własne życzenie.

I wreszcie dochodzimy do teraźniejszości. Do Euroligi zgłasza się AZS UMCS Lublin. Czy są tam problemy finansowe jak w Gdyni? Nie. Czy do drzwi puka prokurator jak w Polkowicach? Też nie. W Lublinie mamy do czynienia z trzecim grzechem głównym naszego sportu: brakiem jakiejkolwiek ciągłości, stabilności i wizji.

W przededniu losowania grup Euroligi w klubie dochodzi do trzęsienia ziemi. Nowe władze wprowadzają własne priorytety. Lekką ręką odprawia się trenera Karola Kowalewskiego – człowieka, który ten zespół ukształtował i doprowadził do sukcesów. Wcześniej rozsypuje się niemal cały mistrzowski skład. Na kilka tygodni przed startem najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie kibice w Lublinie zamiast ekscytacji czują lęk. Kim i o co my właściwie będziemy tam grać? Czy czeka nas kolejna euroligowa kompromitacja, pisana na życzenie ludzi, którzy postanowili urządzić w klubie personalne przemeblowanie w najmniej odpowiednim momencie?

Jesteśmy dla Europy partnerem podwyższonego ryzyka. Krajem, który dostaje elitarne zaproszenie na elegancki bankiet, a na miejscu potyka się o własne nogi, ściągając na ziemię obrus wraz z całą zastawą. Ciekawe, jak długo jeszcze szefowie w Monachium będą udawać, że to tylko „wypadki przy pracy”. Bo limit dyplomatycznej cierpliwości właśnie niebezpiecznie zbliża się do końca.

Piotr Płatek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się