Pierwiastek nieskuteczności
Tydzień temu zaczął się nowy sezon, a przy Łazienkowskiej... wszystko po staremu. Przynajmniej w jednym przypadku - Milety Rajovicia.
Jeden z dwóch (na dziewięć) wygranych przez Miletę Rajovicia pojedynków główkowych w meczu w Szczecinie. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
LEGIA WARSZAWA
Rok temu Legia zapłaciła za Miletę Rajovicia 3 mln euro – nikt nigdy wcześniej takiej sumy zań nie wyłożył – i podpisano kontrakt do końca sezonu 2028/29. Gdybyż klubowi działaczewiedzieli wówczas, jak będą wyglądać jego statystyki rok później, pewnie woleliby sobie... dać obciąć dłoń, którą składali podpisy pod dokumentem.
Przypadki szczecińskie
Nowy sezon Duńczyk rozpoczął identycznie, jak prezentował się w poprzednim. W wielkim skrócie: z trzech okazji w wyjazdowym meczu z Pogonią zdobył co prawda dwa gole, ale... obydwa mu anulowano. Jednego – z powodu pozycji spalonej, drugiego – z racji kuriozalnego zagrania ręką już na samej linii bramkowej. W trzeciej sytuacji stuprocentowej trafił zaś w jedynego obrońcę, jaki stał między nim a bramką! Inne dane? Nie miał żadnego podania w tercji ofensywnej, a z dziewięciu pojedynków powietrznych wygrał dwa (ma 192 cm wzrostu).
Liczby mówią (prawie) wszystko
W tej wyliczance nie ma niczego, czego byśmy już wcześniej o Rajoviciu nie wiedzieli. W ub. sezonie zdobył dla Legii sześć goli ligowych (będąc jej... najlepszym strzelcem!), ale tzw. współczynnik goli oczekiwanych (xG) był u niego ponaddwukrotnie wyższy (12,33). Jego średnia trafień w minionych rozgrywkach to 0,24 na 90 minut. Jak wyliczył jeden z portali statystycznych, daje mu to 76. miejsce w gronie 414 piłkarzy, którzy rozegrali co najmniej trzy mecze...
- Oczywiście nie ma napastników, którzy wykorzystywaliby 100 procent okazji. U niego jednak ten pierwiastek marnowania sytuacji jest na zastraszającym poziomie. Powiedzieć, że kuleje u niego skuteczność, to... nic nie powiedzieć. Ma niesamowitą łatwość dochodzenia do sytuacji, ale zamiana ich na bramki to zupełnie inna historia – wzdycha Marek Saganowski, członek ekstraklasowego „Klubu 100”, który w piłkarskim „kwiecie wieku” nigdy w barwach Legii nie zszedł poniżej 10 trafień w sezonie, a gorzej w tej materii zaczęło mu się wieść dopiero po 35. urodzinach.
Cierpliwość Papszuna
Nieco zaskakujący jest natomiast fakt, że Rajović wciąż ma miejsce w wyjściowej jedenastce Marka Papszuna! - Hm... Chętnie bym się paru treningom Legii przyjrzał – mówi mistrz Polski w barwach Legii sprzed ćwierć wieku, Tomasz Sokołowski. - W lidze mamy tylko dostęp do „dania głównego”, a nie do sposobu jego przygotowania. Może Mileta jest „królem treningów”, ale nie potrafi tego przełożyć na mecze ligowe? - dodaje były reprezentant Polski, dziś dzielący się refleksjami ze słuchaczami Radia dla Ciebie.
Występ Rajovicia w Szczecinie był jednak koniecznością. Krótko przed meczem klub poinformował o „przeciążeniu grupy mięśni” u Rafała Adamskiego i związanych z tym „działaniach prewencyjnych”. - Może gdyby nie ten fakt, Duńczyk zacząłby na ławie? - zastanawia się Sokołowski.
Na Nsame zabrakło?
Saganowski jest bardziej bezpośredni. - Rajović to nie jest napastnik na miarę Legii. Podpisując z nim trzyletni kontrakt Legia sprawiła sobie duży kłopot – uważa. - Lepszym rozwiązaniem byłoby pozostanie przy Łazienkowskiej Jeana-Pierre'a Nsame, ale widocznie brakło środków na jego nowy kontrakt, bo... wciąż trzeba płacić Duńczykowi – domniemywa były napastnik. Kameruńczyk – przypomnijmy – przed sezonem przeniósł się do Szczecina.
Głowa? Niekoniecznie
- Czy w końcu zacznie strzelać? - zamyśla się Sokołowski, upatrując przyczyn fatalnej dyspozycji snajpera w jego mentalu. - Cóż, mam wrażenie, że brak mu koncentracji, a w takich wypadkach nie da się działać jak należy, a ja nie jestem pewien, czy to rzeczywiście kwestia głowy i odblokowania się zawodnika. Może po prostu jest napastnikiem o niskiej skuteczności? A na to trudno coś poradzić – zauważa Marek Saganowski. I kończy przekornie: - Do Saganowskiego dużo mu brak...
Dariusz Leśnikowski
