Proroctwo Brygady
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
W czwartek z pompą otwierano – a raczej prezentowano medialnie – nowe Centrum VAR. Do tej pory system obsługiwany był z VARowozów, przemierzających w ciągu weekendu ligowego setki kilometrów po Polsce; wymagało to także „wypraw krajoznawczych” w wykonaniu duetu arbitrów obsługujących dane spotkanie przed monitorami.
Teraz ma być łatwiej – wszystkie szlaki prowadzić będą do centrali, na czwartym piętrze Bitwy Warszawskiej 1920 w stolicy, więc pewnie nic nie stanie na przeszkodzie, by konkretnej „załodze” VAR-owej w jednej kolejce przydzielono dwa-trzy mecze. Ma być bardziej profesjonalnie – zdarzały się przecież sytuacje, w których połączenie na linii arbiter główny – VARowóz szwankowało. Obecnie sygnał spływać będzie do Warszawy. Ryzyko awarii do minimum ograniczone ma zostać dzięki odpowiedniemu zapleczu technologicznemu. W jego skład – odwołujemy się do oficjalnego komunikatu - wchodzi: „serwerownia oraz archiwum w Łazach, 12 stacji roboczych VAR, 15 serwerów VAR, podwójne, bezpośrednie trasy światłowodowe do stadionu każdego z 18 klubów ekstraklasy, 30 dotykowych monitorów, 2 km kabli i jeden Media Room”.
Na pewno będzie też bardziej wygodniej, by nie rzec: klimatycznie, dla samych sędziów. Pracować będą „w komfortowych warunkach, w klimatyzowanych salach” - podkreślono w oficjalnym komunikacie podczas medialnego briefingu, w humorystycznym tonie dodając, że jednym z istotniejszym elementów wyposażenia Centrum VAR będzie „ekspres do kawy”. Pozostając przez moment w przekornym tonie, nie sposób nie zacytować tekstu kultowej już – i proroczej niemal w VAR-owym kontekście - „Centrali” (rok 1982) z repertuaru Brygady Kryzys: „Czekamy na sygnał z centrali. Wszyscy na jednej fali. Centrala nas ocali. Ufamy, ufamy...”.
Żarty na bok. Jedno jest pewne: kilometry kabli, super-hiper kamery i monitory o wysokiej rozdzielczości nie wyeliminują wątpliwości, kontrowersji i dyskusji dotyczących sędziowskich werdyktów. Dlaczego? Bo zawsze człowiek stać będzie za finalną decyzją. Oczywiście dzięki VAR-owi rozjemca i jego wideoasystenci otrzymują możliwość spojrzenia na daną sytuację z różnych kątów i perspektyw, ale ostateczny werdykt i tak będzie kwestią INTERPRETACJI. A ta – wiemy to i z ligowej przeszłości, i ze świeżych doświadczeń mundialowych – bywa krańcowo różna, choć przecież arbitrzy „operują” na tych samych Przepisach Gry i na tym samym materiale szkoleniowym. Ba; w trakcie wspomnianego mundialu doświadczyliśmy rozbieżności, jak naprawdę brzmią zapisy wspomnianych Przepisów Gry i co na ich podstawie może, a czego nie może sędzia i jego wideoasystent. Poszło o sytuację, gdy – po ingerencji VAR-u – rozjemca na boisku anulował pierwotną decyzję o napomnieniu kartką faulującego zawodnika, a ukarał nią symulanta za „padolino”. W rozmowie ze „Sportem” czynny arbiter, Piotr Lasyk, objaśniał prawidłowość takiego postępowania. Tymczasem ekspert TVP od spraw sędziowskich, Rafał Rostkowski, zdecydowanie podważał prawo VAR-u do interwencji i nazywał decyzję błędem.
Warto więc powtarzać, że choć VAR czyni futbol ciut bardziej sprawiedliwym, w wielu wypadkach zabiera prawdziwe boiskowe emocje kibicom i samym piłkarzom – to po pierwsze. Po drugie – nie jest wcale gwarancją jedynych słusznych werdyktów. O zabijaniu ducha gry dużym palcem u nogi wystającym poza linię spalonego już nie wspominam...
