Nie ma czasu na delirium
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Najlepsze w tym mundialu było to, że tak późno się skończył. Ani chwili na żałobę, tradycyjną depresję lipcową, żadnego odstawieniowego delirium – ot, dzień przerwy i eliminacje pucharów na pełnej z udziałem naszych ekip. Choć Szpakowski błysnął angielszczyzną i w finałowym studio rzekł był „Show must go!”, jeden spektakl płynnie przeszedł w drugi. Tyle, co trampiszon został ściągnięty z podestu Hiszpanów świętujących zdobycie mistrzostwa świata (i wymazany ze zdjęcia, bo się wcisnął w kadr), a już na boiska wbiegli nasi pretendenci do Champions League.
Jestem już za stary, żeby robić sobie przerwy od futbolu, ma być grane cały rok, to mi się podoba, chciałbym umrzeć podczas oglądania meczu, jeśli nie utłukę się w końcu w górach lub jaskiniach, ani duża śmierć nie przyjdzie po mnie w czasie petit mort. Mundialowe mecze o medale implikowały niejakie wybrzydzanko ze skrajnie różnych powodów – jeden był karnawałem goli i składnych akcji, drugi festiwalem brudnej gry i niemocy ofensywnej, jeden był wyszukanym daniem, do którego zapomniano użyć przypraw, w drugim podano jako przystawkę papryczkę carolina reaper, która wypaliła kubeczki smakowe – obie potrawy były niestrawne.
6:4 to niepoważny wynik niepoważnego meczu, w którym Francuzi najpierw zademonstrowali, że gra o brąz jest poniżej ich godności, a potem Anglicy uznali, że rzuconego ochłapu to oni nie chcą. W efekcie jedni pozwalali drugim strzelać ile wlezie, nikt nikogo nie faulował, nikt nikomu ukradkiem nie wkładał palca w odbyt, walki o piłkę nie stwierdzono, jak już jedna ekipa ją miała, to pozwalano jej akcję dokończyć i czekano, co z tego wyniknie.
Być może Jankesi tak właśnie wyobrażają sobie piłkę nożną – nieustająca fiesta, hokejowa ilość bramek, indywidualne popisy i brak paraliżującej stawki, bo nie o ciężar gatunkowy chodzi, lecz o zabawę. Mieliśmy zatem do czynienia z efektowną parodią futbolu, czymś w rodzaju meczu pokazowego, boiskowej operetki, każdy odśpiewał swój kuplet i zatańczył kadryla; nazywanie tego wydarzenia meczem doskonałym jest nieporozumieniem, to raczej wysoki poziom kabaretowy, nie tak arcydzielny jak u Starszych Panów, może nieco lepszy niż u Olgi Lipińskiej. Harry Kane stwierdził, że na tę imprezę nie ma ochoty, przyglądał się z ławki, jak nienasycony dzieciak Mbappe za zgodą rywali odbiera Messiemu prymat strzelca wszech czasów.
Argentyna popełniła zasadniczy błąd, wygrywając z Anglią w półfinale – wiadomo było bowiem, że Hiszpanom nikt nie podskoczy, a mecz o trzecie miejsce jako bezpośrednie starcie zainteresowanych indywidualnymi trofeami byłby pasjonujący. Stało się inaczej, finał był męką niesłychaną, Hiszpania biła głową w mur i pewnie prędzej by sobie czaszkę roztłukła, niż go sforsowała, gdyby Argentyna nie przystąpiła do dogrywki w dziesiątkę. Albicelestes doskonale grali w tym meczu role odrażających-brudnych-złych, gdyby wygrali w karnych, byłoby to najbrzydziej zdobyte mistrzostwa świata w historii, a jednak serce mi pękło, gdy patrzyłem na łzy Leo, a radość dominatorów z Europy jedynie mnie drażniła.
Na pociechę przyszło czekać niecałe dwie doby – nasze drużyny pucharowe spisały się nadspodziewanie dobrze. Górnik z lejem po bombie w środku pola (dziwaczna rejterada Hellebranda na szmelc do Kielc i złamana ręka Kubickiego) dzielnie walczył z ekipą dwadzieścia razy więcej wartą (według aktualnej wyceny transfermarkt) i gdyby nie błąd w ustawieniu muru przy rzucie wolnym, wyjechałby ze Stambułu z remisem. Jeśli z ławki Fenerbahce wchodzą na boisko Marco Asensio i Mason Greenwood, to ja nie mam pytań, nikt się nie spodziewał, że Górnik powalczy o awans, tymczasem przed rewanżem czytam, że „Turcy mają obawy o wynik” - to znaczy, że wicemistrz Polski przeszedł samego siebie.
Lech ma bardzo poważną zaliczkę przed rewanżem, ograć trzema golami mistrza Danii na wyjeździe to nie jest polski standard, ale nikt lepiej od Poznaniaków nie pamięta, że 4:1 to niebezpieczny wynik. Trzy lata temu w ćwierćfinale LK Lech odrobił tyle we Florencji i napędził strachu gospodarzom. W tym roku Jaga też odrobiła we Florencji trzy gole i doprowadziła do dogrywki. Wysoka wygrana wyjazdowa może uśpić czujność przed rewanżem, a jeśli Skandynawowie poczują krew, rzucą się na Lecha jak wilcy na jagniątko.
Tak czy owak, Lech jest już jedną nogą w fazie ligowej pucharów, ale co polosowały nasze drużyny, to głowa boli. Raków ma przejść Anderlecht? Jaga Rangersów z Glasgow? Gieksa Łudogorca? Słabo to wygląda. A jak się Lech dostanie do Champions League jako polski jedynak i będzie tam wszystko przegrywał, to znowu polecimy w tym rankingu UEFA tam, skądeśmy się wspięli.
Harry Kane stwierdził, że na tę imprezę nie ma ochoty, przyglądał się z ławki, jak nienasycony dzieciak Mbappe za zgodą rywali odbiera Messiemu prymat strzelca wszech czasów... Fot. Icon Sport/SIPA USA/PressFocus
