Nie płacz, kiedy odjadę...

Okienko transferowe zamknie się za osiem tygodni, ale od dawna wiemy, że wiele ważnych postaci minionych miesięcy na naszych boiskach nie zobaczymy. Za kim będziemy tęsknić najbardziej?

Prawda, że takie zapasy dobrze się oglądało? Radovan Pankov kontra Afimico Pululu już się w ekstraklasie szarpać nie będą... Fot. Michał Kość / Press Focus

Piłkarski rynek próżni nie znosi. Zainteresowanie nim nakręcają nie tylko mundialowe czy pucharowe mecze, ale też „ruch w interesie”, czyli roszady w kadrach zespołów. Ekstraklasa tego lata straciła kilka ważnych – błyskotliwych lub po prostu solidnych piłkarsko – postaci. Paru z nich będzie nam brakować...

Koniec przytulania

- Coś się dziś w piękny sposób skończyło. To już jest koniec; i smutek, bo odchodzi wspaniały piłkarz i człowiek – tak Adrian Siemieniec, trener Jagiellonii, publicznie żegnał Afimico Pululu. To chyba największa gwiazda ligi, która ją opuszcza. Nie bez żalu (patrz wyimek), ale też z konkretnym celem: zrobienia kroku w przód w kierunku topowych lig Europy. Nieprzypadkowo po Białymstoku niosły się pogłoski o zainteresowaniu Hiszpanów z Rayo Vallecano czy Espanyolu; wszak z „południowcami” rozumiał się w Dumie Podlasia świetnie. Boiskowo, i tak zwyczajnie, po ludzku. O tym też nie omieszkał wspomnieć opiekun Jagi. - Drużyna nie będzie taka sama. Jesus Imaz nie poda do Pululu, nie będzie zdejmował z niego presji przed karnym, nie będą się przytulać i uśmiechać po golach, podawać do siebie w kombinacjach... - wzdychał, wyliczając zupełnie niemierzalne wartości napastnika.

ZAPAMIĘTAMY...

Mam świadomość, że ludzie tutaj mnie kochają i wspierają przez cały czas. Nawet gdy gram gówniany mecz, stoją za mną. Kocham też Białystok, ale zdecydowałem się odejść, bo mam marzenia, które chcę realizować. Chcę dojść w piłce najwyżej, jak się da.

Afimico Pululu na pożegnanie z Jagiellonią


Niemierzalne charakterologicznie, ale całkiem wymierne w sensie finansowym. Milion euro na rok – na ten poziom zarobków chciałby wejść Pululu. Oczywiście „kaprys” właściciela Widzewa czy sponsora Wieczystej – ładnie wyglądają w mediach zestawienia nazw tych klubów z nazwiskiem Kongijczyka – mógłby te oczekiwania zaspokoić i zachować go dla polskiej piłki ligowej. W Białymstoku na takie sugestie odpowiadają jednak dość konkretnie: „Pulu strzelał gole w ćwierćfinale europejskich pucharów, był królem snajperów Ligi Konferencji, zdobył mistrzostwo i Superpuchar Polski. Co on miałby tu jeszcze osiągnąć?”. Ale akurat w przypadku Pululu niczego nie przesądzamy w sposób ostateczny; tym bardziej, że umowy wciąż nie podpisał, z czołówek gazet i portali spadł już dawno, a zamiast wspomnianych klubów hiszpańskich czy belgijskiego Cercle Brugge, zaczęły się przy jego nazwisku pojawiać nazwy saudyjskie i rosyjskie. Czyżby sportowe ambicje, o których mówił, jednak miały ustąpić (szeleszczącej banknotami) prozie życia?

Jak już jesteśmy przy Dumie Podlasia, odnotujmy jeszcze wyjazd Bartosza Mazurka do Salzburga. Trzy bramki we Florencji zapadły Europie w pamięć, a my możemy żałować, że nie będziemy z bliska oglądać jego piłkarskiego rozwoju. W tych samych kategoriach ocenić trzeba transfer Jana Leszczyńskiego do Moenchengladbach. Niby niczym wielkim jeszcze się w lidze nie zapisał, a jednak żal...

Kasa, misiu, kasa...

A propos Legii. Polską ligę opuścili też Juergen Elitim oraz Radovan Pankov. - Chciałem, żeby pozostali, ale nie byliśmy w stanie podołać finansowo temu wyzwaniu. Oferty, które otrzymali, były nie do przebicia – tak Marek Papszun, który minionej wiosny mocno ufał temu duetowi, z żalem komunikował rozstanie obu panów z polskimi boiskami. Kolumbijczyk też spędził nad Wisłą trzy sezony i choć nie był tak spektakularną postacią, jak wspomniany Pululu (bo i pozycja boiskowa dużo mniej spektakularna), całkiem nieźle w pamięci fanów z Łazienkowskiej się zapisze. Z kontraktem, jaki zaproponował mu beniaminek tureckiej Super Lig, Bursaspor, Legia – jak mówił Papszun – konkurować nie była w stanie.

Dla Serba również górną granicą „wytrzymałości” w PKO BP Ekstraklasie okazały się trzy sezony. Mimo intensywnych nacisków ze strony byłego już dyrektora sportowego warszawian, Michała Żewłakowa, postanowił zmienić otoczenie. Korea Południowa (Jeonbuk Hyundai Motors) jeszcze wyglądała nieźle, ale czy Persija Dżakarta na pewno oznacza rozwój sportowy Serba? Hm...

