Maja ma mentalność wielkiej zawodniczki
Do Ameryki lecimy wygrać turniej. Sportowiec nie startuje w zawodach po to, żeby wygrać jedną rundę. Jedzie po zwycięstwo. A czy się uda, to już zależy od wielu okoliczności - rozmawiamy z Jaroslavem „Bobem” Machovskym, trenerem Mai Chwalińskiej.
Maja Chwalińska na mączce zawsze będzie czuła się bardzo dobrze, ale przecież potrafi wygrywać także na kortach twardych Fot. SIPA USA/PressFocus
Proszę się nie śmiać, ale skąd wziął się „Bob”?
– Bob? Myślę, że miałem wtedy między 7 a 12 lat i grałem dużo w szachy. W szkole startowaliśmy w różnych turniejach, w mistrzostwach regionalnych. Wygrywałem ich naprawdę sporo. W tamtym czasie mistrzem świata był Bobby Fischer, był słynny mecz Fischer – Spasski w 1972 roku i właśnie stąd wziął się „Bob”. Skoro wygrywałem te turnieje, to koledzy zaczęli mnie tak nazywać.
Gra pan jeszcze w szachy?
– Czasami, ale już niewiele.
Brakuje czasu?
– Czas jest, ale gram tylko od czasu do czasu.
A Maja gra w szachy?
– Próbowaliśmy.
I jak? Złapała bakcyla?
– Trochę tak, ale ze mną nie jest łatwo wygrać. Nie dlatego, że gram jakoś wyjątkowo, ale podstawy i początki partii nadal dobrze pamiętam. Coś z tego zostało. Trudno też grać z kimś, kto ma większe doświadczenie. Jako dziecko grałem naprawdę bardzo dużo.
Szachy mogą pomagać w tenisie? W myśleniu na korcie?
– Myślę, że tak. W obu trzeba patrzeć kilka ruchów do przodu, przewidywać, co zrobi przeciwnik. Możliwości jest wiele, więc takie myślenie na pewno trochę pomaga.
W środowisku tenisowym był pan znany, ale szersza publiczność zainteresowała się panem po finale Rolanda Garrosa Mai Chwalińskiej. Naliczyłem co najmniej troje znanych zawodników, z którymi pan pracował wcześniej: Radek Stepanek, Jirzi Vesely i Tereza Smitkova...
– Tak. Wcześniej pracowałem też z wieloma juniorami. Pomagałem im przejść z tenisa juniorskiego do zawodowego.
Stepanek był jednym z nich?
– Tak. Pracowałem z nim od 16. do 18. roku życia, czyli na początku kariery. To był czas, kiedy dotarł do półfinału mistrzostw Europy do lat 18, wygrał turniej satelitarny (dziś rangi ITF – przyp. red.), mając niespełna 18 lat. Ten etap przejścia z tenisa juniorskiego do zawodowego zrobiliśmy razem.
A później?
- Nasza współpraca się skończyła, bo po prostu zabrakło pieniędzy. To był trudny czas. Wyjechałem do Niemiec, żeby pracować, trenować innych i zarabiać. Po Stepanku pracowałem z Jirzim, a na końcu z Terezą w Prościejowie.
Największym sukcesem Smitkovej był awans do czwartej rundy Wimbledonu. Dziś już nie gra?
– Tak mi się wydaje. Ma chyba 31 lat. Tenis to trudny sport, a życie też pisze różne scenariusze. Czasami człowiekowi po prostu czegoś zabraknie i podejmuje taką decyzję.
Szukając informacji, zauważyłem, że wszyscy podopieczni podkreślają pana wyjątkowe podejście. Nie traktuje ich pan jak kolejnych projektów – dziś jeden zawodnik, jutro następny. Najpierw dostrzega pan w nich ludzi, a dopiero potem sportowców...
