Pisz na Berdyczów
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Jagna Marczułajtis-Walczak poszła w ślady bardziej od niej utytułowanych sportowców, którzy weszli w politykę. Z galerii sportowych sław w ławach polskiego parlamentu tylko Andrzej Szewiński (syn legendarnej lekkoatletki Ireny, świetny siatkarz) okazał się utalentowanym politykiem na lokalnym (Częstochowa) i ogólnopolskim froncie. Kiedyś to polityka zabiegała o gwiazdy sportu i show biznesu, a dziś one same po zakończeniu kariery garną się do działalności publicznej, jak osy do miodu. Większość przemyka przez parlamentarne salony niezauważona, męcząc się w atmosferze intryg, nie odnajdując się w rolach... maszynek do głosowania. Najwięksi mistrzowie przynajmniej opowiadali anegdoty z dawnych czasów, tu mistrzem był Jerzy Kulej. Król strzelców mundialu, Grzegorz Lato, sam opowiadał, że w roli senatora RP raz tylko zabrał głos na sali plenarnej, a chodziło o... otwarcie okien, gdy na dworze panował upał i klimatyzacja nawaliła. Wygrał głosowanie w tej sprawie jednogłośnie!
Teraz na czołówkach gazet jest Jagna Marczułajtis-Walczak. Wybitna snowboardzistka dobrze zna gorzki smak czwartego miejsca na igrzyskach olimpijskich, najbardziej przykrego ze wszystkich możliwych, bo tuż za podium. Ona akurat w życiu politycznym po tym sportowym odnalazła się świetnie. Trzy kadencje w polskim sejmie, teraz aktywność w Europarlamencie to spory dorobek, za który panią o pięknym góralskim imieniu szanuję. Ostatnio posłanka Jagna symbolicznie wróciła do sportu, podpisując się pod apelem grupy europosłów o odwołanie prezydenta FIFA. Chodzi oczywiście o głośne anulowanie zawieszenia amerykańskiego piłkarza Folarina Baloguna. Gianni Infantino został ostro skrytykowany przez sporą grupę europejskich polityków, w tym naszą posłankę z Poronina. Ten apel oczywiście pozostanie bez echa. Prezydent FIFA to szczwany lis i nie z nim takie numery, jak mawiał Hans Kloss do Hermanna Brunnera w „Stawce większej niż życie”. Każdy gest ma znaczenie, ale te polityczne są jakby mniejsze, gdy nie mają podparcia na gruncie prawnym. Żadne gremium europejskie nie może zmusić „pana od kulek” do takich czy innych rzeczy. Prędzej już polityczni liderzy z Donaldem Trumpem na czele. W tej sytuacji znane z poematu „Beniowski” Juliusza Słowackiego przesłanie „pisz na Berdyczów” jak najbardziej pasuje do apelu europosłów.
Jagna Marczułajtis-Walczak - kiedyś znakomita snowboardzistka, dziś skuteczna polityczka. Fot. Wioska Jagny
Po raz drugi wystartowałem w samochodowym Rajdzie Maluchów, którego celem jest zebranie finansowej pomocy dla dzieci poszkodowanych w wypadkach samochodowych. Tym razem na trasie Pisz - Rzeszów z noclegiem w słynnym ze stadniny koni arabskich Janowie Podlaskim. Moim partnerem w ciasnym pojeździe był znany dziennikarz sportowy i nie tylko, Michał Olszański. Całość organizacyjnie spina mistrz quadowych wypraw pustynnych, z rajdem Paryż - Dakar na czele, Rafał Sonik. Wspaniale jest łączyć przyjemne zwiedzanie pięknej Polski z pożytecznym pomaganiem pokrzywdzonym przez los dzieciom. Fiat 126 dla Polaków to coś więcej niż samochód, to nostalgia za czasami młodości wielu z nas. Chyba nie ma polskiej rodziny, w której nie pojawiłby się ten mały samochodzik. Miał go ktoś z bliskich, albo sąsiad, albo kolega z pracy.
