Lechia, Kevin Keegan i... powrót

Rozmowa z Johnem Carverem, byłym trenerem Lechii Gdańsk

Trener John Carver trzyma rękę na pulsie i obserwuje to, co dzieje się w naszej lidze. Ma wielki sentyment do Lechii. Fot. Piotr Matusewicz/Pressfocus

Co pan w tej chwili porabia?

- Jestem u siebie w domu, w Newcastle.

Na pewno obserwuje pan degrengoladę pana byłego klubu - Lechii. Jak pan patrzy na to, co się dzieje?

- Wiemy, jak wszystko wyglądało i wiemy, jak się to skończyło... Oglądałem teraz te ostatnie przegrane po 0:3 mecze i muszę powiedzieć, że czuję się zraniony tym, jak to wygląda, jak funkcjonuje - a właściwie nie funkcjonuje. Młodzi zawodnicy muszą grać ze względu na sytuację. Na pewno nie ma co ich krytykować i zrzucać całej winy na nich. Nie oni za tę sytuację odpowiadają. Kiedy klub nie jest w stanie zarejestrować piłkarzy do gry, to muszą występować ci, którzy mogą grać. Tak też było w okresie, kiedy sam byłem w klubie. Zależało mi na wynikach, na tym, żeby Lechia ze swoją liczną grupą kibiców mogła się cieszyć z sukcesów. Nie chciałem odchodzić.      

Umowa w zeszłym roku, po tym jak utrzymał pan zespół w lidze, została podpisana na trzy lata. Teraz obowiązuje czy nie?

- W umowie była klauzula, która stwierdzała, że po spadku kontrakt zostaje rozwiązany. Tyle że wszystko zostało zawarte jeszcze w chwili, kiedy na klub nie nałożono kary minus pięciu punktów. Ja - można tak powiedzieć - swoją pracę wykonałem. Utrzymałem zespół w lidze, gdyby nie te pięć minusowych punktów. Na pewno szkoda, że nie wygraliśmy żadnego z sześciu ostatnich meczów poprzedniego sezonu.    

W Gdańsku pojawi się pan wkrótce?

- Tak, mam już wykupiony bilet lotniczy. Chcę przyjechać i spotkać się ze znajomymi. Powtarzam, bardzo boli mnie to, co w tej chwili w Lechii się dzieje… 

Wróci pan do Polski jako szkoleniowiec?

- Muszę przyznać, że miałem już rozmowy na ten temat. Jednak musiałem sobie zrobić chwilę przerwy, odpocząć. Żeby wrócić, trzeba mieć czystą głowę. Po tym, co działo się w ostatnim czasie, było to dla mnie konieczne. Teraz jestem już gotowy, żeby znowu zacząć. Jeszcze odpoczywam, gram w golfa, ale jestem już po rozmowach. Jak się wszystko potoczy - zobaczymy.

Chyba jednak będzie chciał pan, żeby było inaczej niż w Lechii w czasie, kiedy pan tam pracował, czyli listopad 2024 – maj 2026?

- Jak zacznę gdzieś pracować, jak podejmę się zadania, to chciałbym, żeby sytuacja w klubie była poukładana, jasna. Tak żebym wiedział, na czym stoję, czego się podejmuję. To dla mnie najważniejsze.    

Zmieńmy temat. W poniedziałek 20 lipca zmarł Kevin Keegan, którego znał pan osobiście. Jak się poznaliście?

- Miałem 17 lat, kiedy on jako piłkarz przeszedł do Newcastle. Było to w 1982 roku. On był wtedy uznaną gwiazdą po trzydziestce, a ja dopiero wchodziłem do zawodowego futbolu. Nosiłem piłki, a kiedy robił sobie strzeleckie treningi popołudniami, to podawałam mu je. Dobrze się wtedy poznaliśmy. Kiedy potem trafił do Newcastle jako menedżer, pamiętał mnie. Dostałem pracę jednego z dyrektorów i było to dla mnie pierwsze zawodowe zajęcie w futbolu. Dał mi wtedy szansę i mogłem się wykazać. Pracowałem głównie z młodymi zawodnikami, jednak też byłem blisko niego. Nawiązaliśmy świetny kontakt i dobrą relację.

Co może pan o nim powiedzieć?

- Kapitalny człowiek, wielka osobowość! Mogę o nim mówić tylko w samych superlatywach. Nikt nie nazywał go trenerem, a mówiło się o nim jako "wielki, wielki menedżer" [great, great manager – przyp. red.]. Ludzie odnosili się do niego z wielkim szacunkiem [z Newcastle awansował do Premier League, a potem europejskich pucharów – przyp. red.]. Świetnie traktował ludzi, a piłkarzom dawał swobodę na boisku - żeby mogli pokazać to, co faktycznie potrafią, pokazać własny talent. Nie ograniczał ich taktycznymi ryzami. Sam był przecież zresztą znakomitym napastnikiem. Prowadził świetnych piłkarzy, powinniśmy wówczas wygrać Premier League, jednak niestety tak się nie stało.

Dlaczego?

- To był jeden z ostatnich sezonów pracy Kevina w Newcastle [sezon 1995/96, zrezygnował na początku stycznia 1997 – przyp. red.], w trakcie rozgrywek mieliśmy wielką przewagę nad Manchesterem United. Była wielka szansa zdobyć mistrzostwo Anglii, w drużynie grało wiele znakomitości [Ferdinand, Ginola, Beardsley, Lee, Peacock, Asprilla – przyp. red.]. Pamiętam jak w końcówce sezonu sugerowano Kevinowi, żeby bardziej postawił na defensywę, na większą ilość obrońców w składzie, ale on nie chciał zmienić swojej filozofii. Ostatecznie tytuł, kilka punktów przed nami, zdobył Manchester United. Taki był Kevin Keegan: nie schodził z obranej drogi. 

Zawsze patrzył na kreatywność, na indywidualne umiejętności?

- Jeśli się nie mylę, to w jednym z wywiadów przyznał, że może nie był najbardziej uzdolniony, utalentowany, ale poprzez ciężką pracę, dodatkowe zajęcia, w których sam uczestniczyłem, pomagając mu w treningach strzeleckich, doszedł do sukcesów, wyników i zdobywał efektowne gole. Był jak... terier! Nigdy się nie zatrzymywał, wiecznie szukał szansy, ciągle biegający, starający się na boisku. Dzięki temu zdobywał bramki lewą nogą, prawą, głową... Według mojej oceny był kompletnym napastnikiem!       

W ostatnich latach miał pan z nim kontakt?

- Wycofał się z życia piłkarskiego, nie licząc okazjonalnego komentowania meczów czy piłkarskich wydarzeń. Ale miałem z nim kontakt. Spotkaliśmy się podczas jednego z turniejów golfowych, gdzie był zaproszony i ujęło mnie wtedy, jaki miał w sobie entuzjazm, jak każdemu poświęcił czas. Rozdawał autografy, pozował do zdjęć, z każdym  porozmawiał. Świetny gość!   

Rozmawiał

Michał Zichlarz

 

WYIMKI

Czuję się zraniony tym, jak wszystko wygląda i funkcjonuje w Lechii.


Keegan był jak... terier! Nigdy się nie zatrzymywał, wiecznie szukał szansy, ciągle biegający, starający się na boisku. Dzięki temu zdobywał bramki lewą nogą, prawą, głową... Według mojej oceny był kompletnym napastnikiem!

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się