O czym rozmawiają Duńczycy?

Nie zdarzyło się w historii występów polskich zespołów w pucharach, by któryś z nich roztrwonił trzybramkową zaliczkę z pierwszego meczu. Lech nie zamierza być w tej dziedzinie prekursorem

W pierwszym meczu Duńczycy nie nadążali za Poznaniakami (tu – za Patrikiem Walemarkiem, autorem dwóch goli). Fot. Przemysław Szyszka/Press Focus

LECH POZNAŃ 

Efektowne 4:1 z mistrzem Danii, na dodatek na terenie rywala, zdaje się przesądzać sprawę na korzyść Poznaniaków. - Pamiętajmy jednak, że do momentu, w którym bramkarz gospodarzy ukarany został czerwoną kartką wyglądało na to, że Duńczycy mogą Lechowi zagrozić – mówi nam Tomasz Mazurkiewicz. Dzisiejszy prezes (i trener) Klubu Piłkarskiego Ogniwo Sopot uważnie oglądał spotkanie sprzed tygodnia, dla niego Aarhus to przecież ważne miejsce w piłkarskim życiu.

Wspomnień czar

Został piłkarzem tamtejszej drużyny ćwierć wieku temu i spędził w niej cztery lata. Udane lata – jak sam ocenia. - To był dla mnie superczas – z uśmiechem wspomina moment, gdy jako 20-latek ruszał w piłkarską Europę. Jak się okazuje, owe ćwierć wieku to... więcej niż epoka w futbolu polskim i duńskim. - Wyjeżdżałem z Legii, wówczas jednego z największych klubów w Polsce. AGF był zaś tylko średniakiem ligi duńskiej. Tyle że bazę treningową duński klub miał taką, jakiej nie miał nikt w Polsce. „Tomek, nie przestrasz się, bo mamy taką średnią – jak na warunki ligowe w Danii – tę naszą bazę” - mówił mi kierownik drużyny, oprowadzając mnie po... siedmiu pełnowymiarowych boiskach trawiastych. Legia w tym czasie miała płytę główną i jedno boisko boczne – wspomina Mazurkiewicz. Nic dziwnego, że w takich warunkach bardzo chciało mu się grać. - Fajny początek miałem, w pierwszych pięciu spotkaniach znajdowałem się zawsze w jedenastce kolejki, strzelałem gole, wybierany byłem „piłkarzem meczu” - dodaje, a my rzucamy okiem na dokumentację: rzeczywiście ma trzy bramki w pięciu pierwszych występach ligowych w barwach Aarhus! - Niestety, byli mocniejsi od nas w lidze. Przez kolejne lata kończyliśmy ją co najwyżej na piątym miejscu – wzdycha.

Zachować ostrożność

Nic dziwnego, że tytuł zdobyty w sezonie 2025/26 - czekano nań 40 lat! - przyjęty został w Aarhus z entuzjazmem. Wynik losowania – już niekoniecznie. - Mistrzostwo było dla kibiców, działaczy i samych piłkarzy wielką sprawą. Zdawali sobie sprawę, że Lech jest mocny, ale po cichu liczyli na niespodziankę – mówi Mazurkiewicz, który przed pierwszym spotkaniem miał okazję rozmawiać telefonicznie z jednym z byłych kolegów klubowych sprzed dwóch dekad, do dziś pozostającym w strukturach klubowych. - W tym momencie uważam, że nie mają zbyt wielkich szans na awans – ocenia Mazurkiewicz. - Ale ostrożnym trzeba być. Duńczycy to mały naród, ale bardzo wierzą w swe umiejętności i w mental. Póki będą na boisku, będą walczyć. „Skoro Lech potrafił wygrać u nas, czemu nie mielibyśmy tego samego dokonać w Poznaniu?” - jestem pewien, że rozmawiają o tym w szatni.

Tomasz Mazurkiewicz z czasów kariery boiskowej - tu w koszulce GKS-u Katowice. Fot. Tomasz Błaszczyk/Press Focus

Polskie ciosy

Swoją drogą, po minionym tygodniu Polacy (choć dla Lecha wszystkie gole zdobyli obcokrajowcy) nie będą się dobrze kojarzyć w Aarhus. W sobotę na stadion mistrza przyjechała ekipa Broendby i wywiozła z niego punkt (1:1), a bramkę na wagę remisu zdobył dla niej Bartosz Slisz. Trener Jakob Poulsen (- Grałem przeciwko niemu kilka razy – mówi Mazurkiewicz) wystawił na to spotkanie niemal identyczny skład, jak w pierwszym meczu przeciwko Lechowi. Z kolei Niels Frederiksen w jedenastce Lecha na ligowy bój z Cracovią (0:0) wymienił dwa ogniwa.

Dariusz Leśnikowski

NIE PRZEGAP

Liga Mistrzów – II runda kwalifikacji
◼ Lech – Aarhus GF
(pierwszy mecz 4:1)
środa, 19.00 – TVP Sport

CZY WIESZ, ŻE...

Jest w dziejach Lecha bolesna – ale i tragiczna - wpadka pucharowa. We wrześniu 1983 w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych ówcześni podopieczni Wojciecha Łazarka pokonali przy Bułgarskiej mistrza Hiszpanii, Athletic Bilbao, 2:0. Dwubramkowa zaliczka nie wystarczyła jednak do awansu. Na San Mames przegrali bowiem 0:4, a spotkanie to było ostatnim w życiu dla Józefa Szewczyka, dwukrotnego mistrza Polski w barwach Kolejorza. To po tamtej potyczce zdiagnozowano u niego nowotwór gałki ocznej, który sześć lat później stał się przyczyną jego śmierci.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się