Nowy rodzaj zmartwychwstania

Wydawałoby się, że powstanie z martwych to nic trudnego. Po prostu: jesteś trupem i nagle ożywasz. Piłkarska reprezentacja Argentyny podniosła jednak ten element z pogranicza śmierci i życia do rangi sztuki.

Ten tekst mógłby potoczyć się dwojako, wytłumaczenie fenomenu zmartwychwstania można oprzeć bowiem zarówno na sercu, jak i na głowie, zarówno na determinacji, jak i na pomyślunku. Oczywiście mógłbym kolejne wersy przekuwać w żarliwą pochwałę wiary, bo o wierze, która przynosi efekty, zawsze wdzięcznie się pisze. Także pisanie chwalebnych wersów o takich cechach jak ambicja, wola walki, żarliwość, doskonałe przygotowanie motoryczne i mentalne, które Argentyna wykazuje w każdym meczu tego niezwykłego dla siebie mundialu, byłoby dla mnie jako autora tego tekstu wręcz nudne.... A przecież te dwa słowa, „Argentyna” i „nuda”, stoją od siebie wręcz dalej niż Vancouver i Miami, czyli dwie najbardziej oddalone od siebie areny tych mistrzostw!

Niby tłok, a nie tłok

Argentyna wygrała jednak środowe zawody sposobem, a diabeł tkwi w szczegółach; w taktyce, sposobie gry poszczególnych zawodników. Po pierwsze Messi. Mam przeświadczenie, że jego narastająca w spotkaniu z Anglią niemoc była chytrym fortelem Scaloniego. Mijały minuty, a Leo był jakby schowany, jakby bezbarwny, jakby – to jest, mierda, najlepsze – jakby przestraszony drapieżnego rywala, który – jak się wydawało – nie ma słabych punktów. Mogło odnieść się wręcz wrażenie, że Messi jest już po prostu zmęczony, z czego trudno byłoby czynić mu przesadne wyrzuty. Tymczasem to wszystko był pic na wodę. Dostrzegł i wykonał perfekcyjne podania wtedy, gdy już nikt się tego nie spodziewał. Pierwsze było płaskie, mocne – wprost do Enzo Fernandeza, który oddał strzał niczym smagnięcie biczem. Potem drugie, którym była zdumiewająco precyzyjna centra górą, wprost na głowę Lautaro Martineza. To było jedno z tych magicznych dotknięć. Kiedy się zdarzają, człowiek zastanawia się, jakim cudem można kopnąć piłkę tak, że w tłoku wydaje się, że strzelający, mimo gąszczu ciał, ma mnóstwo przestrzeni, może podskoczyć i nikt mu nie podskoczy... Przy tej drugiej okazji zaskakujące było trochę zachowanie angielskich defensorów, zanim Messi zacentrował. Najpierw wrócił się po piłkę, a nikt z rywali za nim nie pobiegł, nikt więc nie mógł przeszkodzić w dośrodkowaniu!

Zagrywki taktyczne

Zasiadając do meczu, mocno się skrzywiłem, nie widząc w podstawowym składzie Rodrigo de Paula, ochroniarza Messiego. Jego dotychczasowa współpraca z Leo przebiegała nienagannie, wręcz zachwycająco, krążył na boisku wokół Messiego – cytując klasyka – „niczym elektron Włodzimierz Smolarek wokół jądra Zbigniewa Bońka”. Okazało się, że wszystko przez plan taktyczny Scaloniego. Chodziło o stworzenie reagującej macki, która lepiej zabezpieczyłaby boki obrony przed dynamicznymi skrzydłowymi Albionu. Na świeżego rywala nieoczekiwanie wpuścił od pierwszej minuty Giuliano Simeone. W samym założeniu nie miał dać żadnych liczb, nie chodziło o jego bramki i centry. Nieustannym ciągiem na bramkę miał wymęczyć przeciwnika do cna, rozrywać szyki, angażować obronę, kiedy się da. Potem wyczerpany zszedł, wzruszony ojciec bił mu brawo! Wyrazistym symbolem istoty jego pracy były silne skurcze angielskiego obrońcy Djeda Spence'a w kluczowych, końcowych momentach meczu, tych przecież najważniejszych.

