Płynnie i miękko, jak u Claptona
Rozmowa z Krzysztofem Dowhaniem, przez ćwierć wieku trenerem bramkarzy w Legii, wychowawcą m.in. Artura Boruca, Łukasza Fabiańskiego i Wojciecha Szczęsnego
Chyba najważniejszy mecz Łukasza Fabiańskiego w reprezentacji, czyli 1/8 finału EURO 2016 i potyczka ze Szwajcarami. Fot. Łukasz Laskowski / Press Focus
Pamięta pan pierwszy kontakt z Łukaszem Fabiańskim? Jego pierwsze zajęcia u pana?
– Pamiętam. Ze szkółki w Szamotułach zawsze trafiali do nas bramkarze superwyszkoleni pod względem technicznym. Z Łukaszem było tak samo. On jednak miał coś więcej: był świetnie przygotowany ruchowo, a sprawność ogólna – co w dzisiejszych czasach wcale nie jest oczywistością – była u niego na bardzo wysokim poziomie.
„Fabian” trafił pod pana skrzydła w wieku 19 lat. Dość późno, jak na taki talent.
– Trener Andrzej Zamilski miał go w reprezentacji juniorów i rekomendował go klubowi, gdy Łukasz miał 17 lat. Ale Dragomir Okuka miał mnóstwo wątpliwości. „Taki młody?” – wyraźnie był przeciwny. W końcu jednak chłopak trafił do nas. Byłem pod wrażeniem nie tylko jego umiejętności, o których już mówiłem, ale także jego charakteru. Był pełen pokory, chętny do pracy. Przez kilka miesięcy grał w rezerwach. I grał w nich super, naprawdę.
W pierwszym zespole musiał jednak poczekać na transfer Artura Boruca?
– Jeszcze przed wyjazdem Artura graliśmy w Krakowie z Wisłą, którą prowadził Maciek Skorża. „Kogo szykujesz do bramki po Arturze?” – spytał mnie przy okazji. Gdy wskazałem Łukasza, nie mógł się nadziwić. „Taki młody?” – zagadnął. Ale ja nie miałem wątpliwości. Zdobyliśmy wtedy za „Wdowca” mistrzostwo Polski, a „Fabian” rzeczywiście miał ekstrasezon. Pomógł ogromnie w zdobyciu tytułu (19 z 30 meczów ligowych z czystym kontem – dop. aut.). Było widać, że to kandydat do wielkiej kariery. I ją miał. Oczywiście można mówić, że w Arsenalu mógł więcej osiągnąć. Natomiast warto przypomnieć, że parę razy wstrzymywały go kontuzje. I to zazwyczaj wtedy, kiedy zaczynał fajnie grać. Później do Arsenalu „wpadł” Wojtek (Szczęsny – dop. aut.) i różnie się Łukaszowi potoczyło. Ale oczywiście to bardzo dobry bramkarz, jeden z najlepszych w historii naszej piłki.
Pamiętam wywiad z panem sprzed kilku lat, pod bardzo jednoznacznym tytułem: „Dla mnie to najlepszy bramkarz w Polsce” – o Łukasza oczywiście chodziło. Skąd ta opinia, że był najlepszy ze swego pokolenia?
– Artur Boruc, Wojtek Szczęsny... Różnice między nimi naprawdę były bardzo niewielkie, każdy z nich miał swoje zalety i swoje wady. Ale mam przekonanie, że Łukasz był najbardziej wszechstronny. Nie miał problemu w zasadzie z żadnym elementem bramkarskiej sztuki. Niektórzy narzekali, że za cichy, bo rzeczywiście mało się odzywał. Ale w bramce go było widać i słychać. A najważniejsze, że to, co miał zrobić, zazwyczaj wykonywał perfekcyjnie. Nie robił jakichś głupich błędów, więc pod tym względem zawsze dawał drużynie wielki spokój. Tak jak w 2006 na mistrzostwach świata i w 2008 na EURO naszym najlepszym zawodnikiem był Artur Boruc, tak w 2016, podczas turnieju we Francji, bohaterem absolutnie był właśnie „Fabian”. „Narzekaliśmy” potem – właśnie w cudzysłowie – że nie obronił karnych w ćwierćfinale z Portugalią. Ale gdyby nie on, w ogóle by nas w tym ćwierćfinale nie było.
W innym wywiadzie porównał pan jego występy do wirtuozerii Erica Claptona w grze na gitarze.
– Oj, tak. Jak kocham muzykę, a u Claptona wszystko w tej jego grze jest takie płynne, miękkie, sprawiające wrażenie, jakby było to coś najłatwiejszego na świecie. I Łukasz tak właśnie prezentował się w bramce. Jakby porównać występy bramkarzy do skoków narciarskich, w których ocenia się styl, Łukasz za swoją grę miałby zawsze same dwudziestki.
A co z tym spokojem, opanowaniem? Bramkarze często zarządzają drużyną krzykiem, podpowiedzią.
– On to robił na swój sposób, nie wydzierał się. Zresztą ja zawsze swoim chłopakom stawiałem za przykład Ikera Casillasa. Bronił nieraz niesamowite piłki, ale nigdy nie miał pretensji do obrońców, że dopuścili do groźnej sytuacji. Po to jest golkiper, by interweniował wtedy, gdy oni się pomylą. Nie lubię bramkarzy, którzy po uderzeniu rywala z dwudziestego metra biegną do swych kolegów z defensywy z pretensjami, że pozwolili na ten strzał. To jest piłka; jakby za każdym razem nie pozwalali, to po cóż byłby bramkarz w drużynie? „Fabian” unikał takich reakcji. Kiedy trzeba było, zwracał uwagę, ale nie po to, by na kogoś naskoczyć, tylko pomóc w ustawieniu, w przeczytaniu gry.
Krótko mówiąc, osobowość chyba odmienna od Artura Boruca, prawda? Jak się panowie dogadywali przez te pół roku, kiedy „Fabian” niejako terminował u niego?
– Dużo korzystał z tej współpracy, ze wspólnych treningów. Zresztą była zawsze ciągłość w tym zakresie w Legii: Artur uczył się od Wojtka Kowalewskiego, Łukasz – od Artura. Czasami zdarzało mi się widzieć jakieś błędy młodego Łukasza na treningu; Artur był wtedy pierwszym, który je od razu korygował, który podpowiadał koledze.
Wasza wspólna praca nie trwała zbyt długo. Kontakt z Łukaszem pozostał po jego wyjeździe z kraju?
– Owszem. Bywały nawet sytuacje, że telefonicznie prosił mnie o jakąś podpowiedź. Teraz – jak czytam – sam chce zostać trenerem bramkarzy. Może się jeszcze gdzieś nasze drogi przetną?
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Krzysztof Dowhań. Fot. Wojciech Dobrzyński / Press Focus
