Pomidorek, który dojrzał

Łukasz Fabiański czuje, że miał karierę spełnioną. Niewielu osiągnęło tyle, co on, choć nie da się nie odnieść wrażenia... że mogło być jeszcze lepiej!

57 meczów w kadrze, 376 w Premier League, 53 w ekstraklasie, a do tego liczne puchary i pucharki... „Fabian” będzie miał co opowiadać na starość! Fot. Rafał Oleksiewicz / Press Focus

W czasach, gdy dzieci idą na trening w wieku czterech lat, kariera Łukasza Fabiańskiego zdecydowanie się wyróżnia. Na pierwsze zajęcia udał się... dopiero jako 14-latek! Choć sympatyzował z koszykówką (kocha NBA) czy... tenisem stołowym (był mistrzem powiatu!), zdecydował się stanąć między słupkami.

Na piwko przez okno

„Fabian” urodził się w przygranicznym Kostrzynie nad Odrą, ale wychował w Słubicach. To właśnie w tamtejszej Polonii zaczął grać w piłkę w 1999 roku. Spod polsko-niemieckiej granicy szybko przeniósł się do Szamotuł, gdzie Młodzieżowa Szkoła Piłkarska była uznawana wówczas za najlepszą akademię w Wielkopolsce. Słynęła głównie ze szlifowania bramkarzy, za co odpowiadał Andrzej Dawidziuk, dziś trener golkiperów reprezentacji Polski. Z Szamotuł wypłynęli też m.in. Radosław Cierzniak czy Łukasz Załuska, uważany wtedy  za większy talent od Fabiańskiego. W MSP byli też m.in. Szymon Pawłowski, Jakub Wawrzyniak, Grzegorz Rasiak czy ciut później Jan Bednarek. „Fabian” natomiast kumplował się z rok starszym Pawłem Iwanickim, z którym jeździł na młodzieżowe zgrupowania reprezentacji. – W swoim drugim roku w Szamotułach chciałem już gdzieś wyskoczyć na piwko, zdarzało się wymykać. Ale nie przypominam sobie, by Łukasz uciekał z nami przez okno – wspominał po latach Iwanicki.

Chwila ekstrawagancji

– Od zawsze był profesjonalistą. W Mieszku Gniezno było kiepsko finansowo. Mieliśmy zapewnione spanie, jakieś obiady, ale pieniędzy z tego grania nie było. Ja kupowałem jakieś najtańsze jedzenie na kolację, a Łukasz podkreślał, że zdrowe odżywianie jest najważniejsze. Kupował lepsze soki, zwracał na to uwagę... Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek się z kimś pokłócił – stwierdził w Interii Iwanicki, z czym trudno się nie zgodzić. Fabiański przez całą karierę słynął przecież ze spokoju, kultury i powszechnej sympatii. Za młodu miał jednak... chwilę ekstrawagancji. – W tamtych czasach pasemka były modne wśród piłkarzy. Też je sobie robiliśmy, choć wychodziło... różnie – wspominał z uśmiechem blond czuprynę kolegi Iwanicki.

Fabiański zaliczył wypożyczenia do Lubuszanina Drezdenko, Sparty Brodnica, wspomnianego Mieszka, aż latem 2004 wziął go do siebie Lech Poznań. Tam spędził tylko pół roku, zagrał raz – w pucharowym meczu z Arką (4:1), co było jego debiutem we w pełni profesjonalnym futbolu. – Chciał być pierwszym bramkarzem, ale nie było na to szans – wspominał niegdyś ówczesny prezes Kolejorza Radosław Majchrzak. Wtedy mocną jedynką w zespole był Waldemar Piątek, jego zastępcą Krzysztof Kotorowski. – Przyszedł do nas i powiedział: chcę grać. Wtedy to był przeciętny bramkarz. Mieliśmy lepszych i dlatego od nas odszedł – skwitował Majchrzak, a bardziej obrazowo opisał to po latach Czesław Michniewicz, wtedy trener poznańskiej ekipy: – Nie było szans. Waldek był numerem jeden; bohaterem, który zdobył Puchar Polski. Łukasz był ciekawym pomidorkiem, ale wciąż jeszcze zielonym. A na targu zielonych się nie kupuje, skoro obok są dojrzałe.

Rok 2010 i mecz towarzyski Legii z Arsenalem. Fabiański oczywiście w barwach Kanonierów. Fot. Zofia Szuster / Press Focus

Złote Buty „Sportu”

Na niechęci Lecha skorzystała... Legia. Przez pierwsze pół roku Fabiański się przyglądał, ale gdy latem 2005 Artur Boruc odszedł do Celtiku, trener Jacek Zieliński postawił właśnie na niego. Debiut w ekstraklasie? Jak w Pucharze Polski – z Arką, tyle że 0:0. Spisywał się fenomenalnie, dzięki czemu w 30 meczach wpuścił tylko 17 goli, zachował aż 19 czystych kont, a Legia zdobyła mistrzostwo! „Fabian” wygrał zresztą miano najlepszego piłkarza ekstraklasy w naszej klasyfikacji Złotych Butów. Przy Łazienkowskiej pograł jeszcze rok, a potem za ponad 4 mln euro ściągnął go do siebie Arsenal. Co ciekawe, mógł tam trafić szybciej, jeszcze przed Lechem, ale wtedy – po pozytywnych testach na Wyspach – zrezygnował.

Do Londynu Fabiański jechał z nową ksywką – „Bambi”. Z jednej strony wynikała z tego, że był chłopakiem bardzo grzecznym i ułożonym. Gdy na pierwszym treningu Legii wszedł nieśmiało do szatni, jajcarz Boruc rzucił, że nowi mają się przedstawić. „Fabian” stanął na baczność i wyrecytował: – Dzień dobry, nazywam się Łukasz Fabiański, mam 19 lat i pochodzę ze Słubic, grałem w... – nim skończył, szatnia rykła śmiechem, a młody usiadł i zrobił się czerwony jak burak (a może pomidorek?). W środowisku krąży też historia, jakoby Fabiański – fan kina i muzyki – został przyłapany przez legijnych kolegów, jak wychodzi... z kinowego seansu właśnie o jelonku „Bambi”. Na ekrany wchodziła wtedy akurat druga część...

Flappyhandski

W Arsenalu „Fabian” był przez siedem lat i raczej nie można powiedzieć, by wyciągnął z tego maksa. Zagrał 78 razy, a najwięcej meczów zaliczył w sezonie 2010/11 – licząc wszystkie rozgrywki, było ich 21. Kanonierzy uwierzyli, że będzie następcą Jensa Lehmanna, potem przeciętnego Manuela Almunii, ale niewiele z tych planów wyszło. Zawsze było coś – jak nie słaba forma, to kontuzja. Początkowo Polak bronił mało, był młody, miał się przyglądać, łapać klimat. Klub chciał go wypożyczyć, żeby przyspieszyć aklimatyzację, ale Fabiański nie był chętny – i po latach żałował. – Myślę, że będzie wielkim bramkarzem, ale jest tylko jedno miejsce dla golkipera. On jeszcze dostanie swoją szansę, bo jest młody. Do tej pory jestem z niego bardzo zadowolony – mówił kilka miesięcy po transferze słynny trener Kanonierów Arsene Wenger.

Bambi” miał nawet w Anglii momenty, gdy... wręcz rozważał zakończenie kariery. Wiele było spotkań, gdy nie radził sobie z presją – zły był głównie 2010 rok, gdy zawalił mecz Ligi Mistrzów z Porto i gdy wpuścił farfocla w – wygranym 4:1 – starciu z Tottenhamem. „Flappyhandski” – pisały media, co można tłumaczyć jako „wpuszczalski”.

Paradoksalnie najprzyjemniejszym momentem Fabiańskiego w Arsenalu była sama końcówka. W sezonie 2013/14 był tylko zmiennikiem, ale w Pucharze Anglii Wenger stawiał właśnie na niego – i świetnie na tym wyszedł. „Fabian” w półfinale z Wigan obronił dwa rzuty karne w serii „jedenastek”, w finale też dał radę, dzięki czemu pomógł Kanonierom zdobyć pierwsze od dziewięciu lat trofeum! No ale chciał grać w podstawie, a na Emirates to nie było możliwe.

