Oczekiwania vs rzeczywistość
„Jesteś piękna jak gol w 90 minucie” – mówi romantyzm. „Fajnie, ale czemu tak późno?” – odbija racjonalizm.
Czy Daniel Szczepan utrzyma miejsce w wyjściowej jedenastce? Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
RUCH CHORZÓW
Max Pawłowski zapewnił Ruchowi trochę czasu. Gdyby nie jego gol z Lechią, bilans Niebieskich byłby mocno niekorzystny – cztery kolejki, dwa punkty, jeden gol strzelony. Wokół klubu zrobiłoby się jeszcze goręcej niż było do tamtej pory, no ale dzięki 19-latkowi pojawił się wybuch ekscytacji i „banany” od ucha do ucha.
Żarciki o prostytutkach
Oczywiście to nie mogło dziwić. Jedyna bramka padła w 97 minucie, grubo po zakończeniu czasu pierwotnie doliczonego i była – dosłownie – ostatnim kontaktem z piłką w tym meczu. Bo gdy Chorzowianie cieszyli się z trafienia, sędzia zagwizdał po raz ostatni. Wszyscy byli wniebowzięci, w końcu takie zwycięstwa smakują wyjątkowo. Uśmiechy widać było w tunelach Stadionu Śląskiego, gdzie gdy tylko pojawił się strzelec, dało się słyszeć „Maksiu gol, Maksiu gol!”. Z ust Pawłowskiego zresztą jeszcze przez wiele minut po spotkaniu nie schodził uśmiech – co w pełni zrozumiałe, naturalne i uprawnione. Nawet trener Waldemar Fornalik pozwolił sobie na odrobinę luzu, no bo żeby „King” rzucał na konferencji żarciki o prostytutkach...
Brakuje mnóstwo goli
Nie ma co jednak tuszować rzeczywistości, bo wahadło z pesymizmu przesunęło się w optymizm dosłownie o włos. Ruch przecież miał tak dużo sytuacji, że już wcześniej powinien pokonać świetnie dysponowanego Szymona Weiraucha – któremu w świetnej dyspozycji pomogło wielokrotne partactwo atakujących. Takie są fakty. To kolejny mecz, w którym Niebiescy stwarzają ogrom sytuacji, ale je koncertowo marnują. Gdyby nie główka Pawłowskiego, wciąż byliby z tylko jedną bramką na koncie, a to nie jest przecież tak, że okazji Ruch nie ma – bo ma i to dużo. Na kolejnej stronie dzisiejszego wydania można znaleźć analizę ofensywy Odry Opole, która kreuje znacznie gorzej, a bramek ma już pięć. Ile powinni mieć Chorzowianie? Na to pytanie pomogą odpowiedzieć statystyki, które wyliczają, że... 7,83.
To oczywiście sumaryczny współczynnik goli oczekiwanych, czyli jakże popularnego dziś xG, oceniający jakość stworzonych okazji. Jak to w świecie cyferek bywa – nie można traktować go jak boga, ale też nie wolno przejść obok niego obojętnie. Skoro Ruch ma dwa gole, a xG rzędu 7,83 – można powiedzieć, że po lekkim zaokrągleniu „brakuje” mu sześciu trafień. Gol Pawłowskiego wypracował xG rzędu 0,36 (czyli 36 procent podobnych okazji kończy się golem – jedna na trzy), więc gdyby odjąć tę sytuację, Niebiescy mieliby po czterech meczach jedną bramkę i xG 7,47.
Trener też to widzi
Fajnie dla Ruchu, że wygrał, że zaksięgował trzy punkty, ale zespół nadal musi poprawić skuteczność. Obligatoryjnie. Wszyscy przy Cichej mówią, że jak już raz zaczną trafiać, to potem pójdzie seria. Czy tak będzie – okaże się w poniedziałek w Rzeszowie, gdzie Niebiescy zagrają ze Stalą, która wpuściła aż 11 goli. – Niesamowite sytuacje, z których nie zdobyliśmy bramki – mówił po Lechii Waldemar Fornalik. – Na szczęście ta ostatnia akcja dała trzy punkty i można patrzeć na ten mecz z innej perspektywy. To napawa optymizmem, ale nie ukrywam, że w dalszym ciągu naszą bolączką są bramki. Nie strzelamy ich, a oddaliśmy ponad 20 uderzeń – nie zakładał różowych okularów „King”. Czy remedium na problemy okaże się Pawłowski? Trener nie gwarantuje mu miejsca w podstawowym składzie, ale z ciekawością obserwuje postawę napastników na treningach przed wyjazdem na Podkarpacie.
Piotr Tubacki