– To są ludzie, którzy kochają tenis, a ja staram się pomóc im spełnić marzenia. Ale nie można zapominać, że poza tenisem jest jeszcze życie. Rozmawiamy o wielu sprawach, nie tylko o tenisie. Jeśli w życiu coś nie funkcjonuje, to zwykle odbija się też na grze. Tego nie da się rozdzielić.
Jest dla swoich zawodników także wsparciem mentalnym?
– Nasze rozmowy nie dotyczą tylko tenisa. Jeśli mają problemy w innych sprawach i pytają mnie o zdanie, staram się pomóc. Dzięki temu lepiej się rozumiemy. To buduje zaufanie między trenerem a zawodnikiem.
Ma pan dzieci?
– Trzech synów.
To może dlatego tak dobrze dogaduje się pan z Mają? Trochę jak z wymarzoną córką...
– Pracujemy już sześć lat. Ale to nie był łatwy okres. Było dużo kontuzji i różnych problemów...
Już na początku waszej współpracy Chwalińska na kilka miesięcy wycofała się z tenisa. To był 2021 rok, po pandemii. Pewnie wtedy dużo rozmawialiście?
– To był bardzo trudny czas. Maja całe życie poświęciła tenisowi. Przeprowadziła się do Bielska, nikogo nie znała. Została sama – bez rodziny, bez przyjaciół. Byliśmy właściwie tylko my i tenis. Człowiek oczywiście daje sobie z tym radę, ale czasami potrzebuje też normalnego życia i rozmowy z kimś innym. Tego jej wtedy brakowało.
To była dla tej młodej kobiety życiowa rewolucja...
– Dokładnie. W domu miała rodziców, swoje otoczenie, wszystko było znajome. Tutaj od razu musiała stać się samodzielna. To był naprawdę duży przeskok. Myślała, że skoro zmieni trenera, to wszystko od razu zacznie działać. A tak nie było. Wszystkie te zmiany nałożyły się na siebie.
Pamięta pan moment, w którym udało się z tego wyjść?
– Właściwie niczego nie przyspieszaliśmy. Był jeszcze problem z łokciem, więc nie mogła grać. Zniknęły oczekiwania związane z wynikami. Była zmęczona i sama już nie wiedziała, co będzie najlepsze. Potrzebowała przerwy.
Jak pan zareagował?
– Powiedziałem tylko - dobrze. Maja mówiła, że chce dalej ze mną pracować. Odpowiedziałem - w porządku, poczekam. Nie wiedziała, ile to potrwa, ale ja czekałem.
I sama wróciła?
– Tak. Inaczej się nie da. To musi być jej decyzja. Ona cały czas chciała wrócić, tylko nie była jeszcze gotowa. Musiała sama dojść do momentu, w którym znowu zapragnęła grać. Przez jakiś czas nie mogła nawet patrzeć na tenis. A jeśli naprawdę kochasz ten sport, to w końcu do niego wracasz. Najtrudniejsze były oczekiwania – wszystkich wokół, ale przede wszystkim jej własne.
Synowie grali w tenisa?
– Najmłodszy nadal gra. Ma 19 lat, ale nie gra zawodowo.
Nie chciał iść tą drogą?
– Jako dziecko grał, ale później zabrakło odpowiednich warunków do rozwoju. Tak się czasami zdarza. Nadal jednak lubi tenis i gra rekreacyjnie, a mnie to bardzo cieszy. Nie każdy musi zostać zawodowym tenisistą. Można robić w życiu coś innego, a tenis mieć jako hobby. To też jest piękne.
Mieszka pan w Przerowie i codziennie dojeżdża do Bielska-Białej?
– Tak. To około 150 kilometrów w jedną stronę, czyli 300 dziennie. Sam dojazd zajmuje mniej więcej półtorej godziny.
Czyli są tygodnie, kiedy praktycznie codziennie pokonuje pan tę trasę?
- Czasami zostaję na noc, ale często wracam do domu. Mam rodzinę, dom i chcę tam być. Gdy jesteśmy na turniejach, przez miesiąc albo dłużej jestem poza domem, więc kiedy mogę, wracam. Takie jednak życie wybrałem.
