Pogada z każdym
Jeremy'emu Guillemenotowi brakuje pięciu trafień w Wiśle, by zrównać liczbę goli z liczbą... języków, którymi włada.
Jeremy Guillemenot (w środku) obiecująco przywitał się z ekstraklasą. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus
WISŁA KRAKÓW
Nowy napastnik Białej Gwiazdy zdobył bramkę już w drugim występie. Było to bardzo urodziwe trafienie z dystansu.
Gotowy na więcej
Wisła pokonała w derbowym starciu Wieczystą 2:0, a momentem przesądzającym o losach meczu okazało się trafienie szwajcarskiego napastnika, Jeremy'ego Guillemenota. – Czuję się naprawdę dobrze, szczególnie po tym, jak strzeliłem swojego pierwszego gola u siebie. Gra tutaj była dla mnie niezwykle ważna. Musieliśmy zdobyć drugą bramkę, bo to wcale nie było dla nas łatwe spotkanie. To był idealny moment, żebym wyszedł na boisko, zagrał i dał zespołowi to, czego potrzebował – podkreśla gracz Białej Gwiazdy.
Napastnik zmienił killera Jordiego Sancheza i poszedł jego śladem już siedem minut po wejściu na boisko. Podkreśla, że z każdym tygodniem czuje się coraz lepiej. W poprzednim klubie miał kłopoty z regularną grą. –Jestem gotowy na 100 procent. Jeśli trener będzie chciał, żebym grał jeszcze więcej minut, z pewnością będę w stanie to zrobić – deklaruje zawodnik. Taka szansa najpewniej przyjdzie już we wtorek, kiedy beniaminek ekstraklasy powalczy w Opolu z Odrą o awans do 1/16 finału Pucharu Polski.
Poliglota w szatni
Adaptacja w nowym zespole przebiega w jego przypadku wyjątkowo sprawnie, w czym wielką rolę odgrywają umiejętności językowe. – Mówię w sześciu językach. Z hiszpańskim zawodnikiem mogę rozmawiać po hiszpańsku, z francuskim po francusku, z niemieckim po niemiecku, a do tego dochodzi jeszcze angielski i inne. Kiedy możesz się komunikować, wszystko staje się łatwiejsze. Zmiana klubu nie jest prostą sprawą, ale mi po dwóch-trzech dniach w Krakowie było znacznie łatwiej – opowiada Szwajcar.
Nauka języka polskiego pozostaje dla niego wyzwaniem, choć podchodzi do tej kwestii ze sporym optymizmem. – Z hiszpańskim też nie miałem do czynienia w szkole, ale osłuchałem się i po dwóch-trzech tygodniach potrafiłem się komunikować. Z polskim może nie pójdzie tak szybko, ale z czasem będę próbował mówić i rozumieć coraz więcej. Szwajcarzy nie wiedzą wiele o Polsce i o Krakowie, a ja czuję się tu dobrze i jestem bardzo szczęśliwy – wyznaje.
Gole zwykłe i niezwykłe
Trafienie w derbach przyniosło napastnikowi mnóstwo radości. Pytany o szczegóły akcji, wspomina przede wszystkim przeczucie i pewność, jaka towarzyszyła mu w momencie uderzenia na bramkę rywali. Hiszpanie na takie trafienia mają określenie „golazo”. – Kiedy strzelasz, od razu czujesz, czy jest dobrze. Bramkarz może próbować interweniować, czasem obronić, ale masz poczucie, że to było po prostu dobre uderzenie. W sobotę od razu wiedziałem, że to będzie gol. Mam wielką nadzieję, że strzelę tu jeszcze więcej pięknych goli i tych zwykłych. Na końcu wszystkie ważą tak samo.
Numer dla przyjaciela
28-latek z uznaniem wypowiada się również o rywalizacji w linii ataku. – Konkurencja wcale nie jest dla mnie trudna. Wręcz przeciwnie, tak jest łatwiej, kiedy strzela kilku. My nawzajem sobie pomagamy i dużo ze sobą rozmawiamy. Mam nadzieję, że to zdrowa rywalizacja. Jeśli Jordi strzeli, to będziemy szczęśliwi, jeśli Rodado strzeli, będziemy cieszyć się tak samo – podkreśla.
Najlepiej czuje się jako wysunięty napastnik i lubi współpracować z „dziesiątką”. - W St. Gallen grałem jako „dziesiątka” przez dwa-trzy lata, więc mogę wypełniać obie role. Lubię się ruszać, grać kombinacyjnie – wyjaśnia. Ważna jest także historia związana z numerem na koszulce Szwajcara. – 21 jest dla mnie wyjątkową liczbą. Mój przyjaciel zmarł 21 listopada. Do tego jest to również ulubiony numer mojego ojca – podsumowuje piłkarz.
Michał Knura
