Najniebezpieczniejsze miejsce Ameryki
Zapiski (29) amerykańskie
Michał Zichlarz
Raz, podczas dość przypadkowej wizyty na Coney Island na Brooklynie, spotkałem kilku gości w białych koszulkach z napisem „Guardian Angels”. Jak wytłumaczył mi na miejscu znajomy, to społeczna organizacja wolontariuszy założona w latach 70. przez mającego polskie pochodzenie Curtisa Sliwę (w 2021 i w 2025 roku ubiegał się o miano burmistrza Nowego Jorku). Miała na celu m.in. walkę o poprawę bezpieczeństwa w metrze, które w tamtych czasach było dalekie od tego, co jest teraz.
A teraz jeździłem po mieście o 2.00, 3.00 czy 4.00 w nocy, wracając z meczów, i nie czułem się w ogóle niebezpiecznie. Inna rzecz, że policji, a nawet wojska w metrze i na ulicach - z ostrą bronią oczywiście - nie brakuje.
Jednym z najniebezpieczniejszych miejsc Ameryki - ale o tym dowiedziałem się, czytając o wszystkim, nie żebym czegoś doświadczył na własnej skórze - jest Tunel Lincolna. Łączy on Manhattan, czyli serce Nowego Jorku, z New Jersey, gdzie usytuowany jest Met Life Stadium, główna arena mistrzostw świata. Wybudowany w latach 30., nazwany na część prezydenta Abrahama Lincolna, ma ok. 1,5 mili, czyli 2,4 kilometra.
Dlaczego to takie niebezpieczne miejsce? Ze względu na kluczowe połączenie, a także swoją budowę, dwa pasy biegnące w jedną stronę, a dwa w drugą. Tunel Lincolna i inny, Holland Tunnel, są uznawane za idealne miejsce na terrorystyczny atak. Zresztą po 11 września 2001 i zniszczeniu dwóch wież World Trade Centre, Tunel Lincolna przez kilka miesięcy był wyłączony z użytkowania. A jego brak to paraliż miasta i New Jersey. W 1995 roku dziesięciu mężczyzn zostało skazanych za planowany zamach bombowy, w którym radykalna grupa islamska planowała wysadzić pięć lub sześć miejsc w Nowym Jorku, w tym tunele Lincolna i Hollanda oraz most George'a Washingtona.
Pięciokrotnie przemierzałem trasę tam i z powrotem ze stadionu na Manhattan i nic złego na szczęście się nie wydarzyło, a jedyne co irytowało, to zakorkowane miejsce. Raz, na początku mistrzostw, po meczu Francji z Senegalem, powrót ze stadionu do Nowego Jorku zajął dobre 1,5 godziny. Potem wszystko przebiegało już sprawnie (ok. 50 minut jazdy autobusem dla mediów). Najważniejsze jednak, że podczas mistrzostw wszystko przebiegło bezpiecznie. O to zadbały skutecznie jak żadne inne amerykańskie służby! Chwała im za to, a jak za Oceanem mówi się, kiedy widzi się wojskowego - mogę powtórzyć za miejscowymi: Thank you for your service!
Mihał Zichlarz