W finale Wimbledonu zagrały dwie Czeszki, Linda Noskova i Karolina Muchova. W ostatnich latach tytuły w Londynie zdobywały też Barbora Krejcikova i Marketa Vondrousova, przed nimi dwa razy Petra Kvitova, jeszcze wcześniej Jana Novotna. Czy jest coś w tej trawie, co wyjątkowo pasuje czeskim tenisistkom?
– Trudno powiedzieć. Myślę przede wszystkim, że mamy po prostu bardzo dużo dobrych zawodniczek. To efekt systemu szkolenia w Czechach. Dotyczy to zresztą także mężczyzn – dziś również mamy kilku bardzo dobrych zawodników.
Czyli wszystko zaczyna się od systemu?
– Tak, ale także od tradycji. W Czechach tenis ma bardzo długą historię. Już w 1973 roku Jan Kodesz wygrał Wimbledon. Było wiele dobrze zorganizowanych klubów i bardzo dobry system szkolenia.
Sukces Kodesza był momentem przełomowym? Eksplozją popularności tenisa w Czechach?
- Myślę, że tak. To były jeszcze czasy komunizmu. Trzeba jednak przyznać, że w tamtym systemie sport był bardzo dobrze zorganizowany.
Tak?
– W tamtym okresie wychowano wielu bardzo dobrych zawodników. Wielu z nich miało odpowiedni poziom, żeby grać zawodowo, ale nie mogli swobodnie wyjeżdżać na turnieje za granicę.
Nie mieli paszportów?
– Paszporty mieli, ale dostawali zgodę tylko na jeden czy dwa wyjazdy. A żeby się rozwijać, trzeba było grać 10-15 turniejów. Nie mieli takich możliwości i dlatego wielu z nich nie mogło rozwinąć kariery na miarę swojego talentu.
Ale później zostali trenerami.
– Właśnie. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla których Czechy do dziś mają tylu dobrych tenisistów. Tamto pokolenie przekazało swoją wiedzę kolejnemu. Wielu z tych zawodników zostało trenerami i cały system zaczął działać bardzo dobrze.
Czechy mają zaledwie 10 milionów mieszkańców, a mimo to regularnie wychowują tenisistów światowej klasy... Jak to robicie?
– Jeśli pojawi się utalentowane dziecko, od razu trafia pod dobrą opiekę. Potem przechodzi do ośrodka, gdzie trenuje z innymi zdolnymi zawodnikami, może grać ze starszymi i rozwija się każdego dnia. To wszystko bardzo pomaga.
Grał pan kiedyś zawodowo?
– Byłem w czołówce Czechosłowacji do lat 14. Mogłem zajść wyżej, ale się nie udało. Trenowałem z bardzo dobrymi ludźmi. Osiem razy wygraliśmy drużynowe mistrzostwa Czechosłowacji. Ja byłem piątym, szóstym zawodnikiem w zespole. W składzie grało czterech, więc często czekałem na swoją szansę. Kiedy już grałem, wygrywałem. Najlepszy z naszej drużyny był Karel Novacek. Później przez wiele lat należał do światowej czołówki.
To były lata osiemdziesiąte?
– Tak. Rewolucja przyszła dopiero w 1989 roku.
Tak zwana aksamitna rewolucja...
– W tamtych czasach młodym zawodnikom było trudno. Z tenisa nie dało się wyżyć, nie można było swobodnie wyjeżdżać na turnieje. Dlatego dość wcześnie zacząłem trenować innych.
Czyli skończył pan grać i został trenerem?
– Tak. Jeszcze przez jakiś czas grałem w drużynie, ale coraz więcej zajmowałem się trenerką.
Musiał pan pracować poza tenisem?
– Nie. Przez całe życie pracowałem tylko przy tenisie. Jeszcze w czasach komunizmu byłem zatrudniony w strukturach państwowych, które wspierały sport. Później pracowałem w dużym ośrodku szkoleniowym pod auspicjami ministerstwa. Tam zostałem trenerem.