Z czego go zapamiętamy? Jak to ludzi z Bałkanów – z gorącej krwi (nie zawsze na boisku – przypominacie sobie reakcję już za linią boczną po drugiej żółtej kartce w meczu z Lugano albo zamieszanie pod szatniami w Alkmaar, którego stał się czynnym uczestnikiem?) i... zadziwiającej czasami łagodności arbitrów dla jego bezkompromisowości (Bartoszowi Nowakowi do dziś włos się jeży na wspomnienie „wślizgu” stopera na Nowej Bukowej). Następca Pankova – zakontraktowany już Zoran Arsenić – tak twardych kości raczej nie ma...

ZAPAMIĘTAMY...

Przepraszam, że to powiem, ale czujemy się ***. Co innego można czuć po takim meczu? Mój gol? Nie ma znaczenia. Zamieniłbym wszystkie gole na zwycięstwo w meczu. Mówię to z głębi serca. Nie liczę goli, liczę zwycięstwa.

Radovan Pankov charakternie o meczowych celach


Zgrzyty

Za każdym z dotąd wymienionych graczy wzdychać będą kibice, ale i działacze klubów, których barwy reprezentowali. W Częstochowie to westchnienie będzie raczej jednostronne: z trybun, a nie z gabinetów. Bo to w tych ostatnich zapadła decyzja, że po sześciu latach i dokładnie 50 golach ligowych w dalszą podróż za szczęściem futbolowym ruszać może Ivi Lopez. Dał Rakowowi wszystko, co dać można na krajowym gruncie: mistrzostwo, Puchar i Superpuchar, sobie zostawił koronę króla strzelców i miano „Piłkarza sezonu” - oba trofea zgarnął w 2022. To był czas, w którym piłkarz z trenerem (Markiem Papszunem) „pili sobie z dzióbków”. Druga przygoda szkoleniowca z klubem spod Jasnej Góry przyniosła już jednak szereg zgrzytów wokół wywiadów oraz wpisów Hiszpana w mediach społecznościowych.

Kibice jednak wybaczali swemu idolowi wszystko. I będą po nim płakać bardziej niż po jakimkolwiek innym zawodniku drużyny w „nowożytnej epoce” historii Rakowa. On sam zaś doskonale wie, że po serii kontuzji jego futbolowa „atrakcyjność” nawet na hiszpańskim rynku drugoligowym spadła. Może wystarczy jej na jakąś słabszą – acz dobrze płacącą, bo to pewnie będzie jego ostatni duży kontrakt w życiu – ligę? Na przykład bliskowschodnią? Na razie sam zawodnik w „socjalach” dzielił się jedynie wrażeniami z pobytu na Krecie; cóż czas urlopowy trwa...

ZAPAMIĘTAMY...

Dziękuję klubowi za to, że dał mi szansę zagrać tutaj w najgorszym momencie mojego życia. Przyjechałem i od razu zrozumiałem, że to miejsce to prawdziwa rodzina. Zrozumiałem, że jeśli będziemy zjednoczeni, możemy osiągnąć wszystko to, co ostatecznie osiągnęliśmy (teraz o to trudniej, sami widzieliśmy). Odchodzę stąd z bagażem niesamowitych wspomnień, tytułów i potężnych emocji.

Ivi Lopez wyjeżdżając z Częstochowy


Milion. Na głowie

No i na koniec pożegnanie, które... wcale pożegnaniem nie jest. Lukasa Podolskiego – najbardziej utytułowanego piłkarza, jaki kiedykolwiek zagrał w ekstraklasie, nie zobaczymy już na murawie Areny Zabrze; nie zostanie więc najstarszym autorem bramki w polskiej elicie. Ale nie zniknie z radarów kibiców. - OK ja jestem trenerem, a on moim zawodnikiem, ale od początku było jasne, że Lukas Podolski w Górniku to coś więcej. Piłkarze zazwyczaj koncentrują się tylko na swoich występach na treningu i na tym, co zrobić, by dobrze zagrać, a „Poldi” oprócz tego ma milion rzeczy na głowie – jeszcze przed końcem sezonu (i przed końcem negocjacji na temat kupna Górnika od gminy Zabrze) mówił trener obecnych wicemistrzów Polski, Michal Gašparik

Mistrz świata sprzed 12 lat będzie się teraz poniekąd uczyć zarządzania klubem – wymagającego być może jeszcze „większego maksimum” niż to, o którym mówi w przytoczonym obok cytacie. Wchodzi do gabinetowej gry w dobrym momencie: gdy Zabrzanie mają szansę pokazania się w Europie. Złote myśli Podolskiego z pewnością więc z medialnych łamów nie znikną; oby frajda z nich przełożyła się także na  frajdę z wyników drużyny na murawie!

Dariusz Leśnikowski

ZAPAMIĘTAMY...

Mam swój styl, charakter. Chcę dać z siebie maksimum, by na koniec wygrać mecz. Czasem trzeba zrobić faul taktyczny, żeby nie padł gol. Czasem to boli, trudno. Z sędzią też kłócę się tu i teraz, bo po meczu będzie za późno. Walczę o swoje. Czasem trzeba być „ciulem” na boisku.

Lukasa Podolskiego motto boiskowe



Lukas Podolski kontra Juergen Elitim – każdy z nich miewał momenty godne zapamiętania na ekstraklasowych boiskach. Fot. Tomasz Jastrzebowski / Foto Olimpik / PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się