Prezes ze sztandarem
Piątkowy mecz Cracovii z Wieczystą będzie wyjątkowym wydarzeniem dla Andrzeja Tureckiego - ikony Pasów i prezesa Żółto-czarnych.
Andrzej Turecki na stadionie Wieczystej. Fot. Małopolski Związek Piłki Nożnej
MAŁE DERBY KRAKOWA
W Wieczystej na hasło „prezes” wszyscy myślą o sponsorze Wojciechu Kwietniu. Formalnie stanowisko piastuje Andrzej Turecki, który nie lubi być na świeczniku.
W cieniu Wojciecha Kwietnia
Miejsce przy stoliku
Janusz Kozioł, były dziennikarz i wiceprezes Wisły, obecnie pełnomocnik prezydenta Krakowa, zna Tureckiego od lat. – Andrzej jest jednym z najuczciwszych ludzi, których poznałem w tym środowisku – mówi. Podkreśla, że Turecki jest niezwykle otwartą osobą, która w sporcie widzi potrzebę przyjaźni, a nie szukania i tworzenia konfliktów. – Jego uczciwość jest dla Kwietnia gwarantem rzetelnego wykonania powierzonych mu obowiązków – uważa Kozioł.
Przyjaźń ponad podziałami
Turecki był jednym z najbliższych przyjaciół nieżyjącego już Andrzeja Iwana. Kwiecień miał do niego słabość i zrobił z niego swojego doradcę. Sponsor Wieczystej liczył na fachową opinię i próbował wyszarpać „Ajwena” ze szponów uzależnienia. Dla Kozioła funkcja Tureckiego w Wieczystej nie jest zaskoczeniem. Domyśla się, że Iwan połączył Kwietnia z ikoną Cracovii, gdy w 2016 roku Turecki na stałe wrócił z USA. – Sponsor Wieczystej na pewno poznał go z tej samej, dobrej strony. Kiedy Andrzej widzi kogoś w potrzebie, to najczęściej pierwszy wyciąga rękę do pomocy – wskazuje Kozioł.
Z Cracovią przed dekady
Andrzej Turecki urodził się 2 listopada 1954 roku. Mieszkał z rodziną w Rynku Głównym w Krakowie, był ministrantem w Kościele Mariackim. Do Pasów trafił, gdy klub znajdował się na dnie – w lidze okręgowej. Z zespołem przeszedł drogę aż do ówczesnej 1. ligi. W 1982 roku jako kapitan pomógł wywalczyć awans, a po nim rozegrał w elicie 44 mecze.
Wkrótce po raz pierwszy wyleciał do Stanów Zjednoczonych, by dorobić na grze w rozgrywkach halowych. Na miejscu okazało się, że jest już za późno, nie ma wolnych kontraktów. Podjął pracę jako pomocnik kierowcy rozwożącego lodówki i po trzech dniach uległ wypadkowi. Na nogę piłkarza spadła wielka chłodnia. Wrócił do Krakowa w latach 90., prowadził sklep i pełnił liczne funkcje w Cracovii (kierownik drużyny, szef sekcji, menedżer), która była wówczas biedna jak mysz kościelna.
Po zwolnieniu w 1997 roku po raz drugi wybrał się za wielką wodę, zajmował się renowacją turbin i ponownie uległ wypadkowi. Krakowski klub działał na niego jak magnes, więc wracał na treningi noworoczne (jeden z nich prowadził jako sędzia), a w 2010 otwierał nowy stadion.
