Mecz, pot i łzy...
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Mundial, mundial i... po reklamach. Zapraszamy teraz nie do reklamy, a do... ciszy. Nie jestem jednak po tej szóstej niedzieli aż tak bardzo zmęczony dawką wrażeń. Wybierałem sobie bowiem z talerza Infantylnego tylko co bardziej smakowite kąski. Pamiętałem wszak o przestrodze – „emeryt jak pośpi, to by coś zjadł, a jak już zje, to by sobie pospał”.
Włączałem zatem telewizory w różnych zakątkach kraju planowo, ale ostrożnie, by nie wpaść w inną spiralę – emeryt jak pośpi, to by obejrzał mecz, a jak obejrzy, to by pospał. I co? Pewnie trochę straciłem, ale też dużo zyskałem. Nie kłóciłem się z nikim o spalone i pomarańczowe kartki. Przyjmowałem wszystko bez grymasu – jak leci. Za dużo tych finałów dotąd bowiem widziałem. Od 1966 – szesnaście!
Tuchel, który wygląda jak Teufel w piekielnym szale, popsuł mi jednak najważniejszą klamrę sportowego życia. Mając finał pod Nowym Jorkiem na wyciągnięcie ogona, cofnął Anglików do poczekalni historii. Bronił 1:0, bo nie zna Czesława M., który nawet przy 2:0 ułożyłby się z Argentyną i poprosił o jak najniższy wymiar kary.
A mogłem za swego żywota mieć razem z królem Karolem po raz drugi mistrzów świata z Wysp Brytyjskich. Przed sześćdziesięcioma laty za pomocą pergaminu odwzorowałem na kartonie logotyp tamtych finałów MŚ. A potem ręką dziesięciolatka wypełniłem wszystko farbami. Przez całe kibicowskie życie liczyłem, że malunek jeszcze kiedyś się przyda. Mam go, ale nie mogę się z nim za bardzo obnosić. Owszem, po spektakularnym meczu o trzecie miejsce wstydu nie ma, ale tytuł to jednak byłby tytuł!
Winston Churchill ostrzegał kiedyś rodaków – „nie mogę wam obiecać niczego oprócz krwi, znoju, łez i potu”. Krwi tym razem nie było, nawet potu nie za dużo, ale już łzy można było wynosić w konewkach. Nie wiadomo tylko dotąd, czy więcej było łez szczęścia, czy rozpaczy. Ale jakie to ma znaczenie dla przegranych?
O łzach powinno być szerzej, bo mam przed oczami scenę, gdy Iga ukryła twarz w ręczniku po wygranym meczu w Wimbledonie. Płakać każdy może, ale nie każdy chce publicznie. Taki Lautaro z trudem powstrzymywał łzy podczas pomeczowego wywiadu, a już Anglik Gordon, łudząco podobny do innego rudowłosego, Szkota Strachana, ronił łzę za łzą i nie skrywał tego pod żadną chusteczką. Płakał też Messi po finale, jakby ukradkiem, ale Yamal przytulił go jak wujka na kolejnych urodzinach. Kiedyś może jeszcze napiszę więcej o łzoterapii, bo nie godzę się z tezą, że prawdziwi dżentelmeni nie płaczą. Płaczą, tylko inaczej, a czasami nawet dostojnie.
Co zapamiętam jeszcze z tych finałów granych na trójpolówce amerykańsko-meksykańsko-kanadyjskiej? Choćby to, że w przeciwieństwie do naszych ekstraklasowych ci mundialowi sędziowie mało pili. Zapraszali graczy do baru, blisko VAR-u, co 22,5 minuty, a potem krępowali się przyznać, że też mają pragnienie. Bynajmniej nie sprawiedliwego wyniku. A arbiter to nie wielbłąd – robi błędy, ale pić powinien przynajmniej tyle, co kiedyś wszyscy ludzie Fryzjera.
Poprzedni felieton skończyłem zdaniem – Trump z Wami. I co? Tak było! Nawet Infantino nie był w stanie odciągnąć najważniejszego na świecie od nowych mistrzów. Ten za wszelką cenę chciał być na zdjęciu! Bo przecież jest na każdym i tylko on decyduje o tym, kto może mieć z nim selfie.
Ale tak gwoli historycznej prawdy jeden nie podał Donaldowi nr 1 ręki. Argentyńczyk Cristian Romero minął go z pogardą w trakcie wręczania medali przegranym. Złe wychowanie? Złe zachowanie? Typowe dla Argentyny. Falklandy są przecież ich, tak samo jak... niechęć szlachetnej części świata po żenujących scenach podczas i po ich niby wielkim finale.
A co krzepi? Prawie jak cukier. Młody Yamal, ten z numerem 19, który wydobył ze smutku TEGO z numerem 10. Objął go ramieniem i powiedział mu coś na ucho, nie zasłaniając tym razem ust. Vincić już tego nie widział. My chyba też nie chcielibyśmy Słoweńca więcej oglądać. Nawet bez gwizdka.
Miałem dziesięć lat, gdy... pokolorowałem świat. Rys. JCH