A później?
– Po aksamitnej rewolucji wszystko się zmieniło. Kluby przejęły szkolenie, państwo przestało je finansować. Pracowałem w klubie, a później wyjechałem do Niemiec.
Dokąd?
- Do Bremerhaven. Spędziłem tam jedenaście lat. Od 1997 do 2008 roku.
Dorobił się pan?
– Było trochę łatwiej zarobić niż w Czechach, ale życie też było droższe. Miałem rodzinę, więc wszystko trzeba było dobrze przeliczyć.
W Niemczech nie udało się panu wychować zawodnika światowej klasy?
– Nie. Klub chciał przede wszystkim awansować do 2. Bundesligi i to się udało. Dużo pracowaliśmy z dziećmi. Miałem jednego chłopca, który został mistrzem Niemiec do lat 12, później był finalistą do lat 14. Potem już nie grał w mistrzostwach Niemiec, bo formalnie był Austriakiem. Ojciec był Austriakiem, mama Słowaczką. Później wybrał studia zamiast zawodowego tenisa. Takie decyzje też trzeba czasami podjąć. Tenis to bardzo niepewna droga. Bardzo dobrze wspominam ten okres. Mieliśmy dużo dzieci, cały program się rozwijał. Wygrywaliśmy praktycznie wszystko, co było możliwe. Do pierwszej Bundesligi nie awansowaliśmy, bo zabrakło pieniędzy, ale i tak był to bardzo dobry czas.
Grali tam jacyś Polacy?
– Tak, był między innymi Paweł Geldner, ale w drugim tenisowym klubie w Bremerhaven.
Wypaliło z Mają Chwalińską. Finał Wielkiego Szlema trudno z czymkolwiek porównać.
– Tak, to wyjątkowe osiągnięcie. Oczywiście, Stepanek był ósmym tenisistą świata i wygrał Wielkiego Szlema w deblu (Australian Open 2012, US Open 2013 – przyp. red.). W singlu w Wimbledonie 2006 był bardzo blisko półfinału. Vesely też był świetnym zawodnikiem, choć chyba zabrakło mu czegoś, żeby osiągnąć jeszcze więcej. Ale każdy jest inny. Nie da się ich porównywać. Wszyscy ciężko pracowali i kochali tenis. To jest podstawa.
A co wyróżnia Maję?
– Jej charakter. Nie chodzi o to, że inni byli gorsi, ale ona ma mentalność wielkiej zawodniczki. Bardzo regularnie pracuje. Nigdy nie trzeba jej motywować do treningu. Nie trzeba jej poganiać. Ona sama zawsze chce pracować więcej.
Jej pierwszy i wieloletni trener Paweł Kałuża mówi dokładnie to samo – że od dziecka zawsze chciała więcej.
– I to się nie zmieniło. Dopiero teraz ta praca zaczęła przynosić efekty. Wszystko musiało się po prostu złożyć w całość.
Nad czym pracowaliście najbardziej?
– Jej tenis wymaga, żeby wszystko było bardzo dobrze przygotowane. Jeśli czegoś brakuje, trudno grać na najwyższym poziomie. Bardzo ważny był rozwój fizyczny. Trener Kałuża stworzył świetne podstawy, ale później trzeba było je rozwijać. Chodziło o to, żeby była jeszcze szybsza, lepiej wytrzymywała intensywność gry i miała większy komfort poruszania się po korcie. Nad tym cały czas pracujemy.
Jaki udział ma w tym trener przygotowania fizycznego Maciej Ryszczuk?
– Maciek bardzo pomógł. Tak samo wcześniej Mietek Bogusławski, a później także Jola Rusin. Każde z nich pracowało z Mają na innym etapie. Bogusławski dołączył po problemach zdrowotnych, po rozmowach z nim zmieniliśmy wiele rzeczy w treningu. Później Maja przeszła zabieg kolana. Następnie dołączyła Jola i również bardzo nam pomogła.
Czy z Ryszczukiem, który ma też pod opieką Igę Świątek i lekkoatletę Jakuba Szymańskiego, jesteście umówieni na dłużej?
– Wszystko jest otwarte, ale współpraca trwa i wszyscy chcemy ją kontynuować. Bardzo dobrze nam się razem pracuje. Jak na razie dobrze udaje się to wszystko pogodzić. Przygotowuje plany treningowe. Maja bardzo dobrze potrafi je realizować, a my pomagamy jej wszystko wdrożyć. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby Maciek był z nami częściej i mógł na bieżąco coś poprawiać, ale wiemy, że jego priorytetem jest Iga. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Na razie ten model się sprawdza?
– Tak. Wszystko dobrze funkcjonuje i nie szukamy zmian na siłę. Jesteśmy zadowoleni.
Ale wzmacniacie sztab...
– Tak. Maciek polecił nam kandydata, zobaczymy, jak będzie wyglądała współpraca. Chcemy jeszcze lepiej zadbać o przygotowanie fizyczne, profilaktykę urazów i prewencję. Chcemy, żeby ta osoba dobrze poznała Maję, jej organizm i współpracowała z Maćkiem. W przygotowaniu fizycznym bardzo ważne jest, żeby trener motoryczny i fizjoterapeuta dobrze się rozumieli.
Co było dla was najtrudniejsze po sukcesie w Roland Garros? Bo nagle świat trochę stanął na głowie...
– Najtrudniejsze było to wszystko wokół. Nagle zrobiło się bardzo dużo wywiadów, sponsorów, różnych obowiązków. Każdy chciał kawałek tego czasu, a przez to zostawało go mniej na spokojną pracę. Do tego doszła popularność. Ludzie zaczęli Maję rozpoznawać, chcieli zdjęcia, autografy. To oczywiście jest miłe i jest częścią sukcesu, ale trzeba umieć to poukładać i nie zwariować.
Utrzymać się na ziemi...
– Dokładnie. Ale Maja od początku myślała o tym, co dalej. Nie chciała, żeby to był jeden wyjątkowy turniej. Chce osiągać takie wyniki regularnie. Wie, że wszystko zależy od pracy. Rywalki też będą się na nią lepiej przygotowywać, więc my również musimy się rozwijać.
Na Wimbledonie Maja miała piłkę meczową w 1. rundzie, doznała jednak kontuzji kostki i przegrała. Ale skąd wzięły się skurcze?
– To wszystko się połączyło. Były oczekiwania – jej własne, kibiców, mediów. Ale największym problemem była kostka. Przez nią nie mogła normalnie się poruszać, a później pojawiły się skurcze. Trzeba też pamiętać, że przerwa między Roland Garros a Wimbledonem była bardzo krótka.
Była już zmęczona?
– Tak. Jeszcze przed Roland Garros byliśmy umówieni, że po turnieju będzie odpoczynek. Nikt jednak nie spodziewał się, że dojdzie aż do finału. To był oczywiście wspaniały sukces, ale od przygotowań w grudniu praktycznie nie miała żadnej przerwy. Potem była Nowa Zelandia, Australian Open i kolejne turnieje. Cały czas była w rytmie startowym. Myślę, że również dlatego organizm nie był tak zregenerowany, jak powinien.
Mimo wszystko była bardzo blisko zwycięstwa...
– Tak. Prowadziła 6:2, 5:2. Oczywiście mecz jeszcze nie był wygrany, ale grała naprawdę dobrze. Gdyby stres całkowicie ją sparaliżował, nie doszłaby do takiej sytuacji. Po prostu Wimbledon jest specyficzny. Wcześniej rozegrała na trawie tylko jedno spotkanie, a mimo to poradziła sobie naprawdę dobrze.
Z perspektywy czasu nie żałujecie, że nie zagrała żadnego turnieju na trawie przed Wimbledonem?
– Nie było kiedy. Po Roland Garros cały tydzień zajęły wywiady i inne obowiązki. Potem wyjechała na cztery czy pięć dni odpocząć. Nie było już czasu na normalne przygotowanie. A wakacje i tak były bardzo krótkie, bo Maja była po prostu wyczerpana.
Czy kontuzja kostki mocno skomplikowała wam przygotowania do amerykańskiej części sezonu?
– Robiliśmy inne rzeczy. Dostosowywaliśmy trening do sytuacji.
Jakie macie oczekiwania w Ameryce? Mówi się, że korty twarde nie są dla Mai najlepszą nawierzchnią. To mit czy prawda?
– Zobaczymy. Ona chce grać na każdej nawierzchni i naszym zadaniem jest przygotować ją tak, żeby mogła wszędzie rywalizować. Oczywiście na mączce zawsze będzie czuła się bardzo dobrze, ale przecież potrafi wygrywać także na kortach twardych.
A cele?
– Cele są zawsze takie same. Jedziemy wygrać turniej. Nieważne, jaki to turniej. Sportowiec nie jedzie na zawody po to, żeby wygrać jedną rundę. Jedzie po zwycięstwo. A czy się uda, to już zależy od wielu okoliczności. Nie da się wygrywać zawsze.
Przed Roland Garros pewnie nie przypuszczał pan jednak, że Maja zajdzie aż do finału?
– Nie. Naszym celem było przede wszystkim wejście do pierwszej setki rankingu, żeby mogła regularnie grać w największych turniejach. Ale już wcześniej nie grała źle.
Były sygnały, że forma rośnie?
– Tak. Wygrała WTA 125 w Oeiras, to był pierwszy moment, kiedy zaczęła bardzo pewnie wygrywać z naprawdę dobrymi zawodniczkami, z meczu na mecz grała coraz lepiej. Poleciała do Rzymu, czekała cały dzień jako pierwsza rezerwowa do głównej drabinki, nie dostała się, potem od razu musiała jechać do Francji. Takie sytuacje są wyczerpujące psychicznie. Później doszły drobne problemy zdrowotne i dopiero w Paryżu wszystko zaczęło się układać.
Wprowadzaliście jakieś nowinki przed amerykańską częścią sezonu?
– Nie. Pracowaliśmy nad tymi samymi elementami. Staramy się rozwijać mocne strony i poprawiać te, które jeszcze wymagają pracy. Chcemy, żeby Maja jeszcze lepiej wchodziła w kort, częściej przejmowała inicjatywę i wykorzystywała swoje atuty. To jest normalny proces. Nie ma tutaj żadnej rewolucji.
Na zakończenie mam dla pana prezent – plakat z okładki aplikacji „Sportu”, którą zrobiliśmy podczas Rolanda Garrosa, a która bardzo spodobała się na całym świecie...
- Super! To mnie cieszy, dziękuję bardzo!
Rozmawiał Tomasz Mucha
Kalendarz Mai Chwalińskiej za oceanem
Toronto (WTA 1000), od 2 sierpniaCincinnati (WTA 1000), od 13 sierpnia
Monterrey (WTA 500), od 23 sierpnia
US Open (od 30 sierpnia)
Guadalajara (WTA 500), od 13 września
Fritz lepszy od Majchrzaka
Kamil Majchrzak przegrał z rozstawionym z numerem 3. Amerykaninem Taylorem Fritzem 3:6, 4:6 w 2. rundzie turnieju ATP 500 na twardych kortach w Waszyngtonie. Był to drugi pojedynek tenisistów, którzy zajmują obecnie, odpowiednio, 72. i 10. miejsce w światowym rankingu. W jedynym poprzednim, w imprezie ATP Masters 1000 w Indian Wells w 2022 roku, Polak zdołał ugrać tylko dwa gemy. W 1. rundzie Fritz miał wolny los, natomiast Majchrzak pokonał innego reprezentanta gospodarzy Tommy'ego Paula (24. ATP) 7:5, 7:6 (7-4).
A tu prezent, który autor wywiadu przekazał naszemu rozmówcy. Fot. T. Mucha
