Ruch? Oczy się zaświeciły

Rozmowa z Maxem Pawłowskim z Ruchu Chorzów, 19-letnim strzelcem jedynego gola w meczu z Lechią Gdańsk w 97 minucie

Tak wygląda człowiek „zbudowany” – Max Pawłowski, bohater Chorzowa i niebieskiej części Górnego Śląska! Fot. Marcin Bulanda/Press Focus

Czuje pan, że fruwa nad podłogą?

– Nie no, fruwać jeszcze nie fruwam (śmiech). Raczej prędko tak nie będzie. Na razie skupiam się na następnym meczu i na tym, żeby wtedy też pojawiły się trzy punkty. Na tym się koncentrujemy i nigdzie nie odlatujemy.

Ale przy golu pan pofrunął, uderzając w piłkę głową w – dosłownie – ostatniej akcji meczu. Jak by pan ocenił tę sytuację ze swojej perspektywy?

– Gdy widziałem, że dobiła 90 minuta; słyszałem, ile sędzia doliczył minut, to skupiłem się już tylko na tym, żeby kręcić się przy bramkarzu, w polu karnym i żeby piłka mnie znalazła. Chciałem zrobić to co właśnie zrobiłem.

O temacie napastników w Ruchu wypowiadał się sam trener Waldemar Fornalik. Jest pan, rok młodszy Seweryn Cieślak i doświadczony Daniel Szczepan. Jak się pan zapatruje na tę rywalizację?

– Rywalizacja wygląda dobrze. Na treningach cała nasza trójka nieźle się prezentuje. Cały czas jest ciasno, po prostu walczymy o miejsce w składzie i zobaczymy, kto najwięcej razy wyjdzie na „dziewiątce”.

A czuje pan, że może wygryźć Szczepana, ulubieńca trybun?

– Ja tylko robię swoje (uśmiech). Nie patrzę kto gra, a kto nie. Po prostu chcę grać i strzelać gole. Chcę dawać radość kibicom.

I ci kibice pewnie pana zapamiętają, bo trudno o lepszy debiut na Stadionie Śląskim.

– Mam taką nadzieję. Głęboko wierzę w to, że to była moja pierwsza bramka z wielu. Że kibice nie będą mnie pamiętać tylko z tego, że strzelił gola w debiucie w Kotle Czarownic, ale że strzelił ich paręnaście. Na tym się skupiam.

To co pan będzie robił, żeby nie osiąść o laurach?

– Oczywiście jeszcze cięższą pracę. Ja się nie zatrzymuję. Pracuję dalej i skupiam się, aby w kolejnych meczach dołożyć kolejne zdobycze.

Jest pan do Chorzowa wypożyczony z Rakowa. Mógłby zdradzić pan trochę kulis tego transferu?

– Mnie i mojemu środowisku zależało na tym, żebym grał. Uważamy, że aby się dobrze rozwijać, trzeba po prostu grać, ale nie cały czas na tym samym poziomie. Trzeba zawieszać poprzeczkę wyżej. Gdy osiągnie się pewien poziom, to naturalnym jest, że chce się iść gdzieś dalej. Razem z moimi agentami, z Rakowem – całą górą, trenerami – doszliśmy do wniosku, że skoro byłem w 2. lidze, to teraz czas na 1. ligę. Chcę tu grać, rozwijać się, strzelać. A co potem? Zobaczymy. Na razie skupiam się na tym, co tu i teraz.

Co Ruch panu obiecał, czym przekonał?

– Kurcze, przekonały mnie tutaj stadion, atmosfera... Nie było co do przekonywania, gdy Ruch wyraził zainteresowanie! Rozmawiałem z dyrektorem sportowym, został mi przedstawiony plan na mnie, cele na ten sezon. Oczy mi się po prostu zaświeciły. Wiem, że z takimi kibicami mogę się w końcu poczuć jak prawdziwy piłkarz. To już nie są przelewki. Ruch to wielki klub i to zaszczyt, że ktoś taki się do ciebie zgłasza i chce w swoich szeregach.

A jak to wyglądało ze strony Rakowa?

– Mam tam kontrakt na trzy lata i jestem zawodnikiem Rakowa wypożyczonym do Ruchu. Co będzie w przyszłości, to dopiero się okaże. Liczę, że gdy pokażę się tu z dobrej strony, to po sezonie mógłbym wrócić na okres przygotowawczy do Częstochowy, tam dobrze się zaprezentować i czemu nie powalczyć o miejsce w składzie w ekstraklasie?

Odczuł pan już presję grania dla wielkiej publiki? Bo po trzech meczach bez wygranej robiło się nerwowo i dopiero pana trafienie uspokoiło nastroje.

– Oczywiście, że czuć presję. Ale wielkie charaktery buduje się w trudnych momentach. Był taki moment, ale wszedłem, strzeliłem i czuję się zbudowany.

A tak na koniec... wygląda pan na bardzo pozytywnego człowieka; takiego, który mówi, co chce, może trochę szalonego...

– Staram się tak podchodzić do życia. Jestem po prostu szczęśliwy, że żyję. Jestem bardzo wdzięczny Bogu, że cały czas są przede mną wyzwania. Czuję, że są one bardzo ciężkie, ale są w moim zasięgu. Naprawdę jestem za to wdzięczny; że mogę się rozwijać, bo o to w życiu przecież chodzi.

Rozmawiał Piotr Tubacki


Ta pani w deszczu

Ruch był lepszy od Lechii, ale wykazywał się ogromną nieskutecznością. Mógł ograć rywala 3-4 golami, lecz nic nie wpadało, a świetnie bronił Szymon Weirauch. Trener Waldemar Fornalik miał już przygotowaną puentę na kolejną pomeczową konferencję bez zwycięstwa, a z mnóstwem zmarnowanych okazji. – Miałem swoją teorię. Gdybyśmy zremisowali, chciałem powiedzieć... może lepiej nie mówić (uśmiech).... że idzie nam jak tej pani w deszczu.


Ruch Chorzów – Lechia Gdańsk 1:0 (0:0)

1:0 – Pawłowski, 90+7 min (głową)

RUCH: Wrąbel – Wójcik, Leśniak-Paduch, Lukić, del Moral – Szymański, Rosół (78. Kristan) – Laskowski (85. Rostek), Nagamatsu (66. Cieślak), Szwedzik – Szczepan (78. Pawłowski). Trener Waldemar FORNALIK.

LECHIA: Weirauch – Kopasek (38. Szach), Madej, Ziółkowski, Małow – Mena, Neugebauer, Wójtowicz, Bambecki (90. Szczerbiński) – Adkonis – Głogowski (75. Sonko). Trener Władysław ŁUPASZKO.

Sędziował Mariusz Myszka (Stalowa Wola). Widzów 11 252. Żółte kartki: Leśniak-Paduch, Szymański – Głogowski

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się