Półfinał Pucharu Anglii z Wigan. W meczu Jordi Gomez pokonał Polaka z karnego. Potem kolegom Hiszpana już tak dobrze z Fabiańskim nie poszło... Fot. Foto Colorsport / Press Focus

Gdy stał się łabędziem

Latem 2014 kontrakt Fabiańskiego wygasł i bramkarz przeniósł się do Swansea, a po czterech kolejnych latach – do West Hamu. Właśnie w tych dwóch drużynach „natrzaskał” najwięcej meczów w Premier League, dzięki czemu jego licznik zatrzymał się na 376 występach. Żaden Polak nie ma więcej! W Swansea „Bambi” stał się pięknym łabędziem (taki jest pseudonim Walijczyków) i już w pierwszym sezonie zaliczył aż 13 czystych kont! W takim zespole to był wyczyn. Zarówno tam, jak i w West Hamie właściwie tylko kontuzje powodowały, że nie grał – co w ekipie Młotów zmieniło się dopiero pod koniec, gdy zbliżał się już do 40-stki. W sezonie 2022/23 zdobył z nimi Ligę Konferencji, choć jako podstawowy bramkarz w czwartki akurat dostawał wolne. Gdy latem 2025 Londyńczycy nie przedłużyli jego umowy, wielu kibiców nie zgadzało się z tą decyzją. Jednak we wrześniu, gdy po słabym starcie sezonu zawodzili i Alphonso Areola, i Mads Hermansen, „Fabian” wrócił, na rok, który... niemal w całości stracił przez kontuzję pleców. I w takich też okolicznościach zakończył karierę. Ale w tej historii brakuje jeszcze jednego – Wojciecha Szczęsnego.

Never ending story

Ich historie przeplatają się właściwie od początku. Nawet... urodziny mają w ten sam dzień – 18 kwietnia – choć „Fabian” to 1985, a „Szczena” 1990. Gdy „Bambi” był w Legii, młody Wojtek już trenował z seniorami. Szczęsny jednak jeszcze przed debiutem wyjechał do Arsenalu, a ten sam kierunek obrał też potem Fabiański. Obaj rywalizowali ze sobą w Londynie, a choć młodszy golkiper był w klubie sumarycznie ciut krócej (on poszedł na „zapoznawcze” wypożyczenie), to gier zaliczył 181. Gdy „Fabian” zdobywał Puchar Anglii, był w zespole zmiennikiem. Czyim? No Szczęsnego...

Ale była też reprezentacja, gdzie obaj przez lata rywalizowali. Raz górą był Fabiański, raz Szczęsny – choć wydaje się, że ten drugi najwyższy poziom osiągnął, gdy w 2021 roku „Bambi” zrezygnował z kadry. „Fabian” w polskiej bramce stanął w sumie 57 razy – był „trójką” na mundialu 2006, „dwójką” na Euro 2008, przez kontuzję opuścił Euro 2012, był zmiennikiem Szczęsnego na MŚ 2018 (zagrał tylko w ostatnim meczu „o honor”) i Euro 2020/21. Młodszy wygrał też pozycję na Euro 2016, ale po pierwszym spotkaniu doznał kontuzji i wtedy Fabiański wreszcie mógł pokazać swoje umiejętności – co też zrobił, będąc bohaterem meczu 1/8 finału ze Szwajcarią. Potem były pamiętne, przegrane karne w ćwierćfinale z Portugalią i łzy „Fabiana” – Mam do siebie ogromne pretensje, że nie pomogłem drużynie – powiedział załamany, co pozostaje jednym z najmocniej kojarzonych momentów jego kariery.

Wiele się mówi o naszej rywalizacji z Wojtkiem, ale to było fajne, nakręcające. To nigdy nie zeszło na jakiś niefajny plan – mówił w rozmowie z Viaplay Fabiański. Kilka lat temu w trakcie wolnego „Bambi” z rodziną poleciał do ciepłych krajów i spotkał tam... Szczęsnych. Nagle synowie obu panów zaczęli kopać ze sobą piłkę. – Zaczęliśmy się śmiać, że rywalizacja Szczęsny – Fabiański nigdy się nie skończy – wspominał z uśmiechem, który towarzyszył mu przez całą karierę.

Piotr Tubacki

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się