Rekordowy wyskok
Rozgrywający Arki zaczął piłkarski marsz od pokonania Łukasza Piszczka.
Tak wysoko wyskoczył Filip Waluś po swojej pierwszej bramce dla Arki, z którą chce wypłynąć na głębokie piłkarskie wody. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
Filip Waluś ma 21 lat, ale mimo młodego wieku wyrasta na lidera Arki Gdynia. Tych, którzy śledzą jego karierę to jednak nie dziwi, bo już 5 lat temu w swoim pierwszym występie w wyjściowej jedenastce Rekordu Bielsko-Biała – było to 16 października 2021 – stanął bowiem twarzą w twarz z Łukaszem Piszczkiem. Mierzący wówczas 164 centymetry junior młodszy zupełnie wyłączył z gry o głowę wyższego 66-krotnego reprezentanta Polski i piłkarza, który jeszcze 5 miesięcy wcześniej grał w Bundeslidze, a 10 miesięcy wcześniej pożegnał się z Ligą Mistrzów, strzelając gola.
- Było to coś pięknego – wspomina obecny pomocnik Arki. – Debiut w pierwszym składzie i to jeszcze przeciwko legendzie polskiej piłki to dla 16-latka było wielkie wydarzenie. Wygraliśmy 2:0, a ja zagrałem dobry mecz i to był przełom i początek mojej drogi w górę. Z tamtego okresu pamiętam też rok później niesamowity mecz w Pucharze Polski z Pogonią Szczecin. Kilka dni po mojej pierwszej seniorskiej bramce w meczu z Gwarkiem Tarnowskie Góry, jako III-ligowiec gościliśmy na naszym boisku czołowy polski zespół i uczestnika europejskich pucharów. Takie mecze pamięta się do końca życia, bo po golach Tomka Nowaka i Szczepana Muchy prowadziliśmy 2:0, ale Luka Zahović w końcówce doprowadził do wyrównania. Nawet strzelił szybko gola w dogrywce. Doprowadziliśmy jednak do remisu po strzale Seweryna Caputy, a w karnych przegraliśmy 11:12. Ja jedenastkę wykorzystałem, ale w 14. serii Sidy Camara nie pokonał bramkarza Pogoni i Rafał Kurzawa zapewnił awans Szczecinianom.
Z piłkarskim charakterem
Nic dziwnego, że takim występami junior z Rekordu zwrócił na siebie uwagę łowców talentów. Większość widziała w nim utalentowanego młodzieżowca, ale ci, którzy znali go bliżej wiedzieli, że urodzony w Żywcu chłopak to człowiek z piłkarskim charakterem.
- Z Żywcem jedyne co mnie łączy, to miejsce urodzenia – mówi gdyński rozgrywający. – Rodzice pochodzą z Międzybrodzia Bialskiego i tam spędziłem dzieciństwo, a tata woził mnie stamtąd na treningi do Tychów. Tamtejsza Siódemka była moim pierwszym klubem, a moim pierwszym trenerem był Damian Tauliczek. Tak wyglądało moich pierwszych siedem-osiem piłkarskich lat. Następnie na pół roku trafiłem do Rozwoju Katowice, ale zaczęła się pandemia. Wtedy już przeprowadziliśmy się do Kęt, gdzie do dzisiaj mieszkają moi rodzice, a ja zacząłem się rozglądać za klubem bliżej domu. Powiem szczerze, że na początku bardzo nie chciałem iść do Rekordu, bo wydawało mi się, że to jest krok w tył, ale finalnie okazało się, że to był bardzo dobry wybór.
