Liczy się tylko zwycięstwo
Rozmowa z Janem Krzystyniakiem, ekspertem żużlowym, w przeszłości zawodnikiem i trenerem m. in. Unii Leszno
Jan Krzystyniak (z lewej) w przeszłości prowadził m. in. Włókniarza Częstochowa
- Na ten moment to jest najlepsza piątka jaką trener Chomski mógł wystawić na sobotę. Z wielkim naciskiem „na ten moment”, bo widzimy w trakcie sezonu jak ta forma jest zmienna. Nigdy nie można przyczepić się do formy tylko jednego zawodnika. Bartek Zmarzlik cały czas utrzymuje jąna tym samym, najwyższym światowym poziomie. Pozostali zawodnicy, i nie mam tu na myśli tylko polskich żuzlowców, ale również zagranicznych mają formę bardziej chwiejną. Niemniej nic lepszego w tym momencie wymyślić się nie dało.
Spora część kibiców i środowiska domagała się w składzie Maksa Pawełczaka…
- Osobiście też nie zdecydowałbym się na wystawienie juniora Polonii. Gdyby te zawody odbywały się we Wrocławiu, Lesznie czy Bydgoszczy, czyli na którymś z torów, gdzie zawodnicy na co dzień ścigają się w lidze, to może warto byłoby się nad tym zastanowić. Tak naprawdę żaden z zawodników poza Zmarzlikiem nie gwarantuje pewnego wyniku, ale na jednodniowym torze bałbym się zaryzykować wystawiając tak młodego zawodnika. Jest jeszcze mało objeżdżony mimo wszystko na torach różnego rodzaju. Poza testami toru wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie startował na sztucznej nawierzchni. Podziwiam jego talent, prezentuje formę nawet równiejszą od kilku z tych, którzy zostali powołani, ale miałbym pewne obawy o odporność psychiczną podczas takiego turnieju. Pamiętajmy, że to najważniejsza impreza sezonu przy ogromnej publice.
A propos publiki… Są obawy, że zawody mogą okazać się jednak frekwencyjną klapą.
- Niestety, ale mam obawy, że tak może się wydarzyć. Tym bardziej, że Stadion Narodowy jest w jakimś sensie „zaczarowany” - polskich zawodników podczas turniejów Grand Prix dopadała tam niemoc. Kibice na pewno mają to w pamięci i mam obawy czy to ich w jakimś stopniu nie zniechęci. Może ich być nieco mniej niż podczas rund Grand Prix w poprzednich latach. Ja od zawsze powtarzam, że kibic na stadion idzie przede wszystkim po zwycięstwo swoich, widowisko jest sprawą drugorzędną. Kibica interesuje zwycięstwo zespołu, któremu kibicuje, nieważne w jakim stylu.
DPŚ słynie z tego, że to jedna z najbardziej emocjonujących imprez w sezonie, ale patrząc jak wyrównane składy są w tym roku, czy może być najciekawszy w historii?
- Tak, bo stuprocentowego faworyta nie ma. Przed rokiem wytypowałem Australię jako zwycięzcę Speedway of Nations i wtedy trafiłem. Tym razem nie zdecyduję się chyba wskazać takiej drużyny… Może znów postawiłbym na Kangurów, gdyby w ich składzie był kontuzjowany Jack Holder. Ich menadżer nie powołał też zawodnika Unii Leszno Bena Cooka, który jeśli się nie mylę jest w pierwszej dziesiątce najlepiej punktujących w ekstralidze. Mark Lemon wolał postawić na doświadczenie wiekowego Jasona Doyle’a. Dla mnie to było duże zaskoczenie, ale nie przejmuję się tym wcale, bo według mnie sami się tym osłabili. O pierwsze miejsce powinien być bardzo wyrównany bój pomiędzy nami, Australią a Danią.
Wszystko poza złotym medalem będzie w sobotę porażką?
- Wszystkie inne reprezentacje pewnie cieszyłyby się z każdego medalu, ale nasza pozycja w żużlu, zainteresowanie, wcześniejsze sukcesy sprawiają, że w Polsce liczy się tylko złoto. Nie ma się co czarować, drugie miejsce nie zostanie odebrane jako sukces. Tym będzie tylko zwycięstwo.
Rozmawiał Mariusz Rajek
