Maszyna... losująca
Po Niebieskich nigdy nie wiadomo, jak akurat zagrają, ale w tym sezonie złe mecze przeważają nad dobrymi.
Piłeczka może i w Ruchu „chodzi”, ale nie „dochodzi” do żadnego celu. Fot. Gleb Soboliev/PressFocus
RUCH CHORZÓW
Na sześć meczów to był czwarty wyjazd – szukał przyczyny porażki w Głogowie trener Waldemar Fornalik. – To też trzeba wziąć pod uwagę. To nie są łatwe mecze. Chrobry jedzie i wygrywa z bardzo mocnym ŁKS-em. To też o czymś świadczy. Dlatego poczekałbym z pochopnymi komentarzami jeszcze ze 2-3 kolejki, żeby móc coś już zacząć oceniać – stonował szkoleniowiec wzbierające wśród społeczności wzburzenie, mimochodem zapowiadając domowe mecze z Unią Skierniewice i Podbeskidziem, a także wyjazd do Bytomia. A już w środę Ruch zagra na wyjeździe w Pucharze Polski z drugoligową Lechią Zielona Góra.
Prestiż nie ma znaczenia
Nie trzeba jednak czekać kolejnych kilku tygodni, aby stwierdzić, że w Ruchu nie dzieje się dobrze. Jak to w Chorzowie bywa – jedni wierzą w walkę o awans, inni drżą przed walką o utrzymanie, a prawda leży pośrodku. Niebiescy bowiem konsekwentnie robią wszystko, aby... stanowić o sile pierwszoligowego środka tabeli. Tylko tyle i aż tyle. Przegrać z Chrobrym to oczywiście nie wstyd, bo choć może jego nazwa nie brzmi tak prestiżowo, jak Lech, Legia czy Widzew, to jednak w ostatnich miesiącach Głogowianie są sportowo ponad Chorzowianami, ale nie jest to żaden gigant, będący poza zasięgiem Ruchu. – Jeden błąd w pierwszej połowie zadecydował, że mecz został ustawiony. Potem biliśmy głową w mur, gdy próbowaliśmy dochodzić do sytuacji. Mieliśmy okazje, z których można zdobywać bramki, ale niestety tak się nie stało. W końcówce, gdy myśleliśmy o wyrównaniu, straciliśmy drugą bramkę – mówił Fornalik, a następnie dodał niepokojąco: – Na pewno problemem jest kreowanie sytuacji z tak grającym zespołem.
Gdzie ta poprzeczka?
Chrobry to zespół znakomicie zorganizowany. Mając prowadzenie nie kwapił się do atakowania Ruchu i – jak to powiedział trener Fornalik – Niebiescy bili głową w mur. To ciekawe o tyle, że w poprzednich meczach jego podopiczni z kreacją akurat problemów nie mieli. Mieli ze skutecznością, ale w Głogowie... nie było za bardzo czego marnować. Były dwa obiecujące rzuty wolne, dwa celne uderzenia z dystansu i próba pod poprzeczkę Daniela Szczepana. Faktycznie, były to sytuacje – znowu cytując „Kinga” – z których można zdobyć bramkę, lecz daleko było im do „setek”. Nie było takiej nawałnicy, jak z Lechią Gdańsk – ale Lechia była wówczas na innym, znacznie niższym poziomie organizacyjnym niż niedzielny Chrobry. Czyżby w ten sposób klarowała się poprzeczka, przez którą Chorzowianie będą mieli przeskoczyć? Może faktycznie trzeba poczekać na mecze z Unią, Góralami i Polonią (Bytom, bo z tą warszawską też było ciężko).
Co najwyżej przeciętni
W przypadku Ruchu nigdy nie wiadomo, co się akurat... wylosuje w danym meczu – kto trafi z formą, a kto nie; komu siądzie piłka, a komu nie itp. Niebiescy mają niezły skład – ale są w 1. lidze od nich lepsi, są również gorsi. Cały czas aktualne zdaje się to, z czym zgodziliśmy się choćby w rozmowie z Maciejem Sadlokiem, niedawno jeszcze obrońcą 14-krotnych mistrzów Polski – że Chorzowianie potrafią na boisku właściwie wszystko, tj. grę pozycyjną, kontrę, stały fragment, fazę przejściową itp. Sęk w tym, że w każdym z tych aspektów są co najwyżej przeciętni... i nigdy nie wiadomo, co im akurat wyjdzie. Obecnie po zwolnieniu mechanizmu maszyny losującej wyniki są gorsze, bo wielu graczy jest bez formy, a w kadrze wciąż są pewne braki, głównie w kontekście jakościowego napastnika. Przeprowadzone latem transfery raczej nie uczyniły Ruchu zespołem bardziej konkurencyjnym w 1. lidze.
Piotr Tubacki
