Martwe dusze
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Przed tygodniem obiecałem Szanownym Czytelnikom mundialowe remanenty, ale po przeczytaniu setek lepszych i gorszych komentarzy biegłych w piórze i klawiaturze kolegów wymiękłem. Wszak nie ma na świecie starszej rzeczy niż wczorajsza gazeta sportowa, z wyjątkiem felietonów rzecz jasna. Dziś prawdziwe i fałszywe informacje rozchodzą się z szybkością błyskawicy w internecie - ku zbawieniu i przekleństwie ludzkości. Ograniczę się zatem do meczu finałowego, moim zdaniem nudnego jak flaki z olejem. ZERO strzałów przez 90 minut ze strony Argentyńczyków to osiągnięcie trudne do pobicia nawet przez moich ulubieńców z A-klasowej Słupii Sulęczyno. Finał przypominał pojedynek pięściarski, w którym jeden z rywali tylko klinczuje, trzyma, obejmuje, chowa się za podwójną gardą, a drugi nie wie jak się do niego dobrać. Messi z kolegami liczył, że będzie jak w meczu z Anglią, gdy kilka zabłąkanych ciosów pod koniec przesądziło. Nie z Hiszpanami takie numery, oni cierpliwie czekali i się doczekali. Legendarny Leszek Drogosz, zwany nie bez powodu "Czarodziejem ringu", zadawał w walce ledwie kilka ciosów a i tak wygrywał (3 mistrzostwa Europy i medal olimpijski), bo rywalom nie udawało się go trafić ani razu dzięki cudownym unikom i uskokom opartych na wspaniałej pracy nóg.
Omal nie umarłem ze śmiechu po werdykcie - nie wiedzieć czemu popularyzowanej w mediach - organizacji IFFHS, czyli Światowego Stowarzyszenia Historyków i Statystyków Futbolu. Nienazwani z imienia i nazwiska członkowie tego gremium wymyślili, że najlepszym sędzią ledwo co zakończonego Mundialu był... Slavko Vinćić. Bareja by lepiej tego nie wymyślił. Chyba nawet sam arbiter meczu finałowego był zdziwiony. Na pewno nie był najlepszym sędzią tego turnieju, bądźmy poważni. Niech mu się wiedzie w karierze działacza, bo chyba taką ścieżkę wymyślili mu patroni z FIFA i UEFA.
IFFHS, czyli Światowe Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu wymyśliło, że najlepszym sędzią ledwo co zakończonego Mundialu był... Slavko Vinćić. Bareja by lepiej tego nie wymyślił. Chyba nawet sam arbiter meczu finałowego był zdziwiony. Na pewno nie był najlepszym sędzią tego turnieju, bądźmy poważni!. Fot Icon Sport/SIPA USA/PressFocus
Więcej znaków zapytania trzeba postawić przy IFFHS, organizacji założonej w 1984 roku w Lipsku, czyli istniejącym do 1990 roku najobrzydliwszym państwie świata - NRD. Agenci komunistycznej bezpieki STASI byli wszechobecni w każdej instytucji, zaglądali do każdego domu. 100 tysięcy funkcjonariuszy i dwa razy tyle donosicieli na 16 milionów obywateli to wynik przebijający sowieckie NKWD i polski UB wielokrotnie. Agentami STASI byli też prominentni sędziowie piłkarscy, Rudi Gloeckner i Adolf Prokop, a ilu ich kolegów kablowało po cichu? Niemożliwe, by wśród założycieli IFFHS nie było szpicli. Czasami jeździłem do NRD sędziować mecze i zawsze w drodze z lotniska do hotelu, a potem na stadion towarzyszył nam ten sam osobnik w skórzanym płaszczu i filcowym kapelusiku, zaskakująco dobrze mówiący po polsku. Swój chłop, brat łata, umiał wzbudzić zaufanie. Każde nasze słowo nagrywał i przekazywał kolegom z polskiej bezpieki, o czym dowiedziałem się po latach z akt IPN. NRD przypominała opisane wybornie przez Mikołaja Gogola w "Martwych duszach" miasteczko, w którym "wszyscy judasze, jeden tu tylko porządny człowiek to prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia". Wokół nas też kręcą się podobni do bohatera Gogola niejakiego Cziczikowa osobnicy. Sprawiają wrażenie spokojnych, miłych i uczciwych ludzi, a naprawdę są łajdakami. Znam kilku takich w polskim futbolu.
Przerwa w finałowym meczu Mundialu 2026 trwała 27 minut choć zgodnie z przepisami powinna 15. W tym czasie milionom ludzi na całym globie prezentowały się gwiazdy estrady. Justin Bieber, Madonna, Shakira, Burno Boy, BTS. Przypominało to groch z kapustą lub przesłodzoną herbatę. Czy ktoś pomyślał o wytrąconych z rytmu piłkarzach trzymanych zbyt długo w szatni jak kiedyś gladiatorzy w Koloseum? Rozgrzewka sportowca i czas przerwy są wyliczone co do minuty, a koncentracja to podstawa sukcesu. Wszystko to zlekceważono byle tylko na amerykańskiej ziemi dać ludziom show w amerykańskim stylu. Nie był on dany Robertowi Lewandowskiemu. Jego debiut w Chicago Fire był nieudany pod każdym względem. Pustawe trybuny w Miami, szkolne błędy na boisku, zmiana naszego idola długo przed końcem - nie tak to miało wyglądać. Pozostaje pocieszyć się ludowymi mądrościami "pierwsze koty za płoty" i "pierwsze śliwki robaczywki". Nie wątpię w Roberta, bardziej boję się o profesjonalizm chicagowskich działaczy i szkoleniowców.
Z grona pląsającego i podśpiewującego do playbacku na nowojorskim stadionie najmilsza mi Shakira. Onegdaj byłem delegatem UEFA na meczu Barcelona - PSG. W Barcy grał wtedy Gerard Pique, życiowy partner kolumbijskiej piosenkarki, a moim opiekunem z ramienia klubu był jego dziadek, bardzo sympatyczny restaurator, gawędziarz. Gdy na 10 minut przed końcem meczu w 2017 roku wydawało się, że Katalończycy nie odrobią już strat z Paryża, pocieszyłem go cytatem z Kazimierza Górskiego "dopóki piłka w grze...". Zasmucony odparł, że nie ma szans, ale spełni każde moje życzenie gdy jednak zdarzy się cud. Cud się zdarzył, Barca wygrała 6-1, a ja... poprosiłem o bilet na koncert Shakiry. Zapomniałem dawno o sprawie, gdy po pół roku otrzymałem list z biletem na ekskluzywny koncert słynnej wokalistki w małym klubie. Shakira zaśpiewała wzruszająco. W życiu wszystko musi mieć swoje miejsce i czas.
Z grona pląsającego i podśpiewującego do playbacku na nowojorskim stadionie najmilsza mi Shakira. Fot, Johnny Louis/SIPA USA/PressFocus.