Wstawał o piątej rano
Słowa „bliżej domu” brzmią bardzo ciepło, ale 15-letni Filip Waluś musiał wykazać się wielką determinacją i samozaparciem. - Przez pierwsze dwa lata wstawałem o piątej rano, jechałem autobusem do Bielska i przesiadałem się do następnego autobusu, żeby dotrzeć do szkoły w Cygańskim Lesie – wylicza piłkarz Arki. – Lekcje były do godziny 16, a po nich wychodziłem na trening z pierwszym zespołem i do domu wracałem w nocy, bo o 22.30 był ostatni autobus do Kęt. To było bardzo wyczerpujące, co zauważył ówczesny trener Dariusz Mrózek – obecnie asystent Rafała Góraka w GKS-ie Katowice – i zalecił mi przeprowadzkę do internatu. Wtedy już na dobre mogłem skoncentrować się na grze.
W Warcie pod prąd
Pomocnika z trzecioligowego Rekordu, który właśnie wywalczył awans do 2. ligi, zauważyli łowcy talentów z bardziej znanych klubów. Pojawiło się kilka ofert, ale najbardziej konkretni okazali się włodarze Warty Poznań, która wówczas grała w ekstraklasie.
- To było na początku 2024 roku – przypomina Filip Waluś. – Podpisywałem wtedy kontrakt z Wartą, która w momencie finalizowania umowy była na 11-12. miejscu w tabeli ekstraklasy i nikt nie mówił o możliwości spadku. Wybrałem ten klub, mając nadzieję, że to jest moja szansa na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale niefortunnie skończyło się degradacją. A później była karuzela z trenerami. U jednego grałem. Gdy przyszedł drugi nie grałem, a gdy zacząłem wchodzić, przyszedł trzeci i znowu nie grałem. Ostatecznie spadliśmy po karnym w ostatnich sekundach sezonu, a ja z bramkami, które strzeliłem na finiszu tego nieudanego dla klubu sezonu, znalazłem się w sferze zainteresowania Ruchu Chorzów. Nie udało się jednak odejść z Poznania i zostałem w II lidze. Okazałem się jedną z kluczowych postaci zespołu, który „rzutem na taśmę”, czyli golem w ostatnich sekundach ostatniej kolejki wywalczył awans. A ponieważ mnie po sezonie kończył się kontrakt, więc spośród wielu ofert na wakacjach podjąłem decyzję o przeprowadzce do Gdyni. Arka z dobrym trenerem i ciekawym pomysłem na grę wydawała mi się najsensowniejszym wyborem, bo w tym stylu proponowanym przez Marka Jarolima – wydawało mi się – dobrze się będę czuł.
Pierwsza bramka
W porównaniu z chłopcem, który debiutował w seniorach, obecny 21-latek ma nie tylko 6 centymetrów wzrostu więcej. Przede wszystkim ma także piłkarskie atuty, dzięki którym może pełnić rolę motoru napędowego gdyńskiego zespołu.
- Na początku byłem w Arce szykowany do gry w roli skrzydłowego. Natomiast ja w tym systemie lepiej się czuję na środku i powiedziałem o tym trenerowi. On też to zauważył i jestem teraz ofensywnym pomocnikiem, ale potrafię też zagrać na innych pozycjach od skrzydła, przez ósemkę po szóstkę. Nie będę wybrzydzał, tym bardziej że w drużynie, w której wcześniej z czasów Warty znałem Jędrka Grobelnego i kierownika Tomka Plaskatego, bardzo szybko się zaaklimatyzowałem. Podoba mi się też klub z wielką tradycją i z kibicami. Nie byłem jeszcze w tak wielkim klubie. No i samo miasto jest piękne, więc cieszę się, że tu jestem, że tu gram i że w meczu z Puszczą, pieczętując zwycięstwo drużyny, bo to jest najważniejsze, zdobyłem w poniedziałek swoją pierwszą bramkę dla Arki, przy tylu kibicach i na takim stadionie. Radość była tak wielka, że wyskokiem po strzeleniu gola pobiłem chyba swój rekord wysokości! Ale cieszyłem się też z całej tej akcji i mam nadzieję, że razem z drużyną będę sięgał jak najwyżej.
Jerzy Dusik
