Nie trzeba daleko szukać
Na zapleczu ekstraklasy można znaleźć bramkostrzelnych napastników. Coraz więcej jest przykładów, które potwierdzają tę tezę.
Czy Przemysław Banaszak w końcu wyróżni się na tle ekstraklasy? Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus
Nie zawsze beniaminek ekstraklasy potrzebuje wzmocnienia w formacji ofensywnej. Czasem snajper, który spisywał się na drugim poziomie rozgrywkowym, może też być skuteczny w elicie. Przemysław Banaszak na razie zdobył dwa gole, co może nie jest powalającym wynikiem, ale napastnik Śląska Wrocław z pewnością jest wyróżniającym się zawodnikiem w układance trenera Ante Simundzy. Wpisał się na listę strzelców w starciu z Górnikiem Zabrze, a teraz - w minionej kolejce, w meczu z Widzewem Łódź, gdy wszedł z ławki.
Z Uzbekistanu, przez Łęczną, do Wrocławia
29-latek jest kolejnym przykładem udowadniającym, że czasem napastnik z pierwszej ligi może stanowić o sile ekstraklasowego klubu. Przed przenosinami do Wrocławia piłkarz ze Szczebrzeszyna spędził jeden sezon w ekstraklasie, w barwach Górnika Łęczna. Zdobył wówczas 4 gole w 28 spotkaniach. Spadł z ligi i trafił do Uzbekistanu, do Pakhtakora Taszkient. Tam po 1,5 roku nie przedłużono z nim kontraktu i pozostawał bez klubu przez pół roku. Znów odezwali się do niego działacze z Łęcznej: w 1. lidze brylował, trafił do Śląska, z którym awansował do ekstraklasy, a teraz znów, po raz drugi w karierze, chce wszystkim w Polsce pokazać, że potrafi grać w piłkę. Wiele wskazuje na to, że na dwóch bramkach jego licznik się nie zatrzyma. Jest w formie, a gra na wyższym poziomie nie wpłynęła na niego negatywnie.
Są tuż pod nosem
Przykład Banaszaka pokazuje, że nie zawsze trzeba przeszukiwać zagraniczne rynki w poszukiwaniu dobrych napastników. Czasem bramkostrzelny snajper znajduje się tuż pod nosem ekstraklasowych działaczy, na zapleczu elity. W ostatnich miesiącach przekonała się o tym Legia Warszawa. Zimą poszukiwała za wszelką cenę „dziewiątki”, która mogłaby pomóc w obliczu kontuzji Jeana-Pierre’a Nsame oraz zdumiewającej nieskuteczności Milety Rajovicia. Tak w 1. lidze odnalazła Rafała Adamskiego, który wcześniej w ekstraklasie nie mógł się przebić. Gdy jednak ograł się w Pogoni Grodzisk Mazowiecki, po przenosinach do Legii szybko stał się wyróżniającą się postacią. Zdobył 4 gole i zaliczył 2 asysty w poprzednim sezonie, a po starcie nowych rozgrywek już dwukrotnie pokonywał bramkarzy. Co więcej, Warszawianie znów wyruszyli na podbój zaplecza ekstraklasy i latem sprowadzili z Polonii Warszawa Łukasza Zjawińskiego, kolejnego człowieka, który w przeszłości próbował przebić się na najwyższym szczeblu rozgrywkowym, ale ani w Stali Mielec, ani w Lechii Gdańsk, ani też w Widzewie Łódź mu się to jednak nie udało. Dopiero po dobrym okresie na zapleczu wszedł do ekstraklasy z futryną, już trzykrotnie wpisując się na listę strzelców.
Jest ich więcej?
Nieco inną drogę obrał Karol Czubak. 26-latek przez lata grał w pierwszoligowej Arce Gdynia. W sezonie 2024/25 w rundzie jesiennej był najlepszym strzelcem rozgrywek i zimą postanowił wybrać zagraniczne wojaże. Trafił do KV Kortrijk i po słabych miesiącach w Belgii powrócił do ojczyzny, ale do ekstraklasowego Motoru Lublin, w którym od razu walczył o koronę króla strzelców. Gdyby więc wymazać z jego CV półroczny pobyt w Kortrijk, też należy zaliczyć go do piłkarzy odkrytych na zapleczu ekstraklasy. I zapewne takich snajperów jest więcej. Kto wie, może w najbliższych oknach transferowych do ekstraklasy trafi Mateusz Stanek, który w sezonie 2025/26 grał w 2. lidze i wywalczył z Wartą awans do 1. ligi, a teraz, po zaledwie pięciu kolejkach, zdobył już cztery bramki na zapleczu elity.
Kacper Janoszka