Kiedy było blisko końca, nagle zdarzyło się coś, co odjęło mi mowę: Argentyńczycy dosłownie zaczęli zalewać Anglików serią mocno bitych, mierzonych groźnych dośrodkowań – to było prawie jak chmura strzał, którą sami wypuszczali w stronę Francuzów pod Azincourt w 1415 roku. Nagle okazało się, że Argentyńczycy nie są zmęczeni. A zwycięską bramkę strzelił rezerwowy Lautaro Martinez, który ma zdolność znalezienia się tam, gdzie to istotne dla ostatecznego rozrachunku meczu.... Wrzask nad Buenos Aires sięgnął nieba.

Koniecznie muszę w tym miejscu jednak schłodzić atmosferę i... pochwalić obronę, która w tych mistrzostwach nie jest najmocniejszym punktem Albicelestes, nie ma w niej takich liderów jak Passarella za pierwszego tytułu. Defensorzy udowodnili jednak, że – mimo błędu przy stracie bramki – można na nich polegać. Zachowali chłodną głowę do końca. Przyznam, że zdumiał mnie w ostatnich chwilach meczu prof. dr hab. „Cuti” Romero, który we własnym polu karnym tuż pod koniec przedłożył piłkę z jednej nogi na drugą, w asyście dwóch zdumionych Anglików. Najmniejszy błąd w tamtym momencie skończyłby się katastrofą, tymczasem Argentyńczyk ośmieszył rywali w sposób swobodny. – Widziałeś to?! – zakrzyknąłem do kolegi, z którym w redakcji wspólnie oglądaliśmy mecz.

Żyjemy! Naprawdę żyjemy! Zrobiliśmy to! Fot. Fotoarena /SIPA USA / Press Focus

Kultowy obelisk na Plaza de Mayo, tutaj Argentyńczycy świętują największe zwycięstwa. Tak było i tym razem. Fot. PAP / EPA

Nowa specjalizacja

Swoje robili też obecni na meczu kibice. Ba, dali o sobie znać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej na tym mundialu. Ten charakterystyczny ryk był elementem destabilizującym szeregi Anglików.  Ryk miał ich zastraszać, napędzać swoich, ale i... irytować Jordana Pickforda, bramkarza – jak napisał dziennik „La Nacion” – o złowrogiej twarzy gwiazdy filmowej. Argentyńscy reporterzy mają teraz przywilej przebierać klawiaturą niczym nogami podczas tanga, a jakikolwiek patos nie zostanie źle odebrany. Ba, czy jest leszy moment na patos niż ta właśnie chwila?

Na koniec tekstu muszę wrócić do jego początku. Argentyńczycy wnieśli tą sekwencją zdarzeń futbolowe zmartwychwstanie na jeszcze wyższy poziom. Owszem zdarzyły się już na mundialach remontady bardziej okazałe – jak choćby w 1954 roku, gdy w ćwierćfinale Austriacy, przegrywając 0:3 z gospodarzami turnieju, potrafili odwrócić mecz na... 7:5. Albo dwanaście lat później Portugalczycy, którzy przegrywali z Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną 0:3, ale spuścili na przeciwnika desant w postaci Eusebio i skończyło się 5:3. Jednak to były remontady uskuteczniane przez cały mecz. Portugalczycy zaczęli odrabiać straty w 27 minucie, a Austriacy zrobili coś, czego już nie da się powtórzyć: tracąc gola na 0:3 w 19 minucie, po dwunastu kolejnych prowadzili już 4:3! Jednak Argentyńczycy pokazali, że remontada jest możliwa w momencie, kiedy można już powoli pakować do torby piórnik, zeszyty i książki. To właśnie takie powroty, zerwanie łańcucha w ostatniej chwili, sprawiają, że nagle całemu  przyglądającemu się światu krew zaczyna w żyłach krążyć szybciej.  

Paweł Czado

– Wpadniecie po meczu na asado? Mamy świetne mięso na grilla... Fot. Fotoarena/SIPA USA / Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się