No to cyk
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Zbliża się półwiecze zdobycia srebrnego medalu olimpijskiego przez polskich piłkarzy w Montrealu. Fundacja Kazimierza Górskiego, prężnie prowadzona przez ambasadora Janusza Jesionka, planuje z tej okazji uroczyste spotkanie srebrnej drużyny. Niestety, już bez legendarnego jej trenera Kazimierza Górskiego i ,niestety, chyba też bez króla strzelców tamtego turnieju Andrzeja Szarmacha, który ostatnio mocno podupadł na zdrowiu. W 1976 roku polityczni decydenci, upartyjnione media, a w ślad za nimi duża część opinii publicznej mocno marudzili na srebrny "tylko" medal. Raczej nie wyznawali amerykańskiej zasady, w myśl której drugi na mecie to pierwszy z przegranych, bardziej chodziło o wyszukanie kozła ofiarnego, skoro Polska niekoniecznie rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej... Rozgoryczony nagonką trener Górski spakował manatki i wyjechał do Grecji ku radości swojego asystenta Jacka Gmocha, dla którego zwolniła się droga do objęcia pierwszej reprezentacji Polski. Co ciekawe brązowy medal polskich szczypiornistów na tych igrzyskach słusznie bardzo fetowano, a trenerzy Stanisław Majorek i Janusz Czerwiński oraz zawodnicy z Jerzym Klempelem i Zygfrydem Kuchtą na czele przeszli do historii polskiego sportu.
"Szanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść, nauczmy się je cenić"- śpiewał zespół Skaldowie, a ja to popieram i już cieszę się na jubileuszową Galę poświęconą jakże udanym dla Polski Igrzyskom Olimpijskim w Montrealu. Przypomnę: 26 medali, w tym 7 złotych. Warto przypominać naszych złotych bohaterów: Irena Szewińska, Janusz Pyciak-Peciak, Jerzy Rybicki, Tadeusz Ślusarski, Jacek Wszoła, Kazimierz Lipień oraz prowadzeni przez legendarnego Huberta Wagnera siatkarze, jednak bohaterami byli też srebrni i brązowi medaliści. Cztery lata wcześniej dorobek w Monachium też był okazały: siedem złotych krążków, w tym dwa dla bliskich naszej redakcji Witolda Woydy i Władysława Komara oraz dla Orłów Kazimierza Górskiego - chwilę później rewelacji mundialu. Dziś możemy tylko pomarzyć o takim dorobku medalowym, czego nieprzemakalny Prezes PKOL Radosław Piesiewicz zdaje się nie zauważać, grzejąc się własnym odbiciem w lustrze. W sprawach olimpijskich laurów Biało- czerwonych moją pamięć skutecznie odkurza wybitny trener koszykarski Andrzej Kuchar (też olimpijczyk), wierny Czytelnik "Sportu".
Ubawiłem się niedawno czytając w zaprzyjaźnionej z nami gazecie sportowej "PS" wspomnienia Tomasza Frankowskiego z okresu jego gry w Wiśle Kraków. W czasie meczu na Cyprze bramkarz Białej Gwiazdy zostawiał bidon z wodą obok słupka jak to golkiperzy mieli w zwyczaju. Głupio dowcipny chłopiec podający piłki, wykorzystując daleki wybieg zawodnika z bramki, wylał z bidonu wodę a na jej miejsce... nasikał. Zmęczeni upałem piłkarze Wisły sięgnęli po bidon, łyknęli solidnie, a gdy się zorientowali, było już za późno. Mocz podobno nie szkodzi, istnieje nawet dziedzina medycyny naturalnej zwana urynoterapią...
Powszechną rozrywką sportowców podróżujących autokarem była gra w karty. Znany trener Leszek Jezierski uczył swoich podopiecznych zasad brydża, kierek a nawet pokera. Podróże trwały kiedyś długo, nikomu w Polsce nie śniły się jeszcze autostrady ani ekspresówki. Kilka partyjek karcianych umilało podróż. Grało się na zapałki, które później wymieniano na brzęczącą walutę, co bardzo integrowało zespół. Dziś zawodnicy, wychodząc z autokaru, słuchają głośnej muzyki w olbrzymich słuchawkach, żują gumę, przebierają po klawiszach smartfonów i innych cudów techniki. Rozmów nie słychać a karty do gry dawno pożółkły jak w piosence Krzysztofa Krawczyka ("zgrałem tysiąc talii kart, które lubią dym").
A może gdyby Modrić był łysy to Chorwacja ograłaby Portugalię? Fot. Pixsell/SIPA USA/PressFocus
Piłka nożna to nie skok w dal, gdzie centymetrowy spalony może nawet unieważnić rekord świata. Długość włosa na głowie i rozmiar buta nie powinien decydować o anulowaniu gola. W latach 80-tych Bałtyk Gdynia grał bardzo ważny mecz o utrzymanie w Ekstraklasie. Jedyny gol padł po wznowieniu gry z rzutu od bramki, gdy o wybitą przez bramkarza piłkę w powietrzu walczył na środku boiska jego partner. Muśnięta(?) włosami futbolówka poleciała do będącego na pozycji spalonej (nie mylić ze spalonym) kolegi, który samodzielnie popędził na bramkę niczym Grzegorz Lato z Brazylią po brązowy medal Mundialu, a na koniec zdobył gola. Rozpoczęła się dyskusja: dotknął piłkę włosami czy nie? Nikomu nie śniło się wtedy o VAR ani innych cudach techniki. Ówczesny szef polskich sędziów Eksztajn senior czujnie wysłał na tak ważny mecz dwóch doświadczonych obserwatorów. Nazajutrz zawezwał do siebie obu z prośbą o opinię na temat kontrowersyjnej bramki. "Szefie, w momencie tego zagrania facet przede mną rozłożył parasol bo zaczęło padać". Spokojnie, pomyślał boss, mam w odwodzie jeszcze drugiego emisariusza. Ale od tamtego usłyszał: "Zjadłem coś w pociągu i pogoniło mnie do toalety tuż przed tym golem". W ten sposób tajemnica zwycięstwa Bałtyku nigdy nie zostanie rozstrzygnięta. Może to dobrze, że mamy dziś VAR i żadne przygody panów obserwatorów nam niestraszne?