Ja posiadaczem dumy polskiej motoryzacji (ha, ha) stałem się przypadkowo, gdy mama wylosowała ją jako posiadaczka książeczki oszczędnościowej PKO. Nie miała prawa jazdy, ja też nie, ale podochocony wizją posiadania własnego auta już w wieku studenckim (wtedy rzadkość) zapisałem się na kurs i za trzecim podejściem zdałem. Długo jeździłem nim na mecze od trzeciej do pierwszej ligi, a na trasie Mielec – Warszawa, właśnie Fiatem 126p, pobiłem rekord trasy po sędziowanym przeze mnie meczu ligowym. Nigdy później nie udało mi się tej trasy pokonać tak szybko, ale to działo się w księżycową jasną noc przy zerowym ruchu. Z kolei przed meczem w Łodzi kierownik ŁKS-u, Marek Łopiński, uznał, że to obciach, gdy arbiter na najwyższą ligę przyjeżdża maluchem i rozpuścił wiadomość o moim rzekomo zepsutym Mercedesie, choć nigdy takiego nie miałem.
„Kto nie jeździł maluchem, ten nie będzie zuchem” - taki rym częstochowski przyszedł mi do głowy, ale dużo fajniejsze jest hasło „Maluchy dla maluchów”, dlatego do wsparcia tej szlachetnej akcji bardzo Szanownych Czytelników zachęcam. Przedwczoraj miałem na trasie drobny wypadek, nieostrożny młodzian wjechał mi w tył malucha potężną limuzyną, a ja wskutek tego zdarzenia dalszą podróż odbyłem w busie technicznym, prowadzonym przez mistrza górskich rajdów motocyklowych i samochodowych, Macieja Serafina. Świetny facet, którego sportowy i zawodowy życiorys jest imponujący. Gorlice mogą być dumne z takiego bohatera, jednego z najlepszych na świecie specjalistów od jazdy w ekstremalnych warunkach. Ostatnio jako jedyny Polak w historii udanie wystartował w legendarnym Pikes Peak Hill Climb w USA. Nowa fajna znajomość w moim życiu i to za sprawą nierozważnego kierowcy. Dzielna ekipa techniczna naprawiła autko w jedną noc i od wczoraj jedzie nim kolejny w sztafecie dobrych serc Michał Wiśniewski, czerwonowłosy wokalista i muzyk. Jego przebój „A wszystko to, bo Ciebie kocham”, wykonywany przez zespół „Ich troje” był długo hymnem mojej ukochanej Polonii Warszawa.
Bardzo mnie cieszą sukcesy polskich trenerów tenisa prowadzących zagraniczne gwiazdy. Przyzwyczailiśmy się do zagranicznych szkoleniowców w naszej reprezentacji piłkarskiej, siatkarskiej, koszykarskiej, hokejowej zapominając o zasadzie: cudze chwalicie, swego nie znacie. Katowiczanka Sandra Zaniewska prowadząca Ukrainkę Martę Kostjuk i Tomasz Wiktorowski z sukcesami opiekujący się Japonką Naomi Osaką dowodzą, że kpiny z polskiej myśli szkoleniowej są bezpodstawne. Chyba nie chcemy, żeby Jana Urbana zastąpił Hossam Hassan z Egiptu. Nieudacznik tak poprowadził Faraonów w meczu z Argentyną, że przegrali wygrany mecz. Nawet nad głową gloryfikowanego Hiszpana Roberto Martineza pojawił się szklany sufit, najpierw w reprezentacji Belgii, teraz Portugalii. Hassan grzmi na sędziów zamiast uznać własne błędy, co dowodzi, że i w Egipcie znają metodę warszawskich kieszonkowców w tramwaju. Po skradzeniu pasażerowi portfela krzyczeli na cały wagon „łapaj złodzieja”, tłum rozbiegał się w poszukiwaniu złoczyńcy, a faktyczny rabuś spokojnie wysiadał.
Narzekamy na brak Polaków w składach ligowych drużyn piłkarskich. A skąd ich brać, jeżeli jeden po drugim upadają amatorskie kluby sportowe? W niektórych województwach trudno dziś uzbierać drużyny, by skompletować rozgrywki klasy A i B. Wojażując maluchem po kraju odwiedziłem piękne, zadbane stadioniki w Bełżycach i Parczewie na Lubelszczyźnie. Uderzył mnie brak na nich młodzieży chętnej do uprawiania sportu w wakacje. Zlitowałem się nad 10-latkiem samotnie kopiącym piłkę do pustej bramki na bełżyckim orliku pod okiem smutnej mamy i rozegraliśmy mecz jeden na jednego, który oczywiście przegrałem.
Dobre chęci starszych jak ja panów nie uratują jednak piłkarskiego strumyka przed wyschnięciem.